Przypadkowe spotkanie
Puchówka Zofii grzała ją już tylko od dołu. Puch z niej zjechał, a z wierzchu zrobiła się z niej cienka kurteczka, którą każdy wiatr przewiewał jak chciał. Od chłodu od spodu chroniły ją wełniane rajtuzy i stylowe filcowe kapcie, a wełniany szal naciągała na ramiona przez rękawy płaszcza, by nie zamarznąć na kość.
Samochód, który obiecywała Jadwiga, koleżanka od handlu na bazarze, nie dojechał. I teraz, otoczone torbami reklamówkami, łapały okazję. Nie było szans, by ich pakunki zmieściły się do jednej fury, więc rozeszły się w różne strony, każda losowi oddana.
Kiedy Zofia pracowała jeszcze na etat i miała wszystko podane na tacy, takich problemów nie zaznała. Ale pieniędzy w domu nadal nie przybywało samotna matka dwóch dzieci, więc niedawno, po krótkiej rozpaczy, zaczęła sama wraz z Jadwigą jeździć do Czech po towar na sprzedaż.
Więcej pieniędzy jakoś nie zobaczyła, bo towar ledwie zaczął się sprzedawać, ale problemów namnożyło się sporo.
Kilkanaście kilo dresów i kurtek trzeba było rano targać na targowisko i wieczorem zabierać do domu, potem wciągać na czwarte piętro na raty, jeśli akurat syn nie siedział w domu.
Jeszcze niedawno śpiewała na głos Zmieniajmy świat, ale porządki w kraju weszły w jej życie tylnymi drzwiami zakład pracy się rozpadł, wszystkich zwolnili. Mąż zniknął wcześniej, więc Zofii pozostały tylko bazary. Choć zawsze utrzymywała, że handel jest dla niej jak rosół z mlekiem.
I tak stała sobie przy szosie w śniegobłocie, teoretycznie jeszcze młoda, ale z wiatrem wysuszoną twarzą, popękanymi wargami i łzawiącymi oczami.
Samochody ochlapywały błotem, przemykały, jakby celowo. Zofia starała się nie patrzeć na ten syf spoglądała na dachy bloków i drzewa, gdzie śnieg był jeszcze biały. Szarości w życiu tyle, że lepiej czasem nie patrzeć.
Znów zamachała ręką i w końcu zatrzymało się coś, co nawet przez brud już nie wyglądało jak limuzyna.
Na Żeromskiego, podwiezie mnie pan za rozsądną stawkę? powiedziała, wystawiając głowę i natychmiast zamarła.
Poznała go od razu. Jakby te wszystkie lata w ogóle nie minęły. Co najwyżej wypiękniał. Ten sam poważny i lekko tajemniczy wzrok, nieco uniesione brwi, lekki uśmiech w kącikach ust.
Zanim zdążyła się otrząsnąć, on wysiadł, szybko wrzucił jej siaty do bagażnika.
Zofia opadła na przednie siedzenie, poprawiła szal i już zaczęła w myślach tłumaczyć się ze swojego wyglądu przygotowywała się wręcz do wywiadu: dlaczego wygląda jak reklama biedy. Przecież on też powinien ją poznać.
A może nie?
Tyle lat… Ile to już minęło?
***
Miała wtedy dwadzieścia dwa lata. Na praktykę przed dyplomem wysłali ją do leśnictwa pod Piotrkowem. W Toruniu czekał już jej narzeczony, Michał. Plan był prosty: praktyka-dyplom-ślub.
Co mogą zmienić trzy miesiące praktyk? Doprawdy, nic…
Zamieszkała u starszej pani pani Katarzyny, też pracownicy leśnictwa, która mieszkała z niedosłyszącym teściem. Zofia była z natury pogodna, szybko się zaprzyjaźniły, dziadkiem opiekowały się razem.
