Ostatni dyżur
Od samego rana Danusię nie opuszczało niepokojące przeczucie, jakby coś miało się wydarzyć. Coś złego…
Zaraz zadzwoniła do mamy, ale Mirosława Stanisławówna uspokoiła ją ze śmiechem:
Ciśnienie mam jak młoda, głowa w porządku. Coś się stało?
Nie, tak tylko pytam… odparła Danka. Dobra, muszę się już szykować do pracy. Jakby coś dzwoń.
No jasne.
Teoretycznie po rozmowie z mamą powinna poczuć ulgę, ale ciężar niepokoju nie zelżał. Danusia nie umiała sobie tego wytłumaczyć, bo powodów do zmartwień pozornie nie było. Choć z jej zawodem wszystko może się zdarzyć. Zwłaszcza w poniedziałek a każdy w Polsce wie, że to najgorszy dzień tygodnia.
Dopiła kawę, spojrzała na stary zegar, który pokazywał wpół do siódmej, szybko się ubrała i zabierając kanapkę oraz jabłko, wyszła do pracy.
*****
Na terenie stacji ratowniczej spotkała kierowcę pana Kacpra. To z nim miała dziś objeżdżać cały Lublin. Na jej widok uśmiechnął się szeroko, machnął ręką, ale ona tylko przytaknęła znużonym gestem.
Ej, Danka, a ty taka posępna dzisiaj! zagadnął Kacper, zaciągając się papierosem. Coś się stało?
Nic, Kacper. Jeszcze nic. Ale czuję, że coś się stanie… odpowiedziała zadumana.
Nie daj Boże. Co ci po głowie chodzi od rana?! Może się nie wyspałaś?
Nie odpowiedziała, tylko powiodła wzrokiem po niebie. Szaro, zaciągnięte ciężkimi chmurami lada chwila poleje, jakby kto wiadrem lał.
A od dzieciństwa nie znosiła deszczu…
Może tu tkwi cały problem? To nie przeczucie, tylko pogoda mi przygrywa na nerwach… nawet się lekko uśmiechnęła, ciesząc się, że znalazła jakiś powód tego stanu.
Ale zaraz znowu powróciło złe przeczucie.
Powodzenia na dyżurze! zawołała młoda sanitariuszka, mijając ich w biegu.
Na to Kacper od razu się zakrztusił, z trudem przepychając dym przez gardło. Gdy doszedł do siebie, złowieszczo podniósł pięść, a dziewczyna natychmiast spoważniała.
Przepraszam… wyrwało mi się wymamrotała, czerwona ze wstydu.
Dopiero co ją przyjęli i jeszcze nie zapamiętała zakazu na stacji pogotowia w Lublinie nie wolno życzyć ekipie powodzenia, bo to zła wróżba.
No to już na pewno coś się stanie szepnęła Danusia, czując dreszcz na kręgosłupie.
Ty się nie wygłupiaj… Kacper zgasił peta w metalowej popielnicy.
*****
Danusia nerwowo przygryzała wargę za każdym razem, gdy dyspozytorka podawała przez radio adres i okoliczności nowego wezwania:
Mężczyzna, 35 lat, silny ból głowy, bełkotliwa mowa podejrzenie udaru.
Tego mi brakowało… pomyślała z niepokojem. Lekarze z pogotowia są przygotowani na wszystko, ale…
Każde wezwanie przeżywała mocniej niż powinna szczególnie sytuacje z tragicznym finałem. A przecież udar często kończy się źle. Zwłaszcza dziś…
Na szczęście u pacjenta, do którego dojechali, nie stwierdziła udaru. Język mu się plątał, bo imprezował do rana imieniny przyjaciela, a ból głowy był zwyczajnym kacem. Danusia podała tabletkę i zaleciła dużo snu.
A jak się piwka napiję, to pomoże? spytał jeszcze z nadzieją.
Broń Boże! Będzie gorzej. Chcesz żyć długo, to najlepiej alkoholu się pozbyć.
Wychodząc z mieszkania, odetchnęła z ulgą.
Może Kacper ma rację, a to moje przeczucie to zwyczajne zmęczenie i stres… już niemal się uspokoiła, kiedy nagle dyspozytorka skierowała ich na… cmentarz.
Gdzie?! zdziwił się Kacper.
Na cmentarz… odpowiedziała cicho, ściskając tablet w dłoni.
