Błękitne pończochy
Bożenka, zmień mnie jutro, błagam! Teściowa ma urodziny, muszę ją odwiedzić.
Przecież chyba miesiąc temu już dawałaś jej prezent na imieniny? Bożena uniosła wzrok znad kartonika z kartami czytelniczymi.
Bożka! Czemu się czepiasz? Imieniny to nie urodziny. No muszę, rozumiesz? A tobie co, trudno? Ani dzieci, ani zmartwień. Sama jak palec! Oj Przepraszam! Nie miałam na myśli
Irmina uderzyła się dłonią po ustach, ale było już za późno. Bożena skinęła głową i wyszła z czytelni.
Niezręcznie wyszło Irmina wzruszyła ramionami i spojrzała bokiem na Wiesię.
Z nią nie ma żartów, Wiesia od razu by to ucięła. Bibliotekarka, a jaka zaradna! Wiesia uważała, że kulturalny człowiek powinien umieć postawić na swoim. Bożena drżała przy jej tyradach, a Irmina śmiała się do łez.
I widzisz, że nie każda bibliotekarka to taki błękitny pończoch jak ty, Bożena! Spójrz na mnie czy Wiesię. Tak trzeba żyć! A ty? Przemykasz się między biblioteką a mieszkaniem, jakiś szaliczek, kotki Stara panna! Przepraszam, że tak wprost, ale kto ci oczy otworzy? Przecież ładna z ciebie dziewczyna, tylko smutna Wiesiu, no powiedz coś!
Zwykle Wiesia zasyczała na Irminę i kończyła takie gadki.
Dość już! Co się stawiasz za wzór? Romansów miałaś jak dziecko papierków po cukierkach! I co z tego? Z Vackiem mieszkasz Raz cię tłucze, raz po wsi włóczy. A ty taka piękna! I próbujesz kogoś pouczać.
Przynajmniej mam męża! I dzieci! A co Bożena? Następny kot w domu? Niedługo jej mruczki całkiem ją wygonią. Przyjdzie i zamieszka w bibliotece! Słuchaj, Bożka, czemu choć dziecka sobie nie urodzisz? Od rodziców miałaś trochę grosza, wychowałabyś. Byłabyś chociaż z kimś!
Wtedy Wiesia nie hamowała już języka, Irmina uciekała w pilnych sprawach, a Bożena zaszywała się w kącie, żeby nikt nie widział łez.
Za co jej to wszystko? Czy to jej wina, że nie wyszło? Najpierw chorował ojciec, potem matka. Prawie piętnaście lat pielęgnacji, prania, zmiany opatrunków Jaka miłość, jakie życie? Kto się na to zdecyduje? A nawet nikt się taki nie trafił Bożka patrzyła na siebie w lustrze i widziała przeciętność. Ani piękność, ani straszydło. Ot, środkowa półka. Szare oczy, równe rysy, gęsty warkocz, który ostatnio ścięła po śmierci mamy, na praktyczną fryzurę.
A poza tym zwykła była ta Bożena Przeciętna kobieta. Bez złych nawyków i widoków na przyszłość.
Nie była nawet do niej przywiązana. Patrzyła na życie koleżanek i trzęsła się w środku. Spójrzmy na Irminę. Ma męża, ale ile ją to kosztowało? Całe miasteczko wiedziało o podwójnym życiu jej męża. Słynne już były ich śląskie kłótnie. Rozstawali się, godzili, znowu awantury. Nie krępowali się nikogo. Irmina twierdziła, że ludzie i tak gadali będą, więc niech lepiej widzą wszystko jak jest, niż szeptać po kątach. Głupia nie czuła się. Legalna żona i tyle.
Bożena nie rozumiała. Po co na to tracić życie? Gdzie szacunek? Duma jakaś? Chociaż Książkowe ideały, bliskie sercu Bożeny, miały się nijak do rzeczywistości. Duma przydałaby się, jakby się miało wille, bogatego wujka, a nie dwójkę dzieci, pensję bibliotekarki i chorą matkę. Irminy nie potępiała, próbowała zrozumieć. Wychodziło średnio, ale bolało już słabiej. Jak komuś chce się uczyć innych, niech sobie uczy. Najważniejsze, że w ważnych sprawach zawsze była pomocą. Irmina przy rodzicach Bożky nauczyła się stawiać zastrzyki i kroplówki. Kiedy Bożena nie mogła znaleźć pielęgniarki dla matki, Irmina przyszła sama, bez słowa, i zrobiła wszystko. Regularnie wpadała do Bożeny na zastrzyki. Za darmo.
Ty mi tu daj spokój z pieniędzmi! burczała, robiąc zastrzyk, gdy Bożena wyciągała złotówki. Schowaj! Czy to taki problem? Z sąsiadką jestem, stuknę drzwiami i już. A ty mi tu wciskasz jakieś pieniądze! Nie wstyd ci?
