Ostatni pasażer autobusu
Latarka była mała, nie większa od palca wskazującego, na plecionym sznurku. Nie zauważyłam jej od razu. Najpierw zwróciłam uwagę na człowieka.
Marcowa noc, linia numer jedenaście, krańcówka “Fabryczna” i z powrotem. Pusty autobus, lampy na zewnątrz, zapach ropy, gumy i trochę kawy z termosu. Pracowałam na tej trasie czwarty rok. I czwarty rok bardziej lubiłam noc niż dzień.
Nocą w autobusie prawie nikogo nie ma. Pijani po klubie z Piotrkowskiej zawsze wsiadali hałaśliwie, krzyczeli, upuszczali butelki i wysiadali po dwóch przystankach. Pielęgniarki po drugiej zmianie siadały cicho, zamykały oczy i zasypiały do swojego przystanku. Ochroniarze. Taksówkarze, którym zepsuł się samochód. Wsiadali, wysiadali, nie zapadając w pamięć.
A ten został w mojej pamięci.
Mężczyzna dobrze po sześćdziesiątce. Niski, krępy, w ciemnej kurtce z kapturem. Prawą nogę stawiał trochę szerzej, jakby był przyzwyczajony do nierównej podłogi. Siadał zawsze w tym samym miejscu trzeci rząd po prawej, przy oknie. Płacił gotówką, zawsze odliczoną kwotą bez wydawania reszty. Jechał do końca trasy. I z powrotem. I nie wysiadał.
Pierwszy raz zwróciłam na niego uwagę na początku marca. Niebo zawisło nisko, a miasto za oknami wyglądało szaro nawet nocą. A on siedział w tym szarym mieście jak żółta kropka i kręcił czymś w dłoni.
Zaczęłam liczyć. Pięć nocy z rzędu. Dwie bez niego. I znowu pięć. Jak według rozkładu. Jakby nocne jeżdżenie autobusem to była jego praca.
Nie spał, nie czytał, nie patrzył w telefon. Nie wyciągał słuchawek, nie rozkładał gazety. Siedział, patrzył przez okno i obracał coś małego w rękach. Widziałam w lusterku przygasłe, żółte światełko, migało, gasło. Jak świetlik, który wlazł do autobusu i nie może znaleźć wyjścia.
Miałam czterdzieści cztery lata. Do czterdziestu pięciu jeszcze chwilę, ale już się przyzwyczaiłam, że nikt mnie nie pyta o wiek patrzy i sam ocenia. Szerokie dłonie z twardą skórą od kierownicy, paznokcie obcięte krótko, równym łukiem. Plecy lekko pochylone w prawo odruch nachylania się do drzwi autobusu, by nacisnąć przycisk otwierania. Deformacja zawodowa. Nawet w domu łapałam się czasem na tym, że prawe ramię mam niżej.
Dwanaście lat samotności. Syn Michał dorósł, ma dwadzieścia dwa lata, mieszka z dziewczyną na drugim końcu Łodzi. Dzwoni w niedziele, jeśli nie zapomni. Nie przypominam mu. Nie dlatego, że nie chcę jak sama zadzwonię, od razu słyszę w jego głosie niepokój, nie radość: “Mamo, coś się stało?”. Czyli telefon od mamy oznacza, że coś się wydarzyło. Czyli tak po prostu nie dzwonimy. Odwykliśmy.
Były mąż odszedł, gdy Michał miał dziesięć. Odszedł do Danki z księgowości, zabrał kurtki z korytarza i czajnik nie wiem do dziś, czemu właśnie czajnik. Mieszkanie podzieliliśmy: jemu dwupokojowe, mnie kawalerka na Kopcińskiego, trzecie piętro. Pomyślałam wtedy trudno, przeżyję. Okazało się, że nie muszę się męczyć, bo bez niego nie jest gorzej. Po prostu ciszej. I ta cisza rozciągnęła się na dwanaście lat.
Od tamtej pory słowo “miłość” wzbudzało we mnie podobne uczucia jak “jednorożec”. Ładnie brzmi, ale nie istnieje. Koleżanki opowiadały o mężach kiwałam głową. Filmy o miłości wyłączałam w połowie. Nie z żalu. Z braku wiary. Jak w dzieciństwie w Świętego Mikołaja potem widzisz ojca w szlafroku z watą na twarzy i wszystko jasne.