Dziś miał być tam pogrzeb znanego artysty z Lublina (de facto Danka pierwszy raz o nim słyszała).
Ludzi tłum: młodzi, starsi, kobiety z goździkami, ktoś płacze, ktoś wspomina zmarłego ciepłym słowem. Danusia wciąż czekała na najgorsze, Kacper odpalał kolejnego papierosa.
Ale nic się nie stało, nikt nie potrzebował pomocy.
Potem kolejne wyjazdy, te codzienne i powtarzalne. Minęło niemal 12 godzin, a dyżur dobiegał końca.
Jeszcze dziesięć minut i mogli wracać na ukochaną stację.
Danusia marzyła już o gorącej kąpieli, świeżej pościeli i snu, który przyniesie nowy, lepszy dzień.
Na wszelki wypadek zadzwoniła jeszcze do mamy, zapytać jak się czuje.
Wszystko dobrze odparła Mirosława Stanisławówna. Zaraz siadam do kolacji, potem telewizor.
Jak tam mama? spytał Kacper, widząc, że Danka chowa telefon.
W porządku.
No widzisz! roześmiał się Kacper. Mówiłem, że nic złego się nie wydarzy. A ty wciąż o tym przeczuciu…
Ale ono wciąż jest… mruknęła Danusia. Sama nie wiem, co mnie tak gryzie.
Wiesz co, powinnaś sobie zwierzaka sprawić. Pomaga na stres, mówię ci.
Człowieku, przy moich zmianach? Jakbym miała dyżur, kto by się zajmował? Ty masz rodzinę, a ja mieszkam sama.
Danusia już chciała dodać coś więcej, kiedy odezwał się tablet i usłyszała głos dyspozytorki:
Danusia, przykro mi, ale to jeszcze nie koniec… Ostatni wyjazd. Ulica Orzeszkowej, 23. Mieszkanie… moment…
Nie 21 przypadkiem? wszedł jej w słowo Danusia.
Tak, 21, skąd wiesz? zapytała ze zdziwieniem.
Tam mieszka pan Stanisław Wilk. Byłam u niego tyle razy, że już jak po rodzinie. Znowu serce?
Dyspozytorka westchnęła ciężko.
On… zmarł dziś rano. Policja już na miejscu, musicie być z nimi. Sama wiesz, po co…
Wiem… wyszeptała Danusia.
Trzęsącymi się dłońmi położyła tablet na kolanach i spojrzała na Kacpra. On wszystko słyszał nic nie mówił.
Szkoda pana Stanisława. Z tego, co opowiadałaś dobry człowiek… Ale nie masz na to wpływu powtórzył. Nie chciał do szpitala, nie chodził do przychodni… To nie twoja wina, rozumiesz?
Mhm…
Opadła ciężko na fotel, zamknęła oczy. Zamknęła się w sobie.
*****
Poznali się półtora miesiąca temu. Zadzwonił sam, bo bardzo bolała go klatka piersiowa.
Drzwi otwarte, możecie wejść bez dzwonka przekazała jej dyspozytorka.
Dobrze.
W progu przywitał ją maleńki szczeniak, nie większy niż dłoń najpierw warczał komicznie, zaraz potem szczekał, a w końcu pobiegł do pana, który zawołał czworonoga do pokoju.
Przygarnąłem go z ulicy, teraz mnie broni uśmiechnął się Stanisław, prostując się na łóżku.
Leżcie spokojnie powstrzymała go Danka. A piesek fantastyczny. Sama bym takiego wzięła, gdybym mogła.
A czemu nie możesz?
Są powody… Ale nie o mnie dziś mowa. Opowiadajcie, co się dzieje.
Odpowiedział na każdą uwagę chore serce od śmierci żony, dawniej jeszcze jeździł do lekarzy, ale leczenie nic nie dało…
Rozumie pani, w przychodni mi gorzej. Kolejki, duszno, a ból raz jest, raz go nie ma…
Proszę opisać dokładniej?
No… poboli, puszcza. Dam sobie korwalu, czasem walidolu…
Ale to nie leczenie zaśmiała się Danusia. Dobrze, zrobimy EKG.
Rzeczywiście wykazała kłopoty z sercem i chciała skierować Wilka do szpitala, ale nie dał się przekonać.
A kto się zajmie Borysem? Proszę mi jakąś tabletkę dać.
Panie Stanisławie, to tylko na chwilę. Naprawdę lepiej pojechać do szpitala.