I pewnego dnia przy Zofii dziadek dostał ataku. Upadł. Pobiegła do sąsiadów po pomoc nie było nikogo. Kiedy już traciła nadzieję, ulicą jechał traktor. Zamachała. Wyskoczył z niego chłopak: przystojny, wysoki, z poważnym, lecz dobrodusznym spojrzeniem.
Wpadli do domu on silny, dziadka na ręce i do traktora, potem razem do felczera, a potem już karetką do szpitala. On wsiadł też Zofia lekko spanikowana, czy dadzą radę. Udało się.
Dopiero pod szpitalem zaczęli dłużej rozmawiać.
Wyszło, że pracują w tej samej instytucji i mieszkają obok siebie. Chłopak miał na imię Andrzej.
Wieczór już był późny. Dziadka zostawili w szpitalu, dzięki Bogu, zdążyli na czas. Ale jak wracać? Karetka przecież po lesie nie kursuje na żądanie.
Chodź. Mama kolegi niedaleko. Przenocujemy, jutro z chłopakami wrócimy do wsi.
Zofia czuła, że Andrzej to porządny facet, ale zgodziła się nie od razu.
E, nie będę przeszkadzać, przenocuję w szpitalu. Przywieźcie mnie rano?
Gdzie, na tych krzesłach? Nie marudź. Ciocia Lida dobra kobieta, dom duży. Ja z Zenkiem w szopie się prześpię.
Zofia się zgodziła. Miał rację spała jak na puchach, ciocia Lida była przemiła.
Przy śniadaniu pani Lida opowiadała: Andrzej miał żonę, ale zostawiła go z dzieckiem, sam chowa syna, gospodarzy, świnie hoduje, dom buduje od zera widocznie uznała, że Zofia mogłaby na niego spojrzeć łaskawiej.
Zofia się tylko uśmiechała. Miała przecież Michała, świeżo upieczonego inżyniera, sama młoda, ambitna, rozwiedzeni z dziećmi to nie jej klimat.
A jednak Andrzeja potem widywała często: na zrębie, w stołówce, pod domem. Katarzyna znała go świetnie razem dziadka odbierały potem ze szpitala.
Wiesz, Andrzejowi się podobasz. Podpytałam, aż się czerwony zrobił. A pasujecie do siebie!
Wariujesz! Przecież mam Michała.
Ale jeszcze nie ślub! A Andrzej to facet konkretny świnie hoduje masowo, interes się kręci. Chłop mu wyrósł z synem, tylko żony trzeba.
A Zofii serce trochę szybciej biło, bo i ona gdzieś podświadomie rozglądała się za Andrzejem. Wysoki, pewny siebie, czuło się przy nim stabilność. I w wiosce szanowali go jak mało kogo.
Spytaj się Płóciennika, on się zna, słyszałaś radzili jej chłopi.
Sama Zofia była w tej wsi zjawiskiem pani z wielkiego miasta, wysoka, zadbana, w beżowym płaszczu (gdzie normalni ludzie w marcu taplają się w błocie). Chodziła, a właściwie lewitowała nad tą breją. Chłopy odstawali, kaszleli znacząco, nawet przeklinać przestawali.
Pani, Wasza Wysokość. Jak się pani nie boi?
Zosiu, poczekaj, podwiozę!
Z leśniczówki do domu było niedaleko, ale lało. Wskoczyła więc do traktora Andrzeja.
A z kim synek? zapytała, bo dla niej facet z dzieckiem to już dorosły, choć był starszy tylko o dwa lata.
Czemu ty do mnie na pan? Zresztą, synek z babcią, a sąsiadka też zerka, do przedszkola chodzimy. Rośnie…
Jak się nazywa?
Igorek, miłość w oczach, wariat, pilnuj go tylko. Babcia wieczna wojowniczka, spojrzał na Zofię, Nie podoba ci się u nas?
Skąd, jest ok…
Daj jeszcze chwilkę. Jak błoto wyschnie, zielenieć zacznie, pięknie tu będzie. Strumień, rzeczka… Tylko latarni brakuje. Ale naprawimy.
