Niebieska pończocha
Marysiu, możesz mnie jutro zastąpić? Proszę cię Moja teściowa ma urodziny. Trzeba złożyć życzenia.
A nie świętowałyście niedawno jej imienin? Maria uniosła wzrok znad pudła z kartotekami.
Marysia! Po co się czepiasz? Wtedy były imieniny, teraz urodziny! Naprawdę muszę. A ty co, masz jakiś problem? Ani dzieci, ani męża. Sama jak ten palec Oj, wybacz, nie chciałam
Irmina klepnęła się w usta, ale było już za późno. Maria odwróciła się, skinęła jej głową i opuściła czytelnię.
Niezręcznie wyszło westchnęła Irmina i rzuciła ukradkowe spojrzenie na Jadwigę.
Ta, z którą nie ma żartów. Jadwiga takie teksty by z miejsca ukróciła. Tak, jest bibliotekarką, ale dobrze wie, jak zadbać o siebie. Maria z jej poglądami zwykle wprawiała Irminę w rozbawienie, a samą Marię w zakłopotanie.
No widzisz? Nie wszystkie bibliotekarki to stare panny, jak ty, Maryńka! Popatrz na mnie albo na Jadwigę. Tak trzeba żyć! A ty? Z domu do biblioteki, z biblioteki do domu, pieszczotliwe szaliczki, koty Stara panna! Wybacz za szczerość, ale ktoś musi cię sprowadzić na dobrą drogę. Dlaczego ty taka jesteś? Wcale ładna jesteś, tylko trochę zapłakana Prawda, Jadzia?
Jadwiga najczęściej ucinała takie dyskusje:
Daj spokój! Przestań się każdemu za wzór stawiać. Ile ty tych romansów miałaś, a co z tego masz? Siedzisz z Radkiem, raz cię bije, raz zdradza. I życiowe rady rozdajesz!
Za to mam męża! I dzieci! A Maria? Kolejnego kota przygarnie? Niedługo koty ją wyprowadzą z mieszkania. Może chociaż dziecko sobie urodź, skoro męża nie masz? Przecież coś ci po rodzicach zostało, wychowałabyś sama, niejedna daje radę!
Wtedy Jadwiga zwykle przestawała się kontrolować, a Irmina uciekała pod pretekstem pilnych spraw, zostawiając Marię, która w najdalszym kącie czytelni ukrywała łzy.
Czym sobie na to zasłużyła? Czy to jej wina, że inaczej potoczyło się życie? Długo chorowali rodzice. Najpierw ojciec, potem mama Piętnaście lat pielęgnowania, prania, nocnych dyżurów Jakie randki? Kto by na to poszedł? Zresztą, nie było chętnych. Maria patrzyła na siebie w lustrze: ani specjalnej urody, ani brzydka. Ot, przeciętniaczka. Szare oczy, regularne rysy twarzy, gęsty warkocz, który ostatnio ścięła po śmierci mamy. Wygodniej.
W innych kwestiach zupełnie zwyczajna. Bezwzględnych nałogów nie posiada, perspektyw też trudno się dopatrzeć.
W sumie nigdy do tego nie dążyła. Bo, szczerze? Przerażało ją to, co się działo w rodzinach koleżanek.
Zerknijmy na Irminę. Tak, ma męża, ale jakim kosztem? Cały Chełmno wie, że jej mąż ma drugą rodzinę. A awantury u nich jak w telenoweli. Godzą się, kłócą, rozchodzą, wracają i to wszystko na oczach wszystkich. Irmina wychodziła z założenia, że ludzie i tak będą gadać, więc nie ma co po kątach ukrywać.
Maria nie mogła tego zrozumieć. Po co tracić czas na takie życie? Gdzie szacunek do siebie? Gdzie duma? Może miała romantyczne wyobrażenia z literatury, ale wiedziała jedno czym innym jest duma, gdy ma się willę na Mazurach i bogatego wuja, czym innym dwójka dzieci, pensja bibliotekarki i chora mama. Maria nie oceniała Irminy, próbowała raczej zrozumieć. Nie zawsze się to udawało, ale z czasem monologi Irminy zraniały mniej. Skoro komuś sprawia radość nauczanie innych życia, niech mu będzie. Najważniejsze, że w ważnych sprawach Irmina zawsze była gotowa pomóc. Gdy Maria potrzebowała pielęgniarki dla mamy Irmina po prostu wieczorem przyszła i zrobiła wszystko, co trzeba, potem przychodziła regularnie co trzy miesiące, zupełnie bezinteresownie.
