Niebieska Pończocha
Haniu, zamień się ze mną jutro na dyżur, proszę! Teściowa ma urodziny, muszę złożyć życzenia.
Przecież miesiąc temu byłaś na jej imieninach, prawda? Hanna podniosła wzrok znad pudełka z kartotekami.
Haneczko, czemu się czepiasz? Imieniny to jedno, urodziny to drugie! Muszę, rozumiesz? A tobie co, trudno? Ani dzieci, ani męża. Sama jak palec! Ojej Przepraszam, nie chciałam
Iwona klepnęła się w usta, ale było już za późno. Hanna odwróciła się tylko na pożegnanie i wyszła z czytelni.
Niezgrabnie wyszło westchnęła Iwona, spoglądając ukradkiem na Lubę.
Z Lubą nie było żartów. Lubka tak łatwo się nie nabierze. Od razu by ucięła temat. Mimo że była bibliotekarką! Luba miała swoje zdanie człowiek kulturalny też może umieć postawić na swoim. Hania wpadała od tych jej teorii w zgrozę, a Iwona śmiała się do łez.
Widzisz? To dowód, że nie wszystkie bibliotekarki to takie niebieskie pończochy jak ty, Haniu! Popatrz na mnie czy na Lubę. Tak żyć trzeba! A ty? Od biblioteki do domu małymi susami. Szaliczki, koty Stara panna! Przepraszam za szczerość, ale kto ci jeszcze powie prawdę? Dlaczego ty taka jesteś? Przecież, jak się przyjrzeć ładna dziewczyna! Krew i mleko! A rozpaczą wieje Powiedz, Luba?
Luba zwykle ucinała takie rozmowy Iwony jednym ostrym dość!.
A ty dlaczego stawiasz siebie za wzór? Ile to ty miałaś romansów, co? A jaki z tego pożytek? Mieszkasz z tym swoim Wackiem on cię bije albo chadza na boki. A ty taka piękna, co tu kogoś życia uczyć!
Ale mam męża! I dzieci! A Hania? Kolejny kot? Niedługo koty ją wygryzą z domu i zamieszka w bibliotece! Haniu, to może dla siebie chociaż urodzisz dziecko? Ojciec odszedł, rodzina zostawiła mieszkanie, rodziców już nie ma, a przecież mogłabyś sama jedno dziecko wychować przynajmniej nie byłabyś sama.
Po czym Luba już nie wytrzymywała i rzucała, że czas do roboty, a Iwona ulatniała się jakby jej nagle coś ważnego wypadło. Hanna natomiast szła w najdalszy kąt czytelni, by nikt nie widział łez.
Za co jej się to wszystko przytrafiło? Czy to jej wina, że tak się los potoczył? Rodzice chorowali najpierw ojciec, potem mama. Piętnaście lat opieki, prania, podkładania kaczki Jaka osobista radość? Kto się na to zdecyduje? A nawet jeśli w jej życiu nie było nikogo. Przeglądała się w lustrze i myślała: nie piękna, nie brzydka taka, ot, przeciętna. Szare oczy, regularne rysy, gęsty warkocz, który niedawno ścięła po śmierci mamy, zamieniła na krótkie włosy. Wygodniej.
Tak całkiem zwykła Hanna… Przeciętna kobieta, bez nałogów, bez perspektyw.
Nigdy nawet specjalnie nie szukała zmian. Gdy patrzyła na życie koleżanek wszystko ją przerażało.
Weźmy choćby Iwonę. Tak, ma męża, ale za jaką cenę? Całe Stare Miasto wiedziało, że jej Wacek ma drugą rodzinę! Miłość, awantury, ciągłe rozstania i powroty wszyscy o tym szeptali. Iwona powtarzała, że ludzie i tak będą gadać lepiej pokazać prawdę, niż dawać pożywkę plotkom. Nie ma czego się wstydzić ona jest żoną i kropka.
Hanna się dziwiła: ładować życie w takie coś? Gdzie szacunek? Gdzie duma? Choć Książkowe wyobrażenia nie pasowały do rzeczywistości. Dumę można mieć z willą, bogatym wujkiem i kontem pełnym złotówek, a nie z dwójką dzieci, pensją bibliotekarki i chorą mamą. Nie sądziła Iwony, próbowała raczej zrozumieć nie zawsze wychodziło, ale przestała się już obrażać. Jeśli komuś to pomaga niech i tak.