Jechali już ciemną ulicą. Sąd zlikwidował oświetlenie, brakło kasy na prąd jak w każdym powiecie. I to naprawimy to Andrzej symbolicznie brał odpowiedzialność za całą wieś.
Kto wiedział wtedy, że odpowiedzialność to najważniejsza cecha faceta.
Jego zaloty były już oczywiste nosił drewno, woził leki, wpadał do nich częściej niż reklama proszku do prania. A Zofia walczyła z własnymi uczuciami.
No nie widziała siebie w tej wsi. Miałaby niby rzucić wszystko inżyniera, mieszkanie, rodzinę, szykowany ślub? Co powiedzą rodzice?
Ty będziesz mieszkać gdzie? W gospodarstwie? zapyta matka z brwią podniesioną do czoła.
A potem się dowie, że chłopina po przejściach, z synem, w świniach się babrze. Córka po studiach, jej nadzieja…
Wieczorem wyobrażała sobie życie z nim. Kochałby ją, dbałby, ufał, syna by pokochał i własne by mieli. Ale myśl o tym wydawała się daleka.
Był Michał, były obrączki, przyszła teściowa, jej rodzina… Wstyd ot tak to zostawić.
A serce drżało, czuło nadchodzącą miłość. Zaczynała podejrzewać, że Michała nigdy nie kochała, a Andrzeja naprawdę. To, że miała narzeczonego, dawało jej dramaturgii, a dramatyzm romantyzmu. Koło się domyka.
I pewnego wieczoru, szlochając, sama sprowokowała bliskość. Nawet nie wiadomo, co to był za impuls czy pożegnanie z przeszłością, czy z tą świeżą miłością. On początkowo odwodził, ale wierzył, że to zamknie już temat. Zgodził się.
W jej życiu to był pierwszy raz, ale było tak pięknie, że nie było czego żałować.
I decyzji ostatecznej nie podjęła. Głupota, naiwność lub brak życiowego doświadczenia?
Ale pewnego dnia spotkała przy studni małego blond chłopczyka.
Wspinał się na cembrowinę groziło, że wpadnie. Zofia przyspieszyła kroku.
Ej mały, nie wskakuj, dasz się zabić. Gdzie mama?
Rozejrzała się. Z naprzeciwka prawie biegła dziewczyna szara, niepozorna, jak wróbelek. Chłopiec wyrwał się z rąk Zofii i z płaczem pognał do spódnicy dziewczyny.
Igorek, nie płacz. Mówiłam ci…
Dziewczyna na Zofię spojrzała smutno, kłaniając się ledwo dostrzegalnie.
Uciekł mi, nie dopilnowałam. Dziękuję.
Odeszli razem.
Igorek? Czyżby Andrzejowy? Zaniepokoiło ją to bardzo bo to przecież obce dziecko, do takiego trzeba się przyzwyczaić. A tu tak się wyrywa.
Potem przyszła matka Andrzeja Klaudia. Z płaczem wypominała, że Igorek przyzwyczaił się do sąsiadki Haliny, że Halina Andrzeja kochała, że wszystko było dobrze, póki Zofia, rozbijaczka rodzin, nie przyjechała.
Zofia była zszokowana taka narracja do głowy jej nie przyszła. Przecież to Andrzej ją uwiódł, nie odwrotnie. Uważała się za ofiarę, a wychodziło, że to ona rozbiła komuś życie.
Andrzej błagał, żeby została, nie wyjeżdżała. Na dworcu tłumaczył, że matka i Halina wymyśliły sobie historię. Halina nie była mu pisana cicha, blada, przy nim zupełnie ginęła.
Ona milcząca, wiecznie zawstydzona mówiła Katarzyna. Pasujecie do siebie, wy.
Ale Zofia była obrażona i zraniona. Stwierdziła, że będzie miała własną, miejską historię. Wątpliwości zniknęły wróciła do narzeczonego.
I tak stał na peronie: kraciasta koszula, szerokie bary, wzrok zgaszony, smutna zmarszczka na czole. Tak go zapamiętała na długo.