Ale pani koleżanki zawsze tak robiły. Żyję i chodzę, jak widać. Do szpitala nie jadę. Chcę, to napiszę odmowę.
Nie udało jej się go przekonać ani wtedy, ani nigdy później.
Praktycznie na zgłoszenia do Stanisława jeździła już tylko ona. Wzywał pogotowie nawet raz w tygodniu.
Kiedyś przechodziło od razu, teraz ciągnie i nie chce puścić…
Bo ze zdrowiem coraz gorzej. O leczeniu nie ma mowy, a pan uparcie się wzbrania. Proszę, może choć raz się skusi na szpital?
Przykro mi, Danusiu, nie mogę ścisnął szczeniaka na rękach. Nie mam komu go zostawić. Jest jeszcze za mały…
Jeśli coś się panu stanie, to na kogo go pan zostawi?
Nic mi nie będzie! A jakby… to znajdą się dobrzy ludzie. Sąsiadka wie, gdzie trzymam pieniądze pokazywałem jej, żeby miała na karmę.
Na karmę?
A jak! Dużo ludzi psów z ulicy nie bierze, bo ich nie stać.
Dobry to był człowiek…
A dziś znów jadą do pana Stanisława. Tym razem na ostatnie spotkanie. Już nie pogadają od serca, zostaje tylko smutek.
Ostatni dyżur faktycznie okazał się ostatni.
I choć Kacper zapewniał, że nic do tego nie ma, Danusia czuła się winna. Powinna była go przekonać, powinna…
Danka, jesteśmy.
Co? dopiero po chwili poczuła dłoń Kacpra na ramieniu.
Już dojechaliśmy.
Nogi miała jak z waty, ale weszła na trzecie piętro. Zastała w mieszkaniu dzielnicowego i sąsiadkę panią Weronikę, którą też zdążyła już poznać podczas poprzednich wizyt.
Pan Stanisław nagle zasłabł na zewnątrz, prosząc Weronikę, by zadzwoniła po karetkę tak się właśnie poznały.
Dzień dobry, Danusiu.
Dzień dobry, pani Weroniko… To pani wezwała policję?
Tak. Pies szczekał od świtu. Zdziwił mnie, bo ani do parku, ani na podwórko z nim nie wyszedł, jak co dzień… Ale machnęłam ręką, no bo różnie bywa. Potem pojechałam na działkę, wróciłam wieczorem pies wciąż szczeka. Zadzwoniłam po policję. Przyszedł dzielnicowy ze ślusarzem, otworzyli… wskazała sypialnię.
Rozumiem. Dziękuję.
Danka weszła do pokoju, spojrzała długo na Stanisława Wilka, ledwie powstrzymując łzy. Wypełniła w milczeniu papiery. Nagle… coś ją tknęło. Rozejrzała się. Kuchnia, łazienka, balkon nigdzie nie ma psa.
Szukasz czegoś? zagadnął dzielnicowy.
Szczeniaka. Nigdzie go nie widzę. Widział go pan?
Taki czarny, mały? Tak, kręcił się tu, szczekał, warczał nawet na mnie roześmiał się policjant. Chyba sąsiadka go zabrała.
Na szczęście! odetchnęła Danusia.
Strasznie się wystraszyła, gdy pomyślała, że Borys został wyrzucony na ulicę. Pan Stanisław przestraszyłby się pewnie tak samo…
Pożegnała się z dzielnicowym i zdecydowała wstąpić na chwilę do pani Weroniki. Miała do załatwienia coś ważnego.
Danusiu, co się stało?
Chciałam tylko podziękować, że zabrała pani Borysa do siebie. Dobrze się czuje?
Kto?
No piesek… Przecież go pani wzięła.
A, ten szczeniak? dopiero zrozumiała.
No tak. Chyba go pani zabrała do siebie?
Zabrałam… i wypuściłam na dwór. Taki był rozszczekany, na dzielnicowego się rzucał, lepiej mu będzie na świeżym powietrzu niż w mieszkaniu bez pana. Ja przecież mam swoje sprawy. A od szczekania głowa mi pękała.
Znaczy wyrzuciła go pani na dwór?
Nie wyrzuciłam, wypuściłam. Tutaj nie ma już dla niego miejsca. Pan i tak odszedł…
Pan Stanisław mówił, że się z panią umawiał, pokazywał nawet, gdzie leżą pieniądze na karmę.