Ważne, że Iwona w trudnej chwili potrafiła być obok. Uczyła się pielęgniarskich rzeczy przy chorej matce, więc gdy Hania załamała ręce, nie mogąc znaleźć pielęgniarki do swojej mamy, Iwona po prostu przyszła i zrobiła, co trzeba. I odwiedzała regularnie za darmo!
Chcesz mnie obrazić? syczała przez zęby, gdy Hanna próbowała jej wcisnąć pieniądze po zastrzyku. Schowaj to! Trudno mi? Fajnie, że mieszkamy obok. Trzy kroki i jestem u ciebie. A ty mi próbujesz płacić? Wstyd ci nie jest?
Hannie naprawdę było wstyd prawie do łez. Przepraszała i próbowała wynagrodzić to gdzieniegdzie robionymi prezentami: szaliczkami dla dzieci, czapkami. Nawet rękawiczki w jemiołki, nad którymi pracowała miesiąc, córka Iwony nosiła tylko na uroczystości z obawy, by nie zgubić.
Takie piękne! Jakby co się stało, byłaby szkoda!
Iwona tylko kiwnęła głową i nagle podrzuciła pomysł: internetowy sklep z wyrobami Hani.
Odrąbią cię z rękami! Taka robota!
Hanna się zamyśliła, ale potem odparła:
To nie dla mnie. Wszystko jest ręczne, każda rzecz inna.
Weź nasze babcie z ławki przed blokiem. Cała banda gotowa nie będą się nudzić, a mogą sobie dorobić do emerytury.
Zadziwiająco, pomysł złapał. Widocznie Iwona miała smykałkę do interesów. Udało się uruchomić prostą stronę, pojawiły się zamówienia. Niewiele, ale finanse Hani trochę się poprawiły, a babcie też były zadowolone. Teraz wieczorami przed blokiem trzy pokolenia dziergały na drutach, a Hania z Iwoną omawiały nowe wzory.
Patrz, to z ostatniego tygodnia mody w Warszawie. Ciotka Wala pokazywała mi podobną serwetkę. Właśnie taki wzór tylko podrasować i masz rewelacyjną spódnicę! Sama bym nosiła.
Hanna siadała do pracy po dwóch tygodniach Iwona już przechadzała się w nowej spódnicy, a w sklepie pojawiała się kolejna nowość.
Wielkich pieniędzy to nie przyniosło, ale coś tam wpadało i Hanna po raz pierwszy poczuła się jak bizneswoman. Może jednak coś potrafi…?
Luba się podśmiewała, patrząc na ich pomysły, ale czasem dawała dobre rady albo dorzucała własne koronki. Robiła cudeńka igłą, których ceny biły wszystkie inne produkty Hani. I Iwona nie mówiła słowa, gdy Luba siedziała z igłą w oknie czytelni, zostawiając resztę pracy koleżankom. One wiedziały, co to za dorobek…
Mąż Luby zniknął zaraz po narodzinach bliźniaków. Miał duszę artysty. Wiecznie czegoś szukał, ale nigdy nie potrafił znaleźć tego przy żonie. Luba starała się, by w końcu zabrał się do pracy, ale ten niby malował, znikał bez tłumaczeń i obiecywał złote góry. Najstarsza córka ledwie kojarzyła ojca.
Mamo, ten pan Paweł przyjechał.
Męża aż nosiło ze wściekłości.
Wstyd mnie robisz przed dzieckiem! Powinna wiedzieć, kim jestem!
Długo Luba milczała, pamiętając radę matki, że ojca lepszego nie będzie. Potem jednak przestała:
A co ty dla niej zrobiłeś?
Po drugiej ciąży, gdy urodziła dwóch zdrowych chłopaków i znów została sama, Luba wcale specjalnie nie rozpaczała. Miała pracę, działkę rodziców na wsi i ich pomoc. Starszy ludzie, a ziemię uprawiali i wysyłali wszystko, co mogli, do miasta. Urlopy i weekendy Luba spędzała u rodziców nie z wyboru, a z konieczności: dzieci trzeba było wykarmić.