Popłakała się w pociągu.
Tyle dały trzy miesiące przed dyplomem.
Ale młodość leczy. Zofia poszła do przodu, nie oglądając się. Wyszła za Michała, zaczęło się zwyczajne życie rodzinne.
**
Zofia opadła na przednie siedzenie, poprawiła szal i zaczęła gorączkowo szukać w głowie wytłumaczenia na swój nieszczególny wygląd. Przecież on też powinien ją poznać.
A może Otyła, wargi spękane, niemodny puch, szalik z bazaru
Tyle lat, ile minęło?
Szesnaście. Tak, szesnaście.
Na początku jechali w milczeniu.
Pogoda dała czadu rzuciła, gdy inny samochód ochlapał błotem.
To tylko tu, w mieście. Poza miastem już czysto, nawet drogi odśnieżone.
Mieszkasz za miastem?
Krążę. Kieraty codzienne.
Dzięki, że podwiozłeś, bo dzisiaj padłam z okazją. Z reguły mam transport, ale dziś… Oczywiście, zapłacę…
Odwrócił się, spojrzał tym swoim spojrzeniem, na które Zofia kiedyś strasznie miękła. Poznał.
Cześć mruknęła, niepewnie.
No przecież, Zosiu!
Pamiętasz? Myślałam, że zapomniałeś.
Nie, poważnie spojrzał przed siebie.
I pod żebrami Zofii coś zabolało: głos, dłonie, wzrok. Zrobiło się gorąco, zdjęła szal.
Co u ciebie, Andrzejku? cicho spytała.
Przez moment milczał, pewnie sam musiał przetrawić falę wspomnień.
Wszystko spoko. Da się żyć. Ty widzę też.
Wciąż pracujesz w tym leśnictwie? chciała przerzucić rozmowę na luźniejsze tory.
Skąd, zaśmiał się. Rozpadło się po transformacji. Dużo dawnych ludzi robi ze mną, ale już u siebie jestem.
Zgadza się. Fajnie. Masz dalej farmę? przypomniała sobie, że hodował świnie.
I firmę, i sklep, i mięsny. Wszystko.
Wszyscy handlują.
I przypomniała sobie, że na etykietach wędlin widziała znajome nazwisko Andrzej Bartczak Sp. z o.o.. Nawet się wtedy uśmiechnęła, ale uznała za przypadek.
Czekaj, to te wędliny Bartczak są twoje?
Można tak powiedzieć. Nie smakują ci?
Ależ gdzie tam! zaskoczona. Moja mama specjalnie po nie jeździ. Nie wiedziałam…
On jakby trochę się tłumaczył:
Na początku produkowaliśmy po domowemu. Rozkręciłem farmę, mięsa było dużo i ludzi po redukcjach ze wsi. Zaczęliśmy z sąsiadami, potem własny zakład, sklepy.
Szacun. Robisz to z kimś?
Mam zgraną ekipę. Ale gospodarzem jestem ja. Zresztą, musiałbyś mieć sto rąk, żeby samemu to ogarnąć. Większość ludzi z mojej wsi ze mną została. I już po całym województwie rozwozimy.
Zofii zrobiło się niewygodnie ona w połatanym puchu, w filcowych kapciach, była kiedyś miastowa dama w jasnym płaszczu, a on wiejski chłopak, co dziś jest właścicielem zakładów. Jakby zamienili się rolami.
A jak syn?
Uśmiechnął się.
Mam trzech.
Trzech?!
Tak, trzech wszyscy faceci. A u ciebie?
Syn i córka, Zofia starła pot z czoła.
Igorek w wojsku. Przygód miał dość, lepiej już wraca. Średni w technikum, mały w piątej jeszcze.
Igorek… A więc poślubił tę Halinę, szarą myszkę.
Zofii aż chciało się wykrztusić, jak żałuje decyzji sprzed lat! Tyle razy już żałowała. Szczególnie teraz.