Wstydzisz się? fukała, gdy Maria próbowała jej zapłacić. Weź te pieniądze, chowaj! Przecież to nie problem, zwłaszcza że mieszkamy obok.
Wstyd Marii ściskał gardło. Próbowała odpłacić przysługą: szaliki i czapki przez nią robione nosiły nie tylko dzieci Irminy, ale i ona sama. A rękawiczki z gilami, nad którymi ślęczała cały miesiąc, córka Irminy nosiła tylko na święta.
Przepiękne! Będzie żal jak zgubię…
Irmina obejrzała nowość i doradziła Marii, żeby założyła sklep internetowy:
Rozerwą ci je z rąk! To jest mistrzostwo!
Maria chwilę się nad tym zastanawiała, w końcu stanowczo zaprzeczyła:
Ja tyle nie wydziergam. U mnie wszystko pojedyncze egzemplarze.
Zaangażuj babcie spod klatki! Jest ich cała gromadka, nudzą się tylko. Ich pensje śmiesznie niskie, a przydadzą się do czegoś.
Ku zdziwieniu wszystkich, to się udało. Irmina może miała smykałkę do interesów, której nie zdyskontowała w małżeństwie, ale Marii przyniosło to niezłą ulgę finansową, a babcie zaprzyjaźnione przestały narzekać. Wieczorami siedziały teraz pod blokiem z drutami i szydełkami, a Maria z Irminą dyskutowały nowe wzory i pomysły.
Popatrz! To jest z tygodnia mody! Ciocia Waleria też mi pokazywała taką serwetkę. Zmienisz wzór i będzie modna spódnica. Sama bym nosiła!
Maria była dumna, gdy parę tygodni później Irmina paradowała w nowej spódnicy, a kolejne zdjęcie trafiło do sklepu.
Oczywiście, kokosów z tego nie było, ale coś wpadało, Maria poczuła się nawet trochę jak businesswoman. Więc nie jest taka do niczego, coś potrafi!
Jadwiga, patrząc na ich wysiłki, śmiała się pobłażliwie, ale czasem doradzała albo sama dziergała. Cudowne koronki szydełkowe, których nauczyła ją babcia jeszcze na wsi. Takie prace były najdroższym towarem w sklepie Marii. Irmina nie miała nic przeciw, jeśli Jadwiga podczas pracy w czytelni siadała z igłą, bo wiedziała, ile znaczy dla niej ta dodatkowa kasa.
Mąż Jadwigi odszedł krótko po narodzinach bliźniaków. Dusza artysty, wiecznie szukał się, ale nie znalazł szczęścia przy Jadwidze, choć ta próbowała wszystkiego. Nie pracował, malował obrazy, znikał nawet tygodniami, tłumacząc to wielką misją. Starsza córka Jadwigi ojca widywała rzadko i często mówiła o nim: Mamo, tam przyszedł pan Paweł.
Jadwigę takie komentarze bolały, ale z czasem dojrzała na tyle, by mu nie odpuszczać:
A co ty dla niej zrobiłeś?
Może przez ciążę bliźniaczą, a może przez zmęczenie Paweł wyjechał, gdy tylko się dowiedział, że będzie miał dwóch synów.
Tym Jadwiga już się nie przejmowała. Miała pracę, rodziców na wsi, którzy zawsze pomagali: warzywa, owoce, słoiki zapieprz jak w ruskim cyrku, ale kto by narzekał.
Dzieci Jadwigi były cudowne. Maria, patrząc na nie, myślała, że gdyby miała pewność, że i jej dzieci będą tak fajne, to może rzeczywiście urodziłaby dla siebie”, jak radziła Irmina.
Ale bała się. Być sama w tym świecie było przerażające. Rodziców brak, przyjaciółki swoje kłopoty A jeśli jej coś się stanie? Dziecko w domu dziecka? Sierociniec? Po co takie cierpienie? Bo matka nie mogła się pogodzić z samotnością? Lepiej szaliki i koty! Nikt nie mówił, że odpowiedzialność przestaje istnieć.
Maria nie wiedziała, że cała brygada babć pod wodzą Irminy już od dawna rozważa kandydatów na męża dla niej. Przy braku facetów w małym mieście każdy był przeglądany, ale na razie nikt nie spełniał warunków. Więc babcie milczały i tylko Irmina od czasu do czasu puszczała farbę, potem sama się karciła za zbyt długi język.