Nocna trasa mi odpowiadała. Nocą nie muszę się uśmiechać do pasażerów. Nie muszę znosić babć z wózkami ani uczniów z plecakami tarasujących przejście. Nie słucham rozmów przez telefon ani chrupania kebaba. Nocą jest tylko droga i cisza. I ta cisza była uszyta na moją miarę. Ani nie gryzie, ani nie zwisa.
Ale ten pasażer zakłócał ciszę. Nie dźwiękiem. Obecnością. Był jak kamyk w bucie mały, a nie da się zapomnieć.
Przez dwa tygodnie tylko obserwowałam. Przyzwyczaiłam się do niego, jak do przystanku. “Parkowa” wsiada. “Fabryczna” siedzi. Z powrotem na “Parkowej” wysiada. Kiwa mi jak znajomej. Kiwnę głową w odpowiedzi.
I co noc światełko. Żółte, przygasłe, w jego rękach.
Zosia, może on jest bezdomny? zapytała Mariola w dyspozytorni przed zmianą.
Mariola pracuje jako dyspozytorka ósmy rok. Duża, rude włosy spięte ołówkiem. Wie o wszystkich kierowcach wszystko kto się rozwodzi, kto pije, kto nie pije, ale zaraz zacznie. Wierzę jej.
Bezdomni nie płacą za przejazd odpowiedziałam. A ten płaci. Zawsze monetami. Odliczone.
Może świr?
Spokojny. Siedzi, patrzy przez okno. Nikogo nie zaczepia, nie mruczy do siebie ani nie kiwa się. Normalny facet. Po prostu jeździ.
Mariola zamyśliła się. Nalała mi herbaty z termosu jak co zmianę, z cytryną i miętą.
Może żona go wyrzuciła? zaproponowała. Zdarza się. Pokłóci się, wyjdzie z domu, a potem siedzi w nocnym autobusie, żeby przetrwać.
Każdej nocy? Miesiąc? To raczej rozwód.
Mariola wzruszyła ramionami.
Słuchaj, Zośka powiedziała. Miłość to kiedy ktoś czeka na ciebie z czajnikiem. Cała reszta, to fantazje i nocne autobusy.
Uśmiechnęłam się. Na mnie nikt z czajnikiem nie czekał. W domu czekał kot Stefan rudy, gruby, z królewską miną. Tylko dla jedzenia.
Ale pytanie utkwiło. Dokąd jeździ ten człowiek? Tam i z powrotem, pięć nocy w tygodniu, od miesiąca. Kto tak robi? I po co?
Może ma bezsenność. Może początki demencji. Może to nawyk z poprzedniego życia dawniej do pracy na nocną i nie umie przestać jeździć.
Brzmiało logicznie. Ale fałszywie. Widziałam jego oczy w lusterku: jasne, spokojne, skupione. Oczy kogoś, kto dokładnie wie, dokąd jedzie.
Postanowiłam zapytać.
***
Nie od razu się odważyłam. Zbierałam się trzy dni. Głupio każdej nocy go wiozłam, a bałam się zadać jedno pytanie. Ale w Łodzi żyje się właśnie tak: obok, ale nie razem. Nie wtrącaj się w cudze sprawy, nie pytaj, nie mieszaj się. Granice. Przestrzegałam zasad od czterech lat i dobrze mi z tym było cudze życie mnie nie ciekawiło.
Ten pasażer mnie zaciekawił. I złościło mnie to.
Wsiadł, jak zawsze, “Parkowa”, za dwadzieścia pierwsza. Wrzucił monety do kuwety. Poszedł na swoje miejsce. Trzeci rząd po prawej, pod oknem. Usiadł. Wyciągnął coś na sznurku spod kurtki i ścisnął w dłoni.
Jechaliśmy w milczeniu. Za oknem przesuwały się latarnie, witryny zamkniętych sklepów, puste przystanki. Miasto wydawało się opuszczone, jak scenografia po przedstawieniu. Tylko my z nim aktorzy, którzy nie wyszli z roli.
Poczekałam do krańca. Na “Fabrycznej” autobus miał trzy minuty przerwy według grafiku. Zgasiłam światło w środku, zostawiłam tylko słabe oświetlenie. Żółty półmrok. Wstałam, wyszłam z kabiny.
