26 kwietnia
Coraz częściej łapię się na tym, jak bardzo moje życie różni się od innych. Nawet tutaj, w szpitalu wojewódzkim w Toruniu, jestem kimś widocznym mężczyźni patrzą z zaciekawieniem, kobiety z ukrytą zazdrością. Nie mogę powiedzieć, żeby mnie to bawiło. Może to przez mój czarny warkocz zawsze spięty w kok i biały kitel, który trzyma się mnie jak druga skóra? A może przez te parę centymetrów dodane przez buty na obcasie, miękko przytłumione, więc nikt nigdy nie narzeka na stukot, chociaż jestem w ruchu całe dnie? Moje nazwisko Barbara Jagodzińska wypowiadane jest tu niemal szeptem. Niby wszyscy podchodzą z szacunkiem, ale gdzieś w tle czuć respekt i trochę strachu. Nie jestem zła, ale chyba dla niektórych za bardzo stanowcza.
Często powtarza się tu stara śpiewka: plotki, że przeżyłam wielką miłość, że mąż zginął czy to w wypadku, czy na morzu, że utraciłam dziecko… Kto wie co jest prawdą, a co wymysłem? Jedno jest pewne od lat mieszkam sama i nie dopuszczam nikogo z bliska. Ludzie próbują się przymilać, zapraszać na kawę, zostawiają czekoladki i kwiaty, ale mój chłodny wzrok skutecznie temperuje takie zapędy.
Tylko ja wiem, ile razy przeżywałam wszystko na nowo. Kochałam kiedyś z całym oddaniem. On miał na imię Marek Jagodziński, był moim kolegą ze studiów, przystojny, uwielbiany przez kobiety. Ja byłam tą zbyt wierną, zbyt oddaną, a on… cóż, odszedł do innej. Od tamtej pory nikogo nie wpuściłam blisko siebie. Może nadal go kocham, a może już tylko boję się znów cierpieć.
Dziś poprosiłam Weronikę naszą pielęgniarkę o kartę pacjenta z piątej sali, pana Michała Tomczyka. Przygotowywałam dla niego wypis. Zapisałam w komputerze wszystkie wyniki, badania, rozpoznania. Zostało pół godziny do końca dyżuru. Zamknęłam gabinet na klucz, rozejrzałam się po korytarzu na jego końcu stała kobieta, przez telefon mówiła półgłosem:
Nie, nie umarł. Ma się dobrze. Nie złość się. Powiedziałam mu… Tak, i co z tego… Myślisz, że się nie domyślał? Porozmawiamy wieczorem.
Schowała telefon i nie patrząc na nikogo, zeszła po schodach. W piątej sali zauważyłam wolne łóżka, ale pan Michał siedział nieruchomo, plecami do okna.
Panie Michale, jutro… chciałam zacząć, ale gdy się obrócił, w jego oczach zobaczyłam ból.
Pani Basiu… wyszeptał. Czy mogłaby mnie pani nie wypisywać? Nie mam dokąd pójść…
Z kąta łóżka odezwał się pan Stanisław siwy, pogodny jegomość.
Miejsce pana już zajęte. Żona przyprowadziła innego! Sama powiedziała: “To koniec, odchodzę do kogoś innego.” A panu, panie Michale, tylko kopa w tyłek… Przepraszam za słowa.
Serce mi zadrżało. Tak więc to o nim rozmawiała tamta kobieta… Czekała, że jej mąż umrze, ale się nie doczekała. Teraz wróciła i oznajmiła, że już go nie chce.
Spojrzałam przez okno na gałęzie topoli w szpitalnym parku kwietniowe pąki ledwo zaczęły pękać, a niebo było stalowoszare i zimne. Słońca dziś nie było.
A rodzina? Przyjaciele? zapytałam cicho.
Każdy ma swoje życie… Na kilka dni mnie przyjmą, ale potem wstyd mi prosić dalej. Wiek już nie ten, żeby po kątach się tułać. Żona… Wiedziałem, że do innego biega, myślałem, że jej przejdzie…
Zawahałam się. Panie Michale, kilka dni tu niczego nie zmieni, a łóżka są przecież potrzebne innym. Ale wie pan co? Mam dom na wsi, osiemdziesiąt kilometrów stąd, pod Aleksandrowem Kujawskim. Dobre drogi, dom solidny, wymaga trochę pracy i potrzebuje rąk. Dawno nikt tam nie mieszkał. Jutro rano przyniosę klucze i wyjaśnię, jak trafić.
Wyszyłam zanim zdążył zaprotestować, a w pokoju rozległo się pełne uznania westchnienie pana Stanisława:
A to ci niespodzianka! Surowa, a taka ludzka. Nie odmawiaj, Michał, twoja żona nie ma już prawa decydować.