Kandydat jednak się znalazł. Niespodziewanie dla wszystkich. Ani Irmina, ani babcie, ani tym bardziej Maria, nie domyśliłyby się, co los przygotował.
Po kolejnej rozmowie z Irminą Maria przystała, że ją zastąpi. Może dokończy część pracy dziś wieczorem, jutro wrzuci coś do sklepu. Jedną z rzeczy miał być śnieżnobiały koronkowy strój, który zaprojektowała i uszyła Jadwiga. Miał być wizytówką sklepu.
Prawdziwa suknia ślubna, Jadziu! Masz złote ręce!
Powiedz to moim synom! Wczoraj prawie wywinęli numer wyszłam na chwilkę, oni już z nożyczkami przy dole sukni. Wycięli równo jak chirurg, aż nie zauważyłam. Musiałam kombinować i cały motyw zmienić. Noc z głowy, ale się udało.
Właśnie tę suknię Maria chciała dodać do katalogu i cały wieczór starała się opisać ją tak, by przyciągnąć uwagę.
Wracając do domu, powoli rozważała różne ujęcia tekstu, gdy znienacka zatrzymała się na klatce schodowej i znieruchomiała, próbując wsłuchać się w domowy szum.
Pomocy…
Głos był ledwo słyszalny, rozmyty w codziennych dźwiękach starej kamienicy. Ktoś świętował, ktoś się kłócił, po schodach przegalopowała dzieciarnia. Maria zdążyła ich ofuknąć, by znów spróbować wyłowić z chaosu to ciche pomocy.
Tym razem nie miała wątpliwości.
Kamienica, w której mieszkała, pełna była starszych ludzi. Jedni mieszkali z wnukami, inni sami, bez nikogo. Sąsiadów w ciężkiej sytuacji Maria znała osobiście. Część z nich wspierała ją przy rodzicach, część tylko życzliwie z nią rozmawiała przy spotkaniach.
Do tych ostatnich należała pani Zofia.
Kiedyś koleżanka jej mamy, matematyczka z liceum, zawsze odpowiadała z humorem na pytanie o zdrowie:
Dziękuję, Mario, zdrowie już dawno wyszło, ale jakoś się ciągnie. Opowiadaj, co u ciebie!
Maria, normalnie mało wylewna, z Zofią potrafiła czasem się otworzyć i często otrzymywała cenne rady, bez zbytniego pouczania.
Mariuś, żyj, jak ci wygodnie. Nikogo nie słuchaj. Każdy ma swoją drogę. Po co masz udawać cudze życie? Ubierz cudzą sukienkę niewygodnie, prawda? Tak samo z życiem!
Sama Zofia przeżyła prawie pięćdziesiąt lat z mężem, pół Polski zwiedziła, kończący karierę w Chełmnie. Nie mieli własnych dzieci, więc była oddaną wychowawczynią. Jej byli uczniowie odwiedzali ją w święta i dzwonili.
To moje dzieci! mówiła dumnie, kiedy dostawała kartki albo gościła uczniów.
Kilka lat temu pożegnała męża. Maria, martwiąc się o jej samotność, przyniosła jej kiedyś kotka z ulicy.
To też taki samotnik. Co pani na to, pani Zofio?
Kot znalazł dom, a Maria była przekonana, że dzięki niemu sąsiadka żyje dłużej trzeba było wstawać, iść po świeżą rybkę na rynek, nie czas na depresje!
I tak egzystowali kot i starsza pani. Bez wzajemnych zobowiązań, ale ze wsparciem. Pani Zofia nigdy niemal nie prosiła o pomoc, twarda była i samodzielna.
A teraz to z jej mieszkania dobiegało cieniutkie pomocy.
Maria nie potrzebowała chwili na namysł. Skacząc przez schody dopadła do drzwi przewodniczącej wspólnoty.
Pani Wando! Szybko!
Pani Wanda miała klucze niemal od wszystkich samotnych staruszek w bloku. Otworzyły mieszkanie widok przerażający.
Zofia leżała w łazience, uderzona, przerażona, przewrócona. Ile leżała bez świadomości nie wiadomo. Zziębnięta, obolała noga i ręce odmawiające posłuszeństwa. Wołała, jak mogła, licząc na czujne uszy sąsiadek.
I to Maria ją usłyszała.