Siedział na swoim miejscu, nieruchomo. W dłoniach ten sam przedmiot na sznurku.
Przepraszam powiedziałam. Mogę zadać pytanie?
Podniósł głowę. Głos miał niski, chropowaty, jakby w przełyku była okruszyna chleba.
Proszę pytać.
Jeździ Pan każdej nocy. Zauważyłam. Już miesiąc. Zawsze do końca i z powrotem. Dlaczego?
Zamyślił się. Spojrzał mi w twarz bez strachu ani zdenerwowania. Po prostu rozważał, czy odpowiedzieć.
W końcu powiedział:
Do żony.
Nie zrozumiałam. Spojrzałam na zegarek pierwsza dwadzieścia w nocy.
Do żony? Teraz?
Renia chodzi na nocki do pracy. Na “Progresie”, jest kontrolerką jakości. A ja jadę z nią. No, nie z nią obok. Autobus przejeżdża obok fabryki mrugam jej latarką do okna.
Uniósł dłoń. W niej leżała mała latarka na sznurku. Żółte światło. Obudowa starta, miejscami plastik zbielały od palców, które ściskały ją co noc przez rok.
Tą właśnie dodał.
Usiadłam naprzeciwko. Nogi bolały sześć godzin za kółkiem.
Czyli każdej nocy Pan wsiada w autobus, jedzie na krańcówkę, macha latarką do żony i wraca?
Tak.
Każdej nocy?
Pięć nocy. Ma system pięć na dwa. Dwa wolne oboje w domu. A pięć pracujących ja tu.
Milczałam. On również. Za oknem stała fabryka “Progres” trzypiętrowy, ceglany gmach z czasów Gierka. Odpadający tynk, zardzewiałe rury wzdłuż ściany. Ale na trzecim piętrze paliły się żółte okna. Nocna zmiana.
Dlaczego? zapytałam.
Spojrzał na mnie jakbym pytała, po co ludziom oddychanie.
A pani by nie zrobiła?
Nie. Nie zrobiłabym. Mój były nawet nie wstawał z kuchni, gdy wracałam z siatkami zakupów. Raz pamiętam niosłam trzy torby z Biedronki, jedną ścisnęłam zębami, bo nie mogłam wyjąć kluczy. Zadzwoniłam. Otworzył, spojrzał i rzucił: “Czemu tak długo?”. Nie wziął siatek, nie odsunął się, tylko zapytał i wrócił do telewizora.
A ten codziennie przemierza całe miasto, by pomachać żonie latarką w okno.
Nazywam się Janusz powiedział. Janusz Pawłowski. Ale wszyscy mówią Pawlak.
Zofia odpowiedziałam. Zosia.
Kiwnął głową. Spojrzał w okno na fabrykę.
Z Renią jesteśmy razem dwadzieścia pięć lat. Ślub w dwutysięcznym pierwszym, ona miała trzydzieści trzy, ja trzydzieści sześć. Późno, wiem. Oboje wcześniej po przejściach. Pracowałem jako ślusarz, ona w kontroli jakości na tej samej fabryce. Tak się poznaliśmy. Na emeryturę poszedłem cztery lata temu wcześniejszą, za szkodliwe. A ona została. Od trzech lat na nocki dostaje czterdzieści procent dodatku, zbieramy na działkę. Sześć arów w Zgierzu. Domek, płot, jabłonie. Renia marzy o truskawkach.
Mówił bez żalu do siebie, bez patosu. Po prostu opowiadał jak o pogodzie czy rozkładzie kolei.
Pierwszy miesiąc, gdy zaczęła chodzić na nocki, nie spałem. Leżałem w łóżku, patrzyłem w sufit i myślałem: jak ona tam? Po ciemku, przy zimnie, musi iść dwieście metrów od przystanku do fabryki. A jak się poślizgnie? A jak ktoś się przyczepi? Nie zadzwonię na zmianie telefon zamknięty w szafce, zakazane.
Zamilkł. Potarł kolano dłonią.
A potem pomyślałem: przecież jeździ jedenastka, przejeżdża obok fabryki. Wsiądę, przejadę, pomacham światłem. Ona zobaczy, że jestem blisko. Może nie fizycznie, ale jednak.
I zobaczyła?