Michał okazał się marnym mężem. Na początku starał się, poszli razem na etaty, potem wyjechali do Włocławka, dzieci, trudności jak wszędzie, wszystko normalne.
W końcu zaczął szukać szczęścia w kieliszku, zmieniał pracę, przegrali mieszkanie, przeprowadzili się do teściowej. Potem Michał się doszczętnie wykolegował. Związek się rozpadł, Zofia wróciła do matki. Ojca już wtedy nie było.
Chciała wyznać to Andrzejowi, wszystko się żalić. Ale powiedziała:
Syn w liceum, córka w gimnazjum. Czas ucieka.
O rany, pędzi.
Zamilkli. Każde z nich chciało porozmawiać o tym, co ważne, ale myślało, że to tylko jego sprawa.
Zofii zadrżało serce na myśl o winie wobec Andrzeja, ale przypomniała sobie jego zapłakaną matkę i Halinę to im wtedy oddała pole. Bo przecież była obrażona i dumna nie potrzebuję nikogo!
A ty, jak? jakby mimochodem zapytał Andrzej.
Ja? Widzisz sama. Po redukcji, własna działalność, poprawiła włosy za ucho, Ale ciężko samej.
A Michał? Pamiętam imię.
Pamiętasz aż tak?
Widziałem cię w sukni. Śledziłem wasz konwój aż do samego lokalu.
Co? aż się odwróciła.
Tak. Dzień przed twoim ślubem ciotka mówi: Zostaw, już spokój, ślub jutro. Wsiadłem w malucha, pojechałem. Byłaś tak szczęśliwa, że nie miałem sumienia wyjść. Wróciłem i zaraz oświadczyłem się Halinie.
O matko! Gdybym wiedziała osłupiała.
Popsułbym tylko wszystko. Wyglądałaś najszczęśliwiej na świecie.
Może i tak. Ślub jest ważny, ale szczęście krótko trwało. Po pięciu latach się rozwiodłam, wróciłam do mamy z dzieciakami.
Szkoda.
Ale daję radę, starała się być twarda. Silna jestem, dzieci dobrze się uczą, starszy chce iść na medycynę. Wszystko ok. Handlować muszę, w filcach, na bazarze, tam wichury jak w Bieszczadach. Ale miejscówka jest, bardzo chodliwa! Trzymam się jej.
Chciała mu pokazać, że nie jest z nią aż tak źle, jak mogło by się wydawać. Brak fortuny ale nie jest biedą.
Andrzej słuchał z troską zmarszczką między brwiami.
A ty jak żyjesz? Halina sobie radzi?
Wzruszył ramionami, jakby myśli miał gdzie indziej.
Halina? Ciasto piecze.
Sama?
Kiedyś sama, a potem Znasz Polski Piec? Sklep i wypieki.
Oczywiście. Byłam może raz.
To jej biznes. Ja jej to zbudowałem. Od kawałka chleba się zaczęło, teraz sklep prowadzi.
Zofia sobie przypomniała. Kiedyś koleżanka z rynku zaciągnęła ją tam po chleb. Czekały w kolejce, koleżanka pokazała właścicielkę: drobna, energiczna kobieta w białym płaszczyku z różowym szalikiem. Twarz wydawała się Zofii znajoma. Takie rzeczy układają się dopiero po czasie.
To tu? zbliżali się do domu Zofii, Andrzej sprawdzał numer.
Jeszcze jeden blok dalej.
Wtedy Andrzej zaparkował, wyskoczył, pobiegł do stoiska z napisem Kwiaty, zmiótł z lady bukiet chryzantem, otworzył drzwi auta i położył je Zofii na kolanach.
Patrzyła na chryzantemy i przed oczami rozmazywały jej się białe główki. Szybko wytarła łzy, przecież sama chwile wcześniej mówiła jaka jest silna.
Później wniósł jej torby do klatki, klatka wymalowana graffiti, ona z kwiatami przy sercu.
Zapraszam? najlepiej by nie wszedł, bo chaos, bo rzeczy po kątach, bo mama i jej pytania.
