Niedokończona książka

Niedoczytana książka

No to już, Jadwiga, wychodzę! Nie odprowadzaj mnie. Będę późno! Na jutro wyłóż niebieską koszulę i spodnie, nie zapomnij! Z pralni trzeba odebrać! krzyknął z przedpokoju Wiktor, szybko narzucił płaszcz, zawahał się przy lustrze, dokładnie się przejrzał, złapał kapelusz i wyszedł, trzaskając drzwiami.

Trzask był taki, że aż zadźwięczały szyby w uchylonym oknie.

Przeciąg pomyślała Jadwiga, zakręciła wodę, wytarła ręce w fartuch i wyjrzała z kuchni. Wszystko jak zwykle zalany słońcem korytarz, zakończony przedpokojem, fotografie na ścianach, tapety w pogodną paskową zebrę dwa szerokie, dwa wąskie pasy w błękicie; płaszczyk Jadzi na wieszaku. I

Jadwiga zmarszczyła brwi.

Paczka! Mąż zapomniał paczki, a w niej przecież paszteciki! Jadzia sama dziś nie wiadomo, kiedy lepiła i piekła, z cebulą i jajkiem, tak jak Wituś lubi. Smażyła specjalnie na dziś, bo Wiktor wyjeżdżał w delegację na budowę, gdzie porządnie nie zje, a domowe to domowe!

Zerwała fartuch, poprawiła fryzurę i w domowej sukience, prostej, z bufkami i z kawową plamką przy dole, złapała ciepły pakunek i przytuliwszy go do piersi jak niemowlę, wybiegła z mieszkania dobrze, że zabrała klucze, bo potem by siedziała pod zamkniętymi drzwiami jak sierota! Zbiegła po schodach, trzymając się poręczy. Ta wyślizgana, lakierowana, spływała cienką wstążką w dół, zawijając się serpentyną czwarte piętro, trzecie, drugie

Jadwiga mogłaby, jak inne gospodynie, po prostu zawołać męża przez okno, poczekać aż wyjdzie z klatki, ale nie, to jakoś niegodnie. Sama zaniesie tę paczkę, pożegna się, nadstawi Witusiowi policzek, on cmoknie ją suchymi wargami, skinie głową czas iść…

Z zadyszki Jadzia nieco się zapowietrzyła, wybiegła na podwórko, z hukiem uderzając drzwiami w ścianę, choć już jej, Jadwidze, daleko do młodości ma czterdzieści dziewięć lat i biega już nie tak zgrabnie.

Wybiegła, rozejrzała się szybko gdzie znajoma sylwetka w grafitowym płaszczu i jasnym kapeluszu?

Wiktor lubił długie płaszcze, i nigdy nie zapinać, niech się poły unoszą, niech wieje, łopocze, jak skrzydłami. I kapelusz. Wiktor miał ich wiele, na każdą porę. Jadwiga dbała o czystość, czyściła, jak umiała, dokupowała nowe. Jednym słowem opieka.

Kapelusz to szyk! upierał się Wiktor, kiedy syn, Michał, śmiał się z ojca. Wy, młodzi, tego nie pojmiecie, wszystko sztuczne, wszystko plastik!

Gdzie jest Wituś?

O, już wychodzi na ulicę, w słoneczny, głośny gwar Warszawy. Jeśli Jadwiga się nie pośpieszy, mąż wsiądzie do autobusu i tyle go widziała

Jadzia puściła się biegiem przez asfalt, po drodze kiwając głową starszym sąsiadkom sunącym na ławeczkach. Sąsiadki, z włóczką i w wełnianych kamizelkach, patrzyły za Jadzią z uśmiechem, jakby ciesząc się jej miłością, rodzinnym szczęściem.

Co się dzieje, Jadźka?! spytała babcia Hela widząc znikający cienki cień.

Obiadek! Witek zapomniał, a tu paszteciki! krzyknęła Jadwiga przez ramię.

Babcia Hela pokiwała głową z aprobatą paszteciki są dobre, miłość też dobra. No, doskonale!

Tymczasem Jadwiga wybiegła za bramę, chciała zawołać, ale zastygła, ujrzała męża, opuściła ramiona, zwiotczała; jakby ktoś nagle zgasił słońce, ściemniło się tak, że aż nie było czym oddychać. Zawirowało jej w głowie, chwyciła się rynny.