Twarz Weroniki nagle stężała, na moment zbladła, potem się zmarszczyła:
Nic nie ustalałam, żadnych pieniędzy nie widziałam. Nie mam na to czasu, wybacz.
Ale on sam…
Danusiu, przepraszam, muszę iść. Jak pies będzie chciał żyć, to przeżyje. Może znajdzie kogoś dobrego. Świat się nie kończy.
*****
Danusia zbiegła po schodach i wybiegła na podwórko. W tym czasie niebo już się rozpadało leje coraz mocniej.
Danka, stoisz na deszczu, jeszcze się rozchorujesz! wołał Kacper. Wsiadaj do auta!
Otworzyła drzwi, wrzuciła do środka skrzynkę z lekarstwami, ale… zatrzymała się.
Co ty wyprawiasz? Kacper też wysiadł i doszedł do niej.
Kacper, wracaj na stację. Ja jeszcze muszę coś zrobić…
Co takiego?
Znaleźć szczeniaka.
Jakiego szczeniaka?! Wyjaśnij mi w końcu.
Szybko streściła mu całą sytuację, Kacper zapalił papierosa, przysłuchiwał się w milczeniu.
Borys nie mógł pobiec daleko. Tu gdzieś jest, rozumiesz? Ty wracaj, a ja znajdę go sama.
Patrzył na nią przez wymijający dym, w końcu zgasił peta na asfalcie.
Nigdzie nie jadę. Nie zostawię cię w taki deszcz. Szukamy razem.
Ale nie możesz opuszczać auta!
Zrobimy z tego sekret. Nie martw się, Danka, nic się nie stanie.
Ambulansowy kierowca i lekarka przez dziesięć minut przeszukiwali teren. Dołączył do nich także dzielnicowy. Zaproponował pomoc Danusia nie protestowała. Była nawet wdzięczna.
Jest! krzyknął nagle Kacper. Danusia rzuciła się w jego stronę.
Dzielnicowy też się obrócił, przyspieszając kroku.
Patrzcie tylko! Znalazłem go, a on warczy na mnie! Kacper stał przy ławce naprzeciwko domu Stanisława Wilka i żartował do szczeniaka.
Danusia, widząc Borysa pod ławką, z trudem powstrzymała łzy. A może wcale nie powstrzymała łzy mieszały się z kroplami deszczu i znikały na policzkach.
Borys, kochanie moje! Danka wyciągnęła dłonie. Piesek rozpoznał ją, podszedł, spojrzał smutno i zaczął cicho piszczeć.
Wiem, maleńki, wiem… Pana już z nami nie ma…
Kacper odwrócił się, ścierając dyskretnie łzę. Dzielnicowy też spojrzał w niebo, ukrywając własne wzruszenie.
Nie zastąpię ci pana, ale… szepnęła Danusia …ale spróbuję, kochany. Chodź ze mną?
Piesek ruszył za nią, bo czuł, że Danka to dobry człowiek. I nie skrzywdzi go. Zwłaszcza że i on nigdy nie lubił deszczu…
*****
Początki były trudne Danusia bała się, że sobie nie poradzi. Ale wtedy pomogła jej mama.
Kiedy Danka była na dyżurze, Mirosława Stanisławówna opiekowała się Borysem, karmiła go, wyprowadzała na spacer.
A w weekendy cała trójka chodziła razem na długie spacery do parku Danka, mama i ich ukochany piesek. Było im dobrze. Nie żałowała ani przez chwilę, że zabrała tego opuszczonego malca.
Pojawił się w jej życiu sens. Zaczęła rozumieć pana Stanisława. Jako lekarka nadal nie pochwalała jego uporu, ale sercem pojmowała go coraz lepiej…
A po pewnym czasie do tej zwariowanej, szczęśliwej rodziny dołączył jeszcze jeden człowiek. Pan Włodek dzielnicowy, który towarzyszył Danusi w najcięższym dyżurze i pomagał szukać Borysa. Od razu wpadła mu w oko, choć wspólne początki były pełne niełatwych emocji.
Gdy przyszedł pierwszy raz z bukietem kwiatów, na progu przywitał go piesek. Obwąchał dokładnie, spojrzał czujnie, po czym zaszczekał głośno jakby dawał znać, że zdał egzamin.
Zatem ukochanej pani nic już nie grozi. No, chyba że szczęście, o którym Danka marzyła od lat…