Ale może i dobrze by zobaczył.
Nie, Zosiu, muszę. Dziś dzień na głowie, ujął ją za nadgarstek, przytrzymał sekundę, jakby już się żegnał.
I pobiegł na schody.
Zawołać? Opowiedzieć?
Zofia patrząc mu w plecy nagle zrozumiała jemu jest jeszcze trudniej. Pożegnał się, nie spotkają się już. I to dziwnie ją uspokoiło.
Wciągnęła torby do mieszkania.
Od progu mama: pytania, wieści rodzinne. A Zofia nie słyszała, dłoń nadal czuła jego dotyk. Zdjęła filce, zaniosła je na kaloryfer, wszystko robiła według autopilota.
Mama za nią chodziła, narzekała, nie widząc, że córka jest nieobecna.
Dopiero, gdy Zofia usiadła przy stole, zapytała:
Mamo, pamiętasz jak przed ślubem mówiłam ci o chłopaku z praktyk? Ten farmer spod Piotrkowa?
Coś tam A czemu pytasz?
Mówiłaś wtedy: Jeszcze byś w gnoju mieszkała.
I dobrze mówiłam. Gdzie byś dziś była?
Wiesz, spotkałam go.
Spotkałaś? Gdzie?
Nieważne. Mama, firma Bartczak, którą tak chwalisz to jego. A sklep Polski Piec żona.
Mama zamarła z filiżanką w dłoni, postawiła ją zwolna na stole. Widać było cień żalu w oczach. Pomilczała, a potem dla uspokojenia (i siebie, i córki) powiedziała:
A co, można wybrać sobie los? Jakby się dało, ludzie by się pozabijali.
I zrobiło się Zofii żal mamy.
Daj spokój, mamo. Dobrze nam. Dziś sprzedałam dwa garnitury i trzy kurtki. Jakoś będzie. Nie poddawaj się.
I bardzo dobrze. Jakby człowiek wiedział, gdzie padnie, to by słomę przyniósł pod pupę… No dobrze, ale ta nowina mnie przygniotła zamilkła, pogrążyła się w swoich myślach.
Wkrótce wrócił syn. Wysoki, poważny, z lekko tajemniczym spojrzeniem. Teraz Zofia widziała jeszcze wyraźniej, jak bardzo jest do swojego ojca podobny.
Jak reszta rodziny uwierzyła, że trzykilogramowe niemowlę to wcześniak? Uwierzyli bez cienia wątpliwości. Zofia nie wyglądała na lekkomyślną.
Syn siadł do stołu.
Mamo, tylko się nie wściekaj. Znalazłem robotę w stadninie. Będziemy konie czyścić, płatne od godziny. Na naukę nie wpłynie, obiecuję, mamo…
Zofia westchnęła. Wczoraj by zbeształa. Ale dziś…
Andrzejku, jesteś już duży. Każda praca to coś. I pieniądze przydadzą ci się. Nie jestem przeciw.
Odstukał szczęśliwie łyżką, patrząc na mamę z wdzięcznością. Coś się w niej dziś zmieniło, tylko dziwnie nie wiedział co. Ale taka macierzyńska ufność była najpiękniejsza.
A Zofia nie mogła zasnąć. Nie płakała, nie rozpaczała. Był w niej spokój i jakieś dziwne poczucie sensu.
Patrzyła na białe chryzantemy, myślała o losie, o dzisiejszym spotkaniu, o tym, że ich życie znowu rozeszło się na dwa osobne tory.
Wtedy ich pierwsza znajomość podzieliła życie na pół przed i po. Teraz było podobnie.
I oboje jeszcze dostaną od losu niejedną niespodziankę. Już się nie spotkają, a i tak będą się nawzajem czuć w życiu.
Wszystko wydarza się z jakiegoś powodu.
Dzisiejsze spotkanie musiało być po coś dla zrozumienia czegoś bardzo, bardzo ważnego.