Wiktor stał bokiem, już na przystanku, obejmował pod ramię jakąś młodą, biuściastą paniusię. Ta się śmiała, droczyła, a Witek patrzył na nią z góry i też się śmiał. Zaraz odsunęła go, zmierzyła wzrokiem, a Witek A Witek pochylił się z lękiem i oddaniem, złapał za dłoń, chciał ją pocałować. Ale ona wyszarpnęła gładką, różową w zgięciu łokcia rączkę nawet jakby spoliczkowała go, Wiktor się wyprostował, jak deska, zezłościł, może Ale zaraz znów, jakby zawył, pogładził towarzyszkę po plecach, wyjął cukierka, podał. Paniusia, bo tak Jadzia ją w myślach nazwała, zachichotała, rozdziawiła dziubek proszę, poczęstuj.

Jadzię zemdliło. Matko święta! Wiktor, poważny, dorosły, prawie starszy pan, mizdrzy się do młodej lampucery, zupełnie wstydu nie ma!

Na tej paniusi było ładne letnie niebieskie ubranie w białe grochy, drobniutkie, aż w oczy migało. Włosy miała upięte z wstążką pod kolor sukienki, fryzura idealna, buty białe, letnie.

Wzrok Jadwigi latował po jej postaci, i nie wiedziała, co zrobić z paczką, z tymi głupimi pasztecikami i w ogóle z życiem

Podjechał autobus, tłum się wepchnął do środka, Wiktor pomógł paniusi wejść do środka, zamknęły się drzwi.

Kiedy autobus ruszył, Jadwidze zdawało się, że mąż patrzy prosto na nią. Zrobiło się jej wstyd za domową sukienkę, zdarte pantofle i ten pakunek z pasztecikami.

Jadwiga gwałtownie się odwróciła, weszła z powrotem w podwórko z gwarnymi sąsiadkami w letnich sukienkach, już bez kamizelek, rozgrzanymi na ławeczkach, omal nie wpadła pod nogi babci Heli przy klombie.

A czemu to te słoiki niesiesz, Jadzia? Nie zdążyłaś? spytała, wyjmując papierosa z ust, skinęła na pakunek u sąsiadki. Celowo nazwała pakunek słoikami, bo nie pochwalała tej ciągłej opieki Jadwigi nad mężem, tej słodkiej, topionej jak masło troskliwości.

Nie zdążyłam wzruszyła ramionami Jadwiga.

Szkoda. Jedzenie przepadnie pokiwała głową Hela. Przysyłam Marka. Ty dziś jesteś w domu?

Jadwiga coś nieokreślonego pokręciła głową.

No i dobrze. Niech zje. On lubi paszteciki, a ja nie piekę, nie znoszę ciasta. Czekaj.

Babcia Hela naraz się ożywiła, zmrużyła oczy i podbiegła z krzykiem do traktoru wjeżdżającego na podwórko.

A wynocha mi stąd! Wynocha, mówię ci, koniu jeden! Znów petunie mi pochlapiesz, fontanny ci się w głowie marzą! Wynocha, rzezimieszku! kłóciła się z kierowcą, ale Jadwiga już jej nie słuchała.

Powoli, ociężale, wlazła pod klatkę, wskoczyła w cienistą pustkę. Głucho rozlegały się jej kroki po marmurowych schodach, a łkanie mieszało się ze skrzypnięciem drzwi, potem wszystko zgasło w mieszkaniu.

Koniec. To był koniec. Koniec rodziny, ciepła, bezpieczeństwa, koniec zaufania, koniec wiary w ludzi. A co tam ludzie pojęcie za szerokie. Ale mąż Mąż to coś zasadniczego, ten jeden jedyny, komu Jadwigę kiedyś powierzono, przkazano, by dbał i troszczył. I co teraz?!

Jadwiga ciężko usiadła na stołku w przedpokoju, z pakunku wysypały się paszteciki. Kot Filemon podszedł, ocierał się o nogi, mruczał, domagał się jedzenia. Jadwiga nie widziała, niczego nie zauważała. Wciąż stała przy rynnie, patrząc na niebieskie w grochy ubranie i jego właścicielkę. I jeszcze na Wiktora. A po policzkach płynęły łzy, gorące i tak bardzo kobieco gorzkie, że aż jej się spodobało nie trzymać prosto pleców, nie nosić wiecznego uśmiechu szczęśliwej żony, tylko tak usiąść i rozczulić się nad sobą, upajając się własnym żalem

Ile tak trwała, nie było jasne; ktoś poruszył drzwiami, Filemon czmychnął.

