Od nienawiści do miłości

Od niechęci do miłości
Bartosz od zawsze nie znosił psów. Wszystko zaczęło się w dzieciństwie, kiedy był pulchnym, rudowłosym pierwszoklasistą w okularach, z wypchanym po brzegi plecakiem. Kiedyś, wracając przez nieużytek za blokami w centrum Gdańska, otoczyła go wataha bezdomnych psów.

Przywódca psów podłużny, czarny z rudymi pręgami na pysku spojrzał Bartkowi prosto w oczy. Chłopiec z płaczem błagał, by go puściły. Rozkruszył im kanapki z szynką, których nie zjadł w szkole, ale psy pozostały nieugięte. Gdy tylko ruszał się choćby o centymetr, czarny pies podnosił górną wargę, ukazując żółtawe kły i warczał coraz groźniej.

W końcu psy trzymały Bartka w kordonie ponad dwie godziny. Nagle przywódca odwrócił prawe ucho, nasłuchał i bezgłośnie pobiegł w stronę lasu za nieużytkiem. Wszystkie psy, jeden za drugim, zniknęły wśród drzew.

Bartek otarł łzy, chwycił mocniej plecak i pognał do domu. Jednak tam nie dotarł. Stary, drewniany budynek, w którym mieszkał z rodziną i kilkoma sąsiadami, już dogasał doszło do wybuchu gazu.

W pożarze zginął pradziadek Bartka, nazywany przez chłopca “Dziadziunio”. Dziadziunio był niegdyś marynarzem, zahartowanym przez morskie wiatry i fale. Zawsze nosił śnieżnobiałe wąsy i brodę, którą golił tylko raz w roku, tuż po świętach Bożego Narodzenia. Później, kiedy broda odrastała, dziadziunio zaplatał ją w śmieszny warkoczyk, przewiązywał kolorową gumką albo zakładał za ucho.

Bartek przez długi czas zacinał się, nie mogąc dojść do siebie po stracie dziadziunia i spotkaniu z bezpańskimi psami.

Drugi raz pies pojawił się w jego życiu w siódmej klasie podstawówki, gdy już wyrósł i schudł, okulary zamienił na szkła kontaktowe, a po lekcjach odważył się odprowadzić do domu najładniejszą dziewczynę w klasie Celinę Kowalską. O Celinę zalecał się również Marcin, szkolny rozrabiaka z dziewiątej klasy, który już drugi rok powtarzał tę samą klasę. Cała szkoła się go bała, a Bartek zdobył się na odwagę, by iść obok dziewczyny, która podobała się chuliganowi.

Nagle przed nimi wyrósł wielki pies. Warcząc, przepędzał Bartka od Celiny. Chłopak cofał się powoli, ustępując przed mocą psa. Gdy Celina zniknęła już za rogiem swojego bloku, zwierzę nagle uciekło na następne podwórko.

Zmęczony Bartek poszedł do domu.

Następnego dnia podczas lekcji matematyki dostał od Celiny kartkę z trzema krótkimi zdaniami:

Nie chodź za mną. Wczoraj Marcin chciał cię pobić. Przepraszam.

Przyjaźń z Celiną się nie rozwinęła i Bartek jeszcze bardziej zranił się do psów.

Upłynęły lata. Bartosz dorósł, zdobył świetne wykształcenie, otworzył firmę i dobrze prosperował. Przez lata ułożył sobie życie. Piękna Celina, dawniej Kowalska, została jego żoną, a ich syn Antoś, nazwany na cześć ukochanego dziadziunia sprawił, że rodzina rozkwitła. Ośmiomiesięczny maluch jeszcze nie potrafił mówić, ale w wózku zawsze szeroko uśmiechał się do mijanych psów i wołał:

Hau, hau!

Tamtej niedzieli Bartosz spacerował z synkiem po parku Oliwskim. Opowiadał Antosiowi o ptakach, sypali im słonecznik do karmnika. Obserwowali też wiewiórkę, która zeszła z gałęzi świerka i wyjadała orzeszki prosto z ręki.