Bożenie było właśnie bardzo wstyd. Przepraszała, próbując choć wydziergać coś dla dzieci Irminy. Kolorowe szaliki, czapki, a rękawiczki ze szczygłami, nad którymi siedziała miesiąc, córeczka Irminy nosiła tylko na pasterkę.
Za piękne! Co jak zgubię?
Irmina radziła Bożenie otworzyć sklep internetowy.
To byłby hit! Wszystko ręczna robota!
Bożena myślała, ale odrzuciła ten pomysł.
Nie nadrobię produkcji. Wszystko pojedyncze egzemplarze.
To zabierz nasze babcie z klatki schodowej! Niech działają. I emerytury dołożą, i tobie ulżą.
I tak się zaczęło. Irmina miała żyłkę do interesów, ale utopiła ją w rodzinnych dramatach. Ruszył internetowy sklep, przyszły zamówienia. Niewiele, ale i babciom nieźle szło, i Bożenie lżej. Teraz kółko dziergało na ławce pod blokiem, a Bożena z Irminą kombinowały wzory.
Patrz! To ostatnia moda! Pani Wiesia podobny serwetnik zrobiła. Lekko zmienić i będzie jak marzenie! Sama bym w takiej spódnicy chodziła.
Więc Bożena brała się do pracy. Po dwóch tygodniach Irmina już brylowała w nowej spódnicy, a na stronie pojawiała się nowa oferta.
Nie były z tego fortuny, ale coś wpadało, Bożena poczuła się jak business woman. Może jednak coś potrafi
Wiesia z ich przygód się śmiała, ale czasem pomagała radą, a jej koronki szydełkowe były najdroższą ofertą w sklepie. Siedząc z igłą w ręce przy oknie w czytelni, oddawała część swoich obowiązków koleżankom. Te wiedziały, ile znaczy dla niej ta robota.
Mąż Wiesi odszedł zaraz po urodzeniu bliźniąt. Był artystą, stale siebie szukał, ale nie znalazł przy Wiesi. Próbowała go zatrzymać, ale nie chciał pracować, cyklicznie znikał, wymyślając nowego siebie. Córka mówiła na niego pan Paweł.
Mamo, pan Paweł przyjechał.
Męża Wiesi to doprowadzało do szału.
Ty mnie ośmieszasz przed dzieckiem! Ona musi wiedzieć, kim dla niej jestem!
Na początku Wiesia milczała, bo mama jej tak kazała. Ale potem przestała.
A co takiego dla niej zrobiłeś?
Czy to przez ciążę, czy przez zmęczenie, Paweł uciekł dzień po porodzie bliźniaków. Wiesia się specjalnie nie załamała. Miała rodziców na wsi, ogromne gospodarstwo, koniec z urlopami poza wsią. Dzieci podrosły i były wyjątkowo udane. Bożena myślała, że gdyby miała pewność, że i jej wyszłyby takie dzieci, posłuchałaby rady Irminy od razu.
A jednak bała się. Na świecie została sama. Przyjaciółki mają swoje życie. Co by było z jej dzieckiem, gdyby z nią coś się stało? Dom dziecka? Sierociniec? Za co taka kara? Bo matka, z samotności, postanowiła mieć dziecko? Nie! Niech już będą kotki i szaliki. Nikt nie zdejmie odpowiedzialności.
Bożena, rzecz jasna, nie wiedziała, że całe kółko z Irminą na czele od dawna poszukuje jej męża. Mężczyzn mało w ich mieście, przeglądały wszystkie możliwe typy, ale żadnego odpowiedniego nie znalazły. Kobiecy senat milczał i tylko Irmina czasem się zapominała, potem kajała za swój długi język.
Aż nagle kandydat się znalazł. Zupełnie niespodziewanie. Ani Irmina, ani babcie nie wpadłyby na to, co wymyślił los.
Kolejna prośba Irminy zakończyła się tym, że Bożka, ocierając łzy, zgodziła się zrobić za nią dyżur. Przeglądając wieczorem zlecenia, wpadła na pomysł, żeby dodać zdjęcie koronki Wiesi jej białej, ślubnej sukni, ozdobionej misternym haftem, która mogła być wizytówką sklepu.
Cudo, Wiesia! Ty masz złote ręce!
Synom to powiedz! Wczoraj mało mi tej sukni nie zniszczyli. Wyszłam na moment z pokoju już cięli! Musiałam cały wzór poprawiać.
Mocno widać?
Nie. Przerobiłam cały motyw. Siedziałam całą noc, ale teraz jest idealnie.
To suknia właśnie miała trafić na stronę. Bożena długo kombinowała, jak opisać takie cudo.