Niezamknięte drzwi trzasnęły, w szparze pojawiła się głowa wujka Marka, męża Heli. Nos wielki, poliki dziurawe, wargi pulchne, kręcone włosy lśniące, szyja czerwona wszystko w Marku było jakieś za mało eleganckie jak na to osiedle, dla tego towarzystwa. Ale Marek był swój inteligent, tylko jak mawiał Wiktor artysta, trochę wykręcony.

Artysta, Jadwiga rozkładał ręce. I do tego utalentowany, dyrektor galerii! Ludzie twórczy w ogóle są trochę szaleni, bo gdyby byli byle jacy, nie mieliby tej iskry

Jadwiga przetarła łzy, spojrzała z dołu w wielkie, błękitne, jasne oczy gościa. Gdyby nie był artystą, mógłby zostać proboszczem przeszło jej przez myśl. Wygląd miał pasujący.

Marek Eugeniusz? Pan? wykrztusiła.

A na kogo wyglądam? zdziwił się Marek, spojrzał na siebie. To ja, Jadwiga. Hela mówiła, że masz wolne paszteciki? Bo u nas remont kuchni, meble Hela wymienia Marek westchnął. Nic nie gotuje, każe po barach jadać. Mam dość

Jakby zaszlochał, kręcone włosy zadygotały, szerokie ramiona weszły całkiem w przedpokój, zajął środek w miodowo-żółtej plamie słońca.

Zaraz, zdejmę buty zamieszał się nagle Marek, gubiąc słowa, po wiejsku. Mokre, wlazłem w kałużę. I skarpetki dam! skinął na stopy, Jadwiga spuściła głowę. Stopy jak stopy, rozmiar duży. Skarpetki zwykłe, z pasemkiem, kupione tuż za rogiem, dobre skarpetki. Tylko tylko na dużym palcu dziurka.

Jadwiga wyciągnęła ręce, nawet nie zauważyła, jak niesie mokre buty na balkon, żeby wyschły.

Stój! zawołał Marek, Jadwiga się zatrzymała.

Ależ jak to, trzeba wysuszyć, bo się rozchorujesz! wyszeptała.

Moje ciało, moje sprawy! Oddaj! kręci się Marek, patrzy chytrze, macha kręconą czupryną.

Jadwiga jednak nie oddała. Głupio tak! Gość wyjdzie w mokrych? Nigdy.

Postawiła buty w słońcu na balkonie, przegoniła Filemona, westchnęła. A Marek już grzebie w kuchni, szeleszcząc.

Jadwiga! Gospodyni! Chciałbym herbaty! Od lat nie piłem tak czarnej, jak gryczany miód, z cytrynką! Zaparz, sąsiadko! Zmęczony jestem… I wyciągnął stopy w przejście, tak że nie dało się przejść, nogi ogromne, jeszcze Jadzię potkną.

Już! Zaraz szepnęła Jadwiga, mechanicznie zapaliła gaz, wstawiła czajnik. W głowie mróz, chłód, ból.

Wituś Wiktor, mąż Jak to możliwe? Od domu dwa kroki i już się prowadza z inną?

Jadwiga się zafrasowała, ileż to mogło być takich spacerów

Nie! To pomyłka! Przypadkiem się spotkali, to koleżanka, bywa! mówiła sobie w myślach, głosem matki. Wróci, udaj, że nic ci nie jest, zadbaj, ogrzej! I zapomni o tamtej, zapomni!

A Marek nagle się skrzywił.

Co mi tu chcesz zalać? Starą herbatką? Nową daj, świeżą, jak dla gościa. Tą wylej! złapał dzbanek w jasno-szarych kwiatuszkach, ciepły jeszcze po śniadaniu, zdjął wieczko tłustymi palcami, powąchał. Nie, kochana, to tylko na odpadki!

Ależ… dopiero co zaparzyłam! Świeża, smaczna, spróbujcie! zmarszczyła brwi Jadzia, ale westchnęła i pokiwała głową.

Nowy czajniczek zaparzyć bagatela, ale Witek Jak tu z nim żyć?

Czajnik zaczął gwizdać, cienka strużka wrzątku lała się na podgrzany porcelanowy imbryk, w kuchni rozszedł się zapach czarnej herbaty z indyjskim słoniem, nieco cierpkiej.

O, to co innego! Ale daj mi z tej serwisy, tej kobaltowej ze złotem, kocham te filiżanki. Nie bądź ci duża, daj! zarządził Marek, uśmiechając się jeszcze chytrzej.