Nie od razu. Jeździłem tydzień, mrugałem latarką. Myślała, że to światło autobusu, odbicie. Dopiero potem w domu powiedziałem: “Renia, to ja ci mrugam. Każdej nocy z jedenastki. Spójrz, jak autobus przejeżdża”. Spojrzała. Rano zadzwoniła: “Pawlak, to naprawdę ty?”. Powiedziałem, że tak. Popłakała się. I prosiła: “Mrugaj”.
Poczułam ścisk w gardle. Jakby tam też wpadła okruszyna. Dziwne porównanie, ale nie umiałam znaleźć lepszego.
A po co z powrotem?
A gdzie pójdę o pierwszej w nocy na Fabrycznej? Tu tylko przemysłówka. Płot, asfalt, lampy co druga nie działa. Wracam, kładę się spać. O szóstej wstaję ją przywitać.
Z pracy?
Z pracy. Robię śniadanie. Owsiankę tylko z rodzynkami, uwielbia. I herbatę z miętą z balkonu. Zimą suszona, latem świeża.
Pomyślałam o czajniku Marioli. “Miłość to kiedy ktoś czeka z czajnikiem”. Ale tu było więcej niż czajnik. Tu była latarka, nocny autobus i owsianka z rodzynkami o szóstej rano. Tu było dwadzieścia pięć lat i mięta z balkonu. I wspólna działka, na którą razem odkładają.
Minęły trzy minuty na krańcówce. Wróciłam do kabiny, ruszyłam. Janusz Pawłowski siedział na swoim miejscu. Latarka na sznurku leżała mu na kolanie.
Prowadziłam autobus przez puste ulice i rozmyślałam. Dwanaście lat żyję sama i ani razu nie mignęłam nikomu latarką. I nikt mi nie mignął. Były zabrał czajnik, a ja zostałam z kotem i nocnym kursem. Nie, z kotem. Stefanem. Który czeka na puszkę, nie na mnie.
Ale nie przyszła żałość. Pojawiło się zdziwienie. Bo takie rzeczy naprawdę się dzieją. Nie w filmie ani książce w jedenastce, na trasie “Parkowa” “Fabryczna”. Żywy facet z potartą latarką jedzie przez noc, by żona spojrzała przez okno i dostrzegła światło.
Na “Parkowej” wysiadł. Pokiwał mi głową, jak zwykle.
Patrzyłam, jak idzie do domu powoli, trochę nierówno, w ciemnej kurtce. Zwykły emeryt. I niezwykły.
***
Następnej nocy specjalnie zwolniłam obok fabryki. Nie na przystanku, dalej tam, gdzie droga biegnie pod samym trzecim piętrem. Małe naruszenie rozkładu, ale kto to sprawdzi o drugiej w nocy?
Janusz Pawłowski wyjął latarkę. Nacisnął przycisk. Trzy krótkie błyski. Trzy długie. Znowu trzy krótkie. Szybko, pewnie, jakby liczył rytm. Dłonie pewne, ręka ślusarza przyzwyczajonego do drobiazgów.
Patrzyłam w lusterko. A potem w przednią szybę. W lewym oknie na trzecim piętrze zamigotała odpowiedź. Mała, żółta, ledwo widoczna. Też trzy krótkie, trzy długie, trzy krótkie.
Odpowiedziała mu.
Zabrakło mi tchu. Siedziałam na fotelu kierowcy, patrzyłam na dwa światełka jedno w autobusie, drugie w oknie fabryki. Sto metrów ciemności między nimi. Cegła, szkło, chłodne marcowe powietrze. A przez to wszystko dwa małe żółte promyki, które się odnalazły.
Zwykła latarka. Zwykłe okno. Dwoje ludzi mruga do siebie przez sto metrów nocy. Ale wiedziałam, że widzę coś prawdziwego. Nie to, co pokazują w tv, co każe przełączyć kanał. Takie prawdziwe, że aż ściska w nosie i robi się wstyd, że się podejrzało.
Na pętli wyszłam z kabiny.
To wasz szyfr? zapytałam.
Janusz Pawłowski stał przy drzwiach, schował latarkę do kieszeni.
Nasz powiedział. Nie Morsea, ja nie radzista. Po prostu sami wymyśliliśmy. Trzy krótkie jakby serce biło. Trzy długie to objęcie. I znów trzy krótkie puszczam. Renia się śmiała jak jej pokazałem. “Ty, Pawlak, romantyk jesteś”. Ale ja nie romantyk, po prostu tęsknię. Nawet, gdy ściana między nami. Zapamiętała szyfr od razu. I co noc: ona mnie, ja jej.