Wciąż szukała słów, wracając do domu. Weszła na klatkę schodową i znieruchomiała, nasłuchując. Myśli o sukni i sklepie uleciały.
Pomocy…
Cichy głos, niemal ginący w szmerze wieczornego bloku. Ktoś się kłócił, dzieci biegały, Bożka podniosła głos na malców, próbując wychwycić czyj to głos.
Pomocy…
Już nie było wątpliwości. Ktoś wzywał pomocy.
Mieszkanie Bożeny było w starym bloku. Większość sąsiadów już na emeryturze. Najwięcej samotnych staruszków mieszkało bez rodziny. Bożena znała ich wszystkich, wiele pomagało jej przy rodzicach, wielu znała osobiście z ich serdeczności i życzliwości.
Do tych ostatnich należała pani Zofia.
Kiedyś była przyjaciółką mamy Bożeny, matematyczka w liceum. Jedyna, która na pytania Bożki odpowiadała wprost:
Zdrowie? Daj spokój, Bożenko! Nie mam go już dawno. Ale żyję, dzięki Bogu! Ty lepiej powiedz, co u ciebie?
Z panią Zofią zawsze mogła być szczera. Dostawała rozsądne, nigdy nachalne rady.
Bożenko, żyj tak, jak chcesz. Nikt nie ma prawa dyktować ci, jak masz się czuć. Ich los ich sprawa. Spróbuj ich buty przymierzyć. Pasują ci? Nie? No to widzisz. Tak samo z życiem. Czego się słuchasz? Wyjdziesz za mąż, bo tak trzeba. Komu i po co? Urodzisz dziecko, bo trzeba. Czy będziesz z tego szczęśliwa? Mówię ci, nie! Widziałam tyle takich dzieci w szkole… Rodzice razem, bo tak trzeba. Bez miłości, bez troski. Nic z tego nie wychodzi. Ucierpią tylko dzieci.
Te rozmowy uspokajały Bożenę. Czyli nie była taka inaczej. Ktoś myśli podobnie.
Sama pani Zofia była niemal pięćdziesiąt lat w małżeństwie. Swojego męża poznała na studiach i objechała z nim pół Polski, aż osiadła w tym samym miasteczku co Bożena. Dzieci nie mieli, więc żyła uczniami. Pamiętali o niej, dzwonili, przyjeżdżali z okazji świąt.
Moje dzieci! mawiała, gdy ktoś się odezwał.
Męża straciła niedawno, przeżyła go z trudem. Bożena, martwiąc się o nią, przyniosła jej kiedyś znalezionego na śmietniku kota.
On też został sam. Zgadzasz się, pani Zofio?
Kota przyjęła. Bożena była pewna, że to futrzaste stworzenie, nazwane Borutką, uratowało jej sąsiadkę. Codziennie rano trzeba było kupić Borutce świeżą rybę na rynku nie było czasu na depresję.
I tak żyli. Kot i staruszka. Pomagali sobie i byli szczęśliwi. O pomoc pani Zofia prawie nigdy nie prosiła.
Ale teraz, z jej mieszkania, dochodził ten cichy głos.
Bożena nie zastanawiała się ani chwili. Zbiegła po schodach, waląc w drzwi pani Marii przewodniczącej wspólnoty.
Pani Mario, ratunek!
Pani Maria lepiej niż Bożena znała przepisy, ale i ona rzuciła wszystko, gdy pogotowie ani policja nie przyjeżdżały godzinę. Miała od dawna zapasowy klucz do Zofii.
Na wszelki wypadek…
Otworzyły drzwi. Bożena, pani Maria i reszta sąsiadek z przerażeniem spojrzały na widok w łazience.
Pani Zofia leżała nieprzytomna po upadku. Prawa noga wykręcona, odrętwiałe ręce, nie mogła się ruszyć. Ile leżała? Gdy doszła do siebie, próbowała wołać o pomoc. Nastawiać się mogła tylko na nadzieję, że ktoś ją usłyszy.
Usłyszała tylko Bożena…
Zrobiła wszystko co trzeba, by pomóc pani Zofii. Po tym zdarzeniu, postanowiła, że nikt nie powinien zostać sam ze swoją starością.
W szpitalu pani Zofia spędziła pół roku. Źle się zrastało. Bożena odwiedzała ją i pielęgnowała, a potem zabrała do siebie. Była zaprawiona w pielęgnacji, Irmina przyniosła zastrzyki, Wiesia rosół, a babcie ciasta.
Postawimy panią Zofię na nogi, nie ma bata! Kto to widział chorować!
Najpierw się broniła, że nie chce niszczyć życia Bożenie, a potem zrozumiała, że Bożena to robi z serca.
Takich ludzi jak ty, Bożenko, nie ma! Gdzie ci aniołowie! Niech się tobą opiekują, a jak nie, to sama chyba nim jesteś!