Dzieci Luby rosły na porządnych ludzi. Hanna, patrząc na tę gromadkę, czule myślała, że gdyby miała pewność na takie pociechy, może odważyłaby się na radę Iwony i sama by urodziła.
A mimo to bała się decydować na dziecko dla siebie. Na świecie była już sama, pod przyjaciółki miały własne problemy. Jeśli z nią coś się stanie, co będzie z dzieckiem? Dom dziecka, pogotowie opiekuńcze? Za co taki los? Przez samotność matki? Nie, już lepiej koty i szaliki. Odpowiedzialności nigdy nie wolno zrzucać.
Nie wiedziała, że cała babcina ekipa, na czele z Iwoną, od dawna szuka kandydata na męża dla Hani. W niedoborze panów na osiedlu rozważano wszystkie opcje, ale nikt nie był odpowiedni, więc milczeli i tylko czasem Iwona nie mogła się powstrzymać, po czym żałowała, że znów się wygadała.
Aż nagle niespodzianka. Żaden z planowanych przez babcie scenariuszy się nie sprawdził. Ani Iwona, ani babcie, nawet sama Hanna nie spodziewały się tego, co wymyślił dla niej los.
Po którymś z jej dyżurów, zmęczona kłótniami, Hanna zgodziła się podrzucić Iwonie następnego dnia zmianę, wycierając łzy ramieniem. Zdecydowała, że część pracy zrobi wieczorem i następnego dnia zajmie się nowościami do sklepu. Jedną z nich miała być śnieżnobiała, koronkowa sukienka ślubna, którą Luba zaprojektowała i wykonała z najdrobniejszymi detalami. Idealna wizytówka sklepu.
Suknia ślubna Co za cudo, Lubuniu! Masz złote ręce!
Powiedz moim synom! Wczoraj prawie doprowadzili do zbrodni zostawiłam na chwilę i już z nożyczkami dobierali się do dołu. Na szczęście zdążyłam przerobiłam motyw i już jest idealnie.
Całą drogę do domu Hanna łamała sobie głowę, jak opisać to arcydzieło do sklepu.
Wciąż szukała słów do reklamy, kiedy weszła na klatkę schodową. Nagle znieruchomiała i wszystkie myśli wywietrzały.
Pomocy…
Stłumiony, ledwo słyszalny głos wyłonił się gdzieś z czeluści starej kamienicy. Z jednej strony świętowali, ktoś się kłócił, dzieciaki przelatywały przez korytarz Hanna głośno upomniała, próbując wyłowić dźwięk.
Ratunku…
Już nie było wątpliwości. Ktoś wzywał pomocy.
Kamienica, gdzie mieszkała Hanna, była stara, pełna emerytów i wdów. Wielu mieszkało z rodziną, ale część była całkiem sama. Hania znała ich wszystkich z imienia. Niektórzy pomagali, gdy rodzice chorowali. Jedne robiły z nią serwetki dla sklepu, inne tylko się uśmiechały i po gospodarsku napominały, że trzeba jej dobrego męża.
Z tych ostatnich była pani Zofia.
Kiedyś była bliską koleżanką mamy Hani, uczyła matematyki w szkole. Zawsze mówiła:
Zdrowie? Oj, Haneczko, nie narzekaj. Zdrówka już nie mam i nie potrzebuję! Opowiadaj, co u ciebie?
Hanna nigdy nie zwierzała się ludziom, ale przy pani Zofii łatwiej przychodziło jej się otworzyć i zawsze dostawała dobry, spokojny komentarz.
Haniu, żyj po swojemu. Nikogo nie słuchaj. Mają swoje losy i ty masz swoje. Kto powiedział, że trzeba żyć według kogoś? Nonsens! A jak włożysz cudze buty, to ci wygodnie? No właśnie. Po co się wpychać w cudze ramy? Ślub, dziecko bo tak wypada. Czy to da szczęście? Nie. Widziałam takie dzieci w szkole są nieszczęśliwe, bo mama i tata tylko dlatego są razem, że “tak powinno być”.
Te pogawędki koiły Hani serce. Może nie jest taka dziwna, jak wszyscy mówią. Może jest gdzieś ktoś, kto czuje jak ona.
Pani Zofia przez lata była żoną swojego studenckiego ukochanego. Objechali razem pół Polski, w końcu zamieszkali na osiedlu rodziców