I długo już tak?
Rok. Pięć nocy w tygodniu. I zimą, i jak leje. W styczniu minus dwadzieścia, pamięta pani? Autobus miał opóźnienie. Stałem na przystanku czterdzieści minut, nogi mi przymarzły. Ale doczekałem. Pomrugałem. Rano mówi: “Widziałam, spóźniłeś się siedem minut. Liczyłam”.
Rok. Pięć nocy w tygodniu. Ponad dwieście pięćdziesiąt kursów. Dla paru sekund światła w oknie.
Kiedyś bym uznała, że to wariat albo ktoś, komu nudno. Teraz milczałam. Moje słowa wydawały się blade przy tej latarce.
Wróciłam za kierownicę. Ruszyłam. W lusterku Janusz Pawłowski siedział spokojny, nawet zadowolony. Noc w noc robi to samo i każdej nocy jest to wystarczające.
Kilka kolejnych nocy przyglądałam się uważniej. Szukałam kłamstwa. Może on siebie oszukuje. Może Renia już nie patrzy przez okno, a ona sama sobie wyobraża światło. Może został tylko rytuał bez sensu.
Ale czwartej nocy zobaczyłam, że kiedy autobus mijał fabrykę, ktoś na trzecim piętrze naprawdę podszedł do szyby. Sylwetka kobiety. Kasztanowe włosy spięte w warkocz. Latarka. Mała, żółta. Taka sama jak on.
Czekała. Naprawdę czekała. Co noc przerywała pracę, podchodziła do okna i wypatrywała światła.
Po tygodniu autobus się zepsuł. Kompresor czy coś w układzie hamulcowym nie wnikałam, wezwałam serwis. Dyspozytorka dała zastępstwo mały autosan, trzęsący, z wąskimi siedzeniami i ogrzewaniem tylko dla kierowcy.
Janusz Pawłowski podszedł do przystanku jak zwykle. Zobaczył autosana, na moment stanął w miejscu, ale wszedł. Usiadł z przodu, reszta zagracona pudłami i narzędziami. Tuż obok mojego fotela.
Jazda autem była niezręczna. Hałas, podskoki na dziurach, grzeje tylko przy moich nogach. Ale Pawłowski trzymał latarkę, patrzył przed siebie, jakby siedział w limuzynie.
Na krańcówce wyszłam się rozprostować. On też wysiadł. Stanęliśmy razem przy drzwiach. Marcowa noc, chłodno, z ust para. Nad fabryką żółte lampy na trzecim piętrze.
Pomrugał. Odpowiedź. Jak zawsze.
Janusz Pawłowski zagadnęłam dwadzieścia pięć lat to całe życie. Renia nie zmęczona?
Nie obraził się. Uśmiechnął. Potarł dłonie palce czerwone od zimna.
Męczy się, jak każdy. Ja też. Już nie młodzi. Ona pod sześćdziesiątkę, ja po. Plecy bolą, kolana też, zęby nie pytaj. Ale to inne zmęczenie. To nie “mam dość”. To przyzwyczajenie.
Czyli znudziło się?
Nie. Przyzwyczajenie to nie znudzenie. Ja palenie rzuciłem, było ciężko, trzy miesiące udręki. Do Reni się przyzwyczaiłem, ale rzucić tego nie chcę. Czuje pani różnicę? Są nawyki, które niszczą. I te, które trzymają cię przy życiu. Renia mnie trzyma.
A pan ją?
Mam nadzieję. Nie powie mi “Jesteś moją opoką, Pawlak”. Powie “Kup chleb. Zamknij okno”. Ale po głosie wiem, że kiedy jestem blisko oddycha spokojniej. Jak wychodzę coś się napina, jakby zbroję zakładała.
Milczałam. Słuchałam. Nad nami brzęczała lampa nieliczne jeszcze świeciły na przemysłówkach. Reszta już dawno zgasła.
Miłość to nie wielkie skoki serca powiedział powoli. To wtedy, gdy serce samo wie, gdzie iść. Nogi niosą automatycznie. Codziennie siadam do autobusu nie zastanawiając się po co. Tak jak oddycham. Spróbować nie oddychać nie da się. Ja też nie potrafię nie jechać.