E, mamy nową serwisę, Witek z Gdańska przywiózł, ładne filiżanki, spodoba się panu! odparła Jadwiga, aż podskoczyła, gdy gość huknął w stół.

A ja chcę z kobaltowej! Z niej piłem, twoja matka mnie poiła, zawsze takie podawałaś. Daj. I paszteciki. Wyłóż na talerz! Nie? Na czym? Na tym z uszczerbkiem nie chcę! Chcę z ozdobnego! A póki jem, skarpety mi zszyj. O, tutaj masz, a ty zaceruj. Hela nie chce, ona od mebli, a mnie palec boli, au! podał Marek, przechylił głowę jak błazen.

Jadwiga, szanowana osoba, pedagog z tytułem, choć od lat już nieucząca, bo dom miał być priorytetem i opoką męża, inteligentna pani, patrzyła na podane jej skarpetki z prawie jawną niechęcią. Ale dłoń już szukała igły, już zaraz będzie cerować

Marek, widząc sekundę zwłoki, znów trzasnął w stół pięścią, urósł, zrobił się górą, masywną, sapiącą, zagniewaną.

Że co, Jadwiga?! Zupełnie? Czemu pozwalasz mi się rządzić? Ty tu gospodyni, a dajesz sobą pomiatać jak gówniarą. A miałem cię za inną! Szłaś przez podwórko wróbelki na krzakach wstrzymywały oddech z zachwytu, a teraz? Nadajesz się do wycierania podłóg, ni słowa sprzeciwu! Fiu, fiu!

Machnął szeroko ramionami, oczy mu biegały. Kobaltowe filiżanki zadźwięczały, dzbanek zachybotał, paszteciki nakryły się do siebie.

Po co? Po co to wszystko? Po co pan przyszedł? Po co to mówi? Ja nie mogę! Mój Wituś tam, na przystanku z obcą Widziałam! Pobiegłam z pasztecikami, a oni Ja Łzy płynęły Jadzi z oczu, ściekały na obrus.

Potem naraz ucichło, zasztywniało. Nawet firanka w przeciągu stanęła, zegar przestał tykać, na dworze jak w grobie.

Marek westchnął, warknął, stwierdził:

O, dlatego właśnie Wituś znalazł sobie tamtą. Kiedyś uczniowie za tobą biegali, żeby zmienić ocenę, a ty twarda! Dwójek nie poprawiałaś, bez rady pedagogicznej nawet nie chciałaś słyszeć. Tak patrzyłaś, że, co tu kryć, aż człowiekowi się robiło… No, emocje A teraz co? Pakunek do ręki i w długą, wszystko za Wituśkiem, jakbyś była matką-kwoką, nie żoną. Wituś, czapeczkę! Wituś, słoiczki! Wituś, nie idź po ziemniaki, ja przyniosę! sparodiował Marek.

Jadwiga najpierw się obruszyła, potem uśmiechnęła. Dobrze grał Marek Tak, dokładnie tak mówiła.

Jestem kwoką, co? Tak. Nie odpowiadaj, sama wiem. Prawdziwa kwoka pokiwała głową. Ale ja lubię dbać, dogadzać, chronić. Wydaje mi się

A mnie się wydaje, że całe męskie w Witku zwiędło od tej troski. My, Jadwiga, to zdobywcy, łowcy, wilki! Chcemy namiętności, nie wełnianych skarpetek i czapek! Nie, skarpetki też, ale nie za dużo! Michał się wyniósł, całe macierzyństwo przelałaś na męża. I spokój. A jego tymczasem inne, bardziej cwane, karmiły. Z nimi czuje się młody, wiesz?

Jadwiga nie rozumiała. Albo nie chciała. Jak to tak stara się, całe życie rodzinie, a tu na nic? Zgubiła siebie

Dziesięć lat temu zrezygnowała z pracy w szkole, wygodniej o męża dbać, żadnego nocnego ślęczenia nad zeszytami, rad, nerwów tylko domowy spokój. Ale byli jeszcze uczniowie na korepetycjach, przychodzili, płacili, ale Ale Wituś raz poważnie zachorował, długo był w domu, zaczęli przeszkadzać hałas, zarazki! I Jadwiga ich wygnała, wygodniej Witkowi.