Stopniowo zdrowie wracało. Bożena cieszyła się, że dom nie jest już pusty. Wieczorami słuchała relacji pani Zofii, rozdzielała kocie awantury. Borutka uznała, że kotki Bożeny muszą podlegać jego władzy. Dwie futrzaste królowe znalezione na ulicy, ani myślały się podporządkować. Kłębek futer raz po raz przetaczał się przez mieszkanie. Borutka obrażony chował się pod łóżko i skarżył się zoranym miaukiem.
Nie smuć się, Borutko. Tak to już jest. Haremów nie ma, czasy się zmieniają.
Borutka mruczał przy piersi pani i wiedział, że tu jest bezpieczny.
Życie Bożeny znudziło się monotonią i niespodziewanie zaczęło wirować jak polonez na dywanie. Wszystko, co planowała, nagle przestało być ważne nadeszły nowe rzeczy.
Pewnego wieczoru ktoś zadzwonił do drzwi.
Irmina? Bożena przerwała film, który oglądały z panią Zofią i poszła otworzyć.
Na progu stał mężczyzna. Bożena spojrzała na niego jak na dziwo. Kogo wcisnęło do jej mieszkania tego dziwaka?
Mężczyzna był brodaty, ponury, w skórzanej kamizelce, powycierane dżinsy. Nie wyglądał na tutejszego.
Kogo pan szuka?
Dobry wieczór. Czy tu mieszka pani Zofia?
A o co chodzi?
Chciałem się zobaczyć…
Bożena się zawahała. Ale z pokoju wyleciała czarna strzała, a Borutka już wplątał się w nogi mężczyzny.
O! Borutko! Cześć!
Wielka ręka podniosła kota, cały surowy wygląd przybysza stopniał. Uśmiech był jakby do innego świata. Bożena nie myśląc zaprosiła.
Proszę wejść!
Pani Zofia, zobaczywszy gościa, zawołała:
Krzysiu! Kochany mój! Skąd cię tu przywiało?
Jadę na Mazury do przyjaciół, zlot motocyklistów. Pomyślałem, że wpadnę. Dawno się nie widzieliśmy.
Wybacz, mało dzwoniłam. Poznaj Bożenka. Mój anioł stróż i najlepsza kobieta na świecie. Nie przesadzam!
Krzysztof nagle zrobił się czerwony i spuścił wzrok.
Miło poznać…
Pani Zofia, znając swojego byłego ucznia, w lot wszystko zrozumiała. Zaczęła wymyślać powody, żeby tych dwoje pobyło razem dłużej niż godzinę czy dwie.
Krzysztof wyjechał po dwóch dniach, ale niedługo później wrócił i Bożena, ku swojemu zdziwieniu, została… narzeczoną.
Krzysiu, przecież ledwo się znamy Czy to nie za szybko? Bożena patrzyła na przyszłego męża i nie wierzyła.
A co to kogo obchodzi, Bożenko? Komu się mamy tłumaczyć? Dorośli jesteśmy.
Irmina i Wiesia, kiedy dowiedziały się o nowinie, zgodnie zamilkły.
Bożka A… Nie, nie zapytam, czy go kochasz, nie czas już nam na szaleństwa. Ale dobry człowiek?
W jakim niby nie tym czasie? Bożena się uśmiechnęła, Irmina zamilkła, patrząc na przyjaciółkę.
Jeszcze wczoraj była szarą myszką, a dziś? Królowa jakaś! Oczy promienieją. Miłość ludzi przemienia!
Chyba głupio gadałam, Bożenko, wybacz! I bądź szczęśliwa! Wiesia, suknię już wycofałaś?
Już dawno mrugnęła Wiesia do Bożeny. Więc się nie zamartwiaj.
Takiego wesela miasteczko jeszcze nie widziało. Motocyklowa kawalkada jechała po rynku, ludzie zerkali zdziwieni.
Kogo to wiozą?
Bożenka, nasza bibliotekarka, wychodzi za mąż.
Serio? Nich jej się wiedzie! A pan młody?
Spoko, chłop poważny…
Trzy lata później Krzysztof asekurował panią Zofię na schodach szpitala.
Sama! Idź, witaj syna, Krzysztofie!
Bożena poprawiała nową suknię od Wiesi, fryzurę i mówiła fotografowi:
Wszyscy! Chcę wszystkich na zdjęciu!
I trudził się, ustawiając na schodach oddziału położniczego wszystkich, których Bożena chciała mieć na pierwszym zdjęciu syna. Była Irmina z mężem, Wiesia z dziećmi, wszystkie babcie z klatki na czele z panią Marią.
A jakże! Dobrych ludzi nigdy za wiele.