Kiedy przyszedł czas wracać, Bartosz skierował wózek ku przejściu dla pieszych na alei Grunwaldzkiej. Poczekał na zielone światło i ruszył przed siebie.

Nagle skądś wybiegła szalona jamniczka! Ujadaniem zablokowała im drogę, skacząc i warcząc tak, że wyglądało, że lada chwila wysiądą jej struny głosowe.

Dosłownie ułamek sekundy później tuż obok wózka przemknął rozpędzony samochód. Zjechał z przejścia, skosił trawę i uderzył w latarnię.

Z samochodu wypadło kilku nastolatków, którzy uciekli w popłochu. Bartosz stał, próbując złapać oddech; jego serce waliło tak głośno, że zdawało się, że słyszą je przechodnie.

Jamniczki nigdzie nie było, a do rozbitego auta biegli już ludzie. Ktoś złapał Bartosza za ramię:

Wszystko w porządku? Czy wózek został uszkodzony? zaniepokojone spojrzenie padało na Bartka.

Mężczyzna tylko pokręcił głową, próbując wykrztusić, że wszystko jest dobrze, syn bezpieczny. Nie pamiętał, jak dotarli do domu. Celinie tej historii nie opowiedział; po co niepokoić żonę, skoro wszystko szczęśliwie się skończyło. Jednak w duszy pierwszy raz od lat poczuł do psa coś więcej niż strach wdzięczność za uratowanie syna.

Przez cały dzień chodził zamyślony, przypominając sobie wszystkie trzy momenty, w których psy stanęły na jego drodze. Zrozumiał, że zwierzęta nigdy nie chciały mu zrobić krzywdy robiły wszystko, by go chronić. Celina przyglądała mu się z boku, zaskoczona niezwykłą zadumą męża, lecz nie wypytywała o powód.

Wieczorem cała rodzina wyszła na spacer wokół bloku. Przy ławce zgromadzili się sąsiedzi. Przechodząc obok usłyszał:

I co teraz z nim zrobić? Kto go weźmie, takiego kalekiego?

Bartka zaciekawiło, więc zerknął przez ramię sąsiada. Na ławce stało kartonowe pudełko, a w nim maleńki szczeniaczek. Niemiał oczu, pewnie przez wadę urodzenia. Ludzie rozmawiali szeptem. Celina odeszła z wózkiem przed siebie, czekając z boku na męża.

I co teraz? pytał ktoś.

Gdzie znaleźć miejsce dla takiego pokrzywdzonego?
Ja bym nie mogła go przygarnąć… rozlegały się ciche głosy.

Bartosz przysunął się bliżej ławki. Szczeniak miał piękne czekoladowe futerko i cicho skamlał, ruszając główką w poszukiwaniu znajomego zapachu matki. Ale nigdzie nie było ciepłego psiego brzucha.

Bartosz przez chwilę trwał nieruchomo, w końcu zdjętą z szyi szal wiosną wieczory bywają chłodne nad Bałtykiem. Ostrożnie wziął maluszka, podłożył pod brzuszek. Okazało się, że i tylne łapki miał zdeformowane.

Z tłumu kobiet rozległo się ciche westchnienie, ktoś rozklejony uronił łzę.

Mężczyzna opatulił szczeniaczka szalikiem, przytulił pod brodę jak niemowlę i powiedział spokojnie:

No cóż, maluszku, chyba nadszedł mój czas… Chodź, poznasz naszą mamę. Jest dobra, zawsze znajdzie dla ciebie mleko w lodówce.

Bartosz ruszył w kierunku młodej, pogodnej kobiety stojącej tuż obok wózka, która patrzyła na niego ciepłymi, rozświetlonymi oczami.

Czasami dopiero wtedy, gdy stajemy wobec czyjegoś cierpienia lub potrzeby, otwieramy serce na współczucie i uczymy się, że każdy zasługuje na miłość, niezależnie od tego, jakie nosi blizny.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Od nienawiści do miłości