A jak zachoruje pan? Albo autobus odwołają?
Zachoruję zadzwonię po taksówkę. Na ten wypadek mam dwa tysiące w kopercie za lusterkiem. Autobus odwołają pójdę pieszo. Cztery kilometry, w godzinę. Już raz tak było w listopadzie, autobus nie przyjechał. Poszedłem. Rano Renia pyta: “Czemu kulałeś?” A nie kulałem. Po prostu byłem zmęczony.
Zaśmiał się chrapliwie. Pomyślałam: tu jest człowiek, który naprawdę wie po co żyje. Nie w wielkim sensie, tylko w małym. Tam, gdzie jest latarka, autobus i owsianka z rodzynkami. Gdzie warto kupić chleb i zamknąć okno. Zazdrościłam mu. Nie żony, nie jego uczucia tylko tej pewności.
Całe życie uważałam, że miłość musi być wielka. Poświęcenie, wielkie słowa w zachodzącym słońcu. A tu mała latarka na sznurku i cichy człowiek w nocnym autobusie. I to było największe, co widziałam w ciągu czterdziestu czterech lat.
Wróciliśmy do autosana. Odpaliłam silnik. Ogrzewanie zawiało ciepłym strumieniem na szybę. Janusz Pawłowski schował latarkę pod kurtkę, przycisnął rękę do piersi widziałam w lusterku.
Jechaliśmy w milczeniu. Na “Parkowej” wysiadł, kiwnął mi, jak zwykle. Patrzyłam jak idzie do domu prawa noga szerzej, spokojny krok, ręce w kieszeniach. Zwykły emeryt. I niezupełnie zwykły.
W domu rozebrałam się, nakarmiłam Stefana, położyłam się. Wyjęłam telefon. Znalazłam w kontaktach “Michaś”. Spojrzałam na ekran. Za pięć czwarta rano. Za wcześnie. Ale numer został wyświetlony i świecił w mroku, a ja zasnęłam z telefonem w dłoni.
***
Zadzwoniłam następnego dnia o drugiej. Michał był zaskoczony.
Mamo, co się dzieje?
Nic, wszystko dobrze. Tak po prostu dzwonię.
Pauza. Słyszałam, jak analizuje: mama dzwoni tak po prostu? Mama, która pół roku pierwsza nie dzwoniła?
Na pewno wszystko w porządku?
Jasne. Jak ty? Jak Marta?
OK. Pracuję, Marta też. Co jest?
Mihasiu powiedziałam dawno ci nie mówiłam. Jesteś dla mnie bardzo ważny. Tylko tyle. Chciałam, żebyś wiedział.
Pauza. Długa. Wyobraziłam sobie, jak stoi w kuchni zawsze z kuchni odbierał telefony i nie wie, co zrobić z drugą ręką.
Ty dla mnie też, mamo.
Krótko, szorstko. Jak wszyscy mężczyźni w mojej rodzinie ojciec taki był, dziadek też. Nigdy nie mówili o uczuciach, jakby usta zaklejone. Ale wystarczyło. Uśmiechnęłam się, odłożyłam telefon.
A potem poszłam do sklepu za rogiem. “Wszystko do domu”, zapach kleju, proszku i nowych wiader. Znalazłam dział z latarkami ponad dwadzieścia, od dużych jak pałka po malutkie na breloczku.
Wybrałam małą. Z żółtym światłem. Nie większą od palca. Bez sznurka sznurek dorobię sama, ze szpagatu, jak u Janusza Pawłowskiego. Kasjerka, pulchna kobieta w fartuchu, zapytała:
Baterie są potrzebne?
Są uśmiechnęłam się.
W domu nacisnęłam przycisk. Żółty promień padł na sufit. Stefan zeskoczył i uciekł pod łóżko. Skierowałam światło na ścianę. Mały, ciepły okrąg. Jak te, co widywałam z autobusu.
Spróbowałam. Trzy krótkie. Trzy długie. Trzy krótkie. Nie wychodziło idealnie palce się myliły, przycisk ciężko chodził. Za drugim razem długie były za długie. Trzecim krótkich było cztery. Za czwartym wszystko się zgrało. Serce bije. Obejmuję. Puszczam.