I przestała śpiewać podczas sprzątania, radia nie włączała, malowanie rzuciła, bo Wiktor stwierdził, że nie znosi zapachu oleju lnianego, którym czyściła pędzle. Płótna na pawlacz, pędzle w szufladzie, olej do śmieci.

A potem? Potem, Jadwigo, zupełnie się zatraciłaś! rzekła Jadwiga do swego odbicia w szybie kredensu, uśmiechnęła się.

Manicure? Kiedy, gdy zupa do gotowania, kotlety do duszenia.

Nowe sukienki? Po co, skoro nigdzie nie chodzi, Witek zmęczony

Buty? Po co obcasy? Żyły jak gąsienice! drwił Wiktor. I buty wylądowały w pawlaczu.

Koleżanki rzadko dzwoniły, Jadwiga odruchowo się żegnała. Syn Michał wpadał raz w miesiącu, jadł, odpowiadał półsłówkami, wychodził z słoikami, nie dzwonił.

I tyle. Koniec

Czemu się smucisz, sąsiadko? Wstawaj! Ożyj, póki młoda! Jesteś w rozkwicie! Róża, lilia! Znowu bądź dumna! Inaczej Witek będzie z innymi po autobusach jeździł! pouczał Marek, westchnął. Paszteciki masz świetne! Ehh, gdzie te moje osiemnaście lat Zawróciłbym za tobą, Jadwigo, zawróciłbym!

I odszedł. Jadwiga została…

Wiktor wrócił późno, trzeźwy już niezupełnie. Czuć było od niego perfumy i wino.

Konferencja się przeciągnęła rzucił z progu portfel żonie, syknął, bo znów coś mu w krzyżu strzeliło. Herbata. I ziemniaków bym zjadł. Z wódeczką. Jadzia, czemu stoisz? No mówię przecież…

Jadwiga portfela nie wzięła, kazała się mężowi przesunąć, bo jej walizka potrzebowała miejsca.

Ty dokąd się wybierasz?! Co to ma znaczyć? spojrzawszy na Jadwię włożoną na muszelkę fryzurą, z kolczykami, w eleganckiej piaskowej sukience i sandałkach, Witek zbaraniał.

W delegację jadę. Poradzisz sobie tu sam, z wódeczką, bez wódeczki, ale sam, wzruszyła ramionami Jadwiga.

A ziemniaki? Koszulę na jutro mi wyprasuj! groźnie rzucił Wiktor.

Jadwiga zawahała się, już szła po żelazko, ale machnęła ręką.

Sam. Albo niech ona przyjdzie. Ja nie mam nic przeciw, Witku. Jeśli dobrze wam razem, to niech. Żegnaj, Witku. Pora mi.

I wyfrunęła z mieszkania, tylko na chwilę się zatrzymała, bo walizki uchwyt źle leżał w dłoni. Ale już stukały obcasy po schodach, mignęła w mroku elegancka Jadzia, zaterkotało taksówką na podwórku, ucichło.

Wiktor pognał do klatki schodowej, zwisnął, chciał zawołać, ale tylko jęknął, bo w krzyż jakby osikowy kołek wbili, rozbłysło mu w oczach, zakręciło się, łzy pociekły.

Jadwiiiga tylko wychrypiał…

Gdzie jesteś, Jadzia?.. Rozmasażowałaby, posmarowała, okryła ciepłym kocem, przytuliła się, ukołysała

Sabina? To pani? wyszeptał do telefonu, jęcząc. Tak, to ja… Wiem, nie powinnam dzwonić, ale… mój krzyż, Sabino! Posmarować by… i czegoś zjeść… nie mogę dojść do kuchni, Sabino! Ale przecież nie jesteśmy obcy! Co?..

Telefon zamruczał coś o lekarzach pod innym numerem, potem długie sygnały. Sabina nie przyjedzie, nie posmaruje krzyża, nie wyprasuje koszuli, nie przytuli się. Za dumna i zbyt niezależna. Nie Jadzia. Zupełnie nie Jadzia. Koszmar…

Doczłapał do kuchni, zobaczył zimne paszteciki na talerzu, jęknął. To nie koszmar, to katastrofa. I sam wszystko zrobił! Och!

Jadwiga wróciła następnego dnia po południu z lekarzem i bukietem róż. Sama sobie kupiła kwiaty, właśnie je układała w pięknym wazonie z kryształu. Pachniała perfumami i lekko papierosami. Jadwiga paliła. Czasem, gdy była zestresowana.

Chwileczkę, panie doktorze, niech pan nie wstrzykuje! powstrzymała rękę ze strzykawką.