Zorganizowała karetkę, zajął się nią lekarz, potem Maria regularnie odwiedzała Zofię i kiedy upadki zaczęły się powtarzać wzięła sąsiadkę do siebie. Nie robiła tego z poczucia obowiązku po prostu nie mogła inaczej.
Irmina oczywiście musiała dodać swoje trzy grosze, ale zaraz potem skontaktowała się z lekarzem Zofii i znów przychodziła stawiać zastrzyki i kroplówki.
Zofia początkowo buntowała się, żeby nie uprzykrzać życia Marii, potem jednak odpuściła.
Mario, nie ma takich ludzi jak ty! Gdzie są twoi aniołowie stróże? Może po prostu sama jesteś jednym z nich?
Maria cieszyła się, że dom już nie taki pusty. Wracała z pracy, słuchała opowieści Zofii, godziła kocie awantury, śmiała się z psot Boruty bo tak miał na imię kocur który usiłował rządzić resztą kotek Marii.
Daj spokój, Borutka. Kto teraz garem trzyma?
Kot burmuszył się na moment, ale zaraz kładł się jej przy nogach.
Życie Marii znudziło się monotonią i nagle zatańczyło szybkie, radosne tango. Wszystko zaplanowane na lata do przodu przestało mieć znaczenie.
A zaczęło się od dzwonka do drzwi.
Może Irmina? mruknęła Maria, przerywając film, który oglądały z Zofią, i poszła otworzyć.
Na progu stał mężczyzna jak z innego świata brodaty, surowy, w starej skórzanej kamizelce.
Kogo pan szuka?
Dzień dobry. Czy pani Zofia tu mieszka?
A w jakiej sprawie?
Odwiedzić chciałem.
Maria zawahała się, ale wtedy z pokoju wypadł Boruta i natychmiast okręcił się przy nogach mężczyzny.
O, Borutku! Cześć!
Surowy wyraz twarzy ustąpił miejsca szczerej radości. Maria szeroko otworzyła drzwi.
Zofia po chwili aż zawyła z radości.
Serwus, Sławek! Skąd u nas?
Jadę do przyjaciół nad Wisłę, motocyklistów w tym roku zjazd mamy. Przyszedłem sprawdzić, co u was.
Ostatnio kontakt słabszy, wybacz! Poznaj to Maria, mój anioł stróż i kobieta nad kobiety!
Coś się w Sławku natychmiast zmieniło. Spuścił wzrok, poczerwieniał
Dzięki subtelnej dyplomacji Zofii udało się zaprosić go na dłuższą rozmowę. Ostatecznie został dwa dni, ale szybko wrócił. I nie minął miesiąc, a Maria stanęła przed wyborem.
Sławek, dopiero się poznaliśmy To nie za szybko?
A co to komu do tego, Mario? Dorośli jesteśmy.
O wiadomości Maria podzieliła się tylko z Jadwigą i Irminą.
Mario, ja cię Nie, nie zapytam, czy go kochasz. Może już nie taki wiek, żeby w skok. Ale powiedz dobry człowiek?
A z jakiej racji już nie taki wiek? Maria uśmiechnęła się, a Irmina cicho zamilkła.
Jeszcze wczoraj była szara myszka, dziś promienieje prawdziwa królowa! Miłość zmienia ludzi.
Oj, coś palnęłam, Marysiu. Wybacz i bądź szczęśliwa! Jadziu, trzeba zdjąć suknię z oferty!
Już to zrobiłam mrugnęła Jadwiga.
Takiej kawalkady motocykli Kraków nie widział. Ludzie patrzyli zdumieni.
Do kogo to?
Maria z biblioteki wychodzi za mąż.
Serio? Niech jej się wiedzie! Dobra kobieta. Mąż chociaż z głową?
Taki, co trzeba!
Trzy lata później Sławek wspiera panią Zofię, ta jednak samodzielnie wychodzi z auta.
Sama sobie poradzę! Idź, syna przywitaj!
Maria poprawia włosy, sukienkę szytą przez Jadzię i ustawia wszystkich do zdjęcia na schodach szpitala położniczego:
Ze wszystkimi! Chcę mieć was wszystkich na pierwszym zdjęciu synka!
Musiał się fotograf nieźle nagłówkować była tam Irmina z rodziną, Jadwiga z dziećmi, całe grono babć pod przewodnictwem pani Wandy.
I tak powinno być dobrych ludzi nigdy za wiele.