Nie wiem, komu będę mrugać. Synowi? Samej sobie? Może po prostu w ciemność, jak Janusz Pawłowski, kiedy Renia jeszcze nie wiedziała, że to on. Tydzień mrugał, na nic nie licząc. Bo nie mógł przestać.
Latarka trafiła do kieszeni kurtki. I zrobiło mi się spokojniej. Jakbym też znała ten szyfr. Nie cudzy swój.
Wieczorem przeszłam na kolejną zmianę. Mariola nalała herbatę z cytryną i miętą jak zwykle.
No co, ten twój pasażer? Dalej jeździ?
Jeździ odparłam.
I czemu jeździ? Dowiedziałaś się?
Dowiedziałam.
I? Powiedz wreszcie.
Mariola powiedziałam nie miałaś racji. Miłość to nie czekanie z czajnikiem. Miłość to jechanie przez całe miasto z latarką. Każdej nocy. Przez rok. W mróz, bez narzekań.
Mariola spojrzała na mnie jak na cudaczkę. Otworzyła usta i zaraz zamknęła. Potem rzuciła:
Zosia, zakochałaś się w pasażerze?
Nie odpowiedziałam. Zobaczyłam.
Nie zrozumiała. I nie tłumaczyłam. Są rzeczy, których słowami nie wyjaśnisz. Trzeba je widzieć o drugiej w nocy, z okna nocnego autobusu, kiedy miasto śpi, a dwoje ludzi wymienia tylko błyski latarki przez sto metrów nocy.
Noc. Trasa. Autobus naprawiony stary, swój, z zapachem ropy, gumy i kawy z termosu. Odpaliłam silnik. Wskazówka drgnęła, motor zabrzęczał.
Na “Parkowej” za dwadzieścia pierwsza wsiadł Janusz Pawłowski. Monety do kuwety. Trzeci rząd po prawej, przy oknie. Latarka na sznurku w dłoni. Wszystko jak co noc.
Prowadziłam autobus przez puste ulice. Sygnalizatory migały żółtym tryb nocny. Nigdzie samochodu, ani żywego ducha. Miasto spało. A my jechaliśmy.
Na “Fabrycznej” stanęłam, trochę dalej niż zwykle. Tam, gdzie okna trzeciego piętra są najbliżej.
Janusz Pawłowski wyjął latarkę. Trzy krótkie, trzy długie, trzy krótkie.
Patrzyłam w okno. Sekunda. Dwie. Trzy.
Błysk. Słabe światło na trzecim piętrze. Trzy krótkie, trzy długie, trzy krótkie.
Renia odpowiedziała.
Janusz Pawłowski schował latarkę. Oparł się o siedzenie. Widziałam w lusterku uśmiechał się. I u mnie w klatce piersiowej coś się poruszyło. Nie ze smutku, nie z zazdrości. Z tego, że byłam obok czegoś prawdziwego.
Wsunęłam rękę do kieszeni kurtki. Latarka leżała tam mała i ciepła od ciała. Ścisnęłam ją w garści.
Potem wyjęłam. Spojrzałam na okno fabryki, gdzie światło już zgasło. Renia wróciła do pracy. Spojrzałam na ciemną ulicę przed sobą, na latarnie, mokry asfalt, kwietniowe niebo bez gwiazd.
Nacisnęłam przycisk.
Trzy krótkie. Trzy długie. Trzy krótkie.
Żółty promień odbił się od szyby i rozsypał na mokrej ulicy. Nikt nie odpowiedział. Ale nie miało to znaczenia. Mrugnęłam i zrobiło mi się cieplej. Jakby ktoś zobaczył. Gdzieś. Ktoś.
W lusterku Janusz Pawłowski spojrzał na mnie. Pokiwał głową. Nie odezwał się. Tylko skinął.
Schowałam latarkę do kieszeni. Ruszyłam. Odwiozłam go z powrotem do domu, do rano kaszy, do mięty na balkonie, do Reni, która wróci o szóstej i powie: “Pawlak, dzisiaj zacząłeś mrugać dwie sekundy wcześniej”.
W marcu nie wierzyłam w miłość. W kwietniu w kieszeni mam latarkę.
I każdej nocy, na krańcówce “Fabryczna”, mrugam w ciemność. Trzy krótkie serce bije. Trzy długie obejmuję. Trzy krótkie puszczam.
Zapach ropy, gumy i odrobina… nadziei.