Mąż jęczał, nie znajdując ulgi.

Co? O co chodzi? spytał lekarz.

Chwileczkę. Wiktorze, co jej obiecałeś? Takie jak ona nie spotyka się ot tak, dla ciebie jesteś za stary pochyliła się nad spoconym mężem.

Nie jestem stary! W sile wieku!

Emeryturę dokończył lekarz. No co jej obiecałeś? Mów, bo odjadę, mam pacjentów!

Stanowisko. I tytuł. Ale nic nie dostanie! Nic! Pomyliłem się, Jadwigo! Tylko ty! Tylko ciebie potrzebuję! jęczał Wiktor. Wybacz mi! Wybacz, słyszysz? Ona nic nie dostanie!

Dostanie. Słowo mężczyzny trzeba dotrzymać. Dostanie stanowisko i tytuł, żeby nie czuć się poniżona. A ty, Witek, odchodzisz z biura. Nie wiem dokąd, znajdziesz coś. Przy okazji: od przyszłego tygodnia wracam do pracy. Żelazko masz w szafce, koszule w koszu. Nie pasuje? Rozwiedź się. Zrozumiano?

Wiktor sapnął, przewrócił oczami, otarł pot rękawem szlafroka i kiwnął głową. Krzyż bolał potwornie, Jadwiga się znęca, lekarz po jej stronie, Marek stoi w drzwiach, gapi się na nagi zadek Wiktora, zaraz wejdzie Hela wstyd na całe miasto!

Zrozumiałem. Już wstrzykiwać, oprawcy! Bo ducha wyzionę wychrypiał, długo się tłukąc.

Jadwiga przytaknęła z uznaniem. I lekarz wziął się do roboty

Sabina była szczęśliwa. Co tam szczęśliwa fruwała. Praca, tytuł doktora, świetne stanowisko wszystko to sprawił jej głupi, miły staruszek Wiktor.

Sabina już go nie widywała, spuszczała oczy, nie witała się. Bo i po co? Jego zona jasno dała do zrozumienia, że tytuł mogą odebrać, a wywalić z pracy i szybciej! Sabina znajdzie sobie kogoś innego.

A Wiktor odszedł. Wszyscy się dziwili, z czego nagle, z tak tłustej posady. A on milczał. Raz tylko powiedział, że dał słowo. Komu i o co nie wyjaśniał.

Na pożegnanie wyprawił bankiet, zabrał żonę w brylantach, tańczyli tango i patrzył na nią tak Tak, jak na Sabinę nie spojrzał nigdy. Dlaczego? Jak to możliwe? Co takiego ma ta Jadwiga?

Po prostu wszystko. Jest jak powietrze tym, czym Wiktor oddychał całe życie. Dopóki było, nie czuł. Został w próżni i zrozumiał, co stracił. Nie chodzi o krzyż i ciepły bok. Okazało się, że Jadwiga to wciąż ta nieprzeczytana książka, tajemnicza, cierpka i słodka zarazem, jak lipcowa truskawka, którą kiedyś karmił żonę nad morzem. Nigdy tej książki nie doczyta i nie przewróci ostatniej kartki. Niech Bóg da, by tak było!

A Sabina po prostu do tego jeszcze nie dojrzała. Albo nie umie. Albo nie znalazła jeszcze swojego czytelnika. Życie pokażeZa oknem spłynął cień chmurki, rozgonił ostatni zgrzyt starego żalu. Jadwiga z lekkością wsunęła jedną ze swoich nowiutkich kolczyków, podeszła do lustra i uśmiechnęła się do siebie. Filemon leniwie przeciągnął się na parapecie. Na kuchennym stole, wśród resztek jeszcze ciepłych pasztecików, zakwitła róża. Marek z sąsiedztwa pomachał zza firanki:
Jadzia, idziesz z nami na lody?
Już schodzę! odkrzyknęła jasnym głosem, który zabrzmiał w mieszkaniu zupełnie nowo. Ubrała złote sandałki, zasunęła cicho drzwi i nie oglądając się za siebie ruszyła w świat.
A książka? Jeszcze długo nikt nie zdołał zgadnąć, jaki będzie jej ostatni rozdział. Jadwiga postanowiła: nie będzie się spieszyć z końcem tej opowieści. Niech każda strona przynosi coś dobrego, coś, czego nigdy się nie spodziewała i już niech tak zostanie.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Niedokończona książka