Maj przyniósł ciepło i słońce. W niedzielny poranek wsiadłam do starej hondy i pojechałam na wieś. Byłam zaskoczona, jak dom się zmienił: okiennice pomalowane na błękitno, dach reperowany, nowa poręcz przy schodach. Michał Tomczyk wyszedł naprzeciw w dżinsach, podkoszulku, boso. Nic nie zostało z tego zrezygnowanego pacjenta; miał szerokie ramiona, opalony policzek, a mięśnie na ramionach wyraźnie napinające się pod skórą.
Dzień dobry, pani przyszła mnie skontrolować? uśmiechnął się z lekkim niepokojem.
Raczej sprawdzić, czy nie sprawia panu tu nikomu przykrości.
Komu? Trzy starsze panie cieszą się, że pojawił się ktoś nowy. Daczowicze mnie nie zaczepiają.
Nie śpieszyło mi się do domu, stałam oparta o drzwi auta. On też nie namawiał do wejścia.
Wygląda pan dużo lepiej. A co z pracą?
Byłem kiedyś w wojsku, potem ochroniarzem. Ale co ja umiem Ot, życie. Emerytura wystarcza.
Wreszcie zamknęłam auto i ruszyłam za Michałem do domu. Poczułam się, jakbym wróciła do lat dziecinnych: drewniana podłoga przykryta starymi chodnikami, dwie doniczki z pelargonią na parapetach, tykające zegary.
Pelargonię podarowała Valeria z końca wsi, twierdzi, że z nią weselej. Michał przepraszał wzrokiem.
Pięknie pachnie… To pan gotował? zapytałam, wyczuwając zapach zupy.
Zalewajkę zrobiłem, ziemniaki się już gotują. Będzie pani? Zarumienił się, chyba pierwszy raz widział mnie uśmiechniętą.
Szczerość tego domu omotała mnie ciepłem, wspomnieniami o babci i mamie. Tyle lat tu nie byłam po śmierci mamy… Sprzedać domu nie potrafiłam, chociaż nie miałam odwagi tu mieszkać. To był rodzinny dom najpierw dziadków, potem matki; po jej odejściu pozostał pusty i cichy.
Ileż razy pamiętam ładowanie auta ogórkami, konfiturami, grzybami… Całą zimę tęskniliśmy za latem i za mamą.
Głos Michała wyrwał mnie z zamyślenia.
Pani Barbaro, jak długo mogę tu mieszkać?
Rób pan tu, co chcesz. Ja byłam tu ostatni raz dziesięć lat temu. Chyba niedługo znowu panią odwiedzę jeśli pan pozwoli. Jest tu tak, jak kiedyś, gdy żyła moja mama.
Dziękuję. Taktownie zamilkł.
Przepraszam, przywiozłam trochę jedzenia. Szybko wyszłam, żeby nie zdradzić wzruszenia.
Złapałam się na tym, że patrzę na niego bez śladu służbowej surowości. Wyglądał na spełnionego, odświeżonego. Dłonie miał poranione od pracy. Poczułam się młodsza sukienka, rozpuszczone włosy, zapach perfum. Opuściłam go dopiero gdy zapadał zmierzch.
Michał zapomniał o swojej samotności. Wszystko w domu pachniało mną. Zaczęło bić niespokojne serce, a ja długo nie mogłam zasnąć.
Minęły dwa miesiące i przyjechałam znowu. Przywiozłam nowe zakupy i wędkę. Michał odbudował starą siatkę, z dumą opowiadał, że teraz przychodzą kobiety z sąsiedniej wsi, pomagają w zamian za szklankę mleka, jajka, śmietanę… Dom stał dumnie, jakby prostował plecy z medalami na oknach “Teraz mam gospodarza”.
Zimą dostanie pani moje ogórki śmiał się Michał. Wyglądał szczuplej, młodziej, patrzył na mnie uważnie, a ja się peszyłam.
Słońce zachodziło już za lasem, malując świat na pomarańczowo. Nagle Michał wybiegł na podwórze. Chodziłam po domu, potem wyszłam na ganek; zobaczyłam go pod żywopłotem trzymał się za klatkę piersiową.
Michał! przyklęknęłam przy nim i zmierzyłam puls zbyt szybki i mocny. Pobiegłam po apteczkę, odmierzyłam wodę i wróciłam z tabletką. Po kilkunastu minutach podniosłam go, pomogłam położyć się na tapczanie.
Przegrzałem się dziś nad ogórkami… Chciałem rano dla pani zerwać. Zostań… wyszeptał cicho, niepewnie przeszedł na “ty”.
Stałam, nie wiedząc co powiedzieć. Michał oparł głowę na moim brzuchu. Westchnął ciężko.
Szczęście… Człowiek tyle czeka, nawołuje, szuka go, zwykle nie tam, gdzie trzeba. Przyzwyczajasz się do samotności, boisz się kolejnego zawodu, a potem nieoczekiwanie ktoś pojawia się na twojej drodze.
Miłość też przychodzi różnie w młodości jest burzliwa, trochę samolubna, z biegiem lat staje się spokojniejsza, łagodna, jak ostatni promień zachodzącego słońca nad polskim polem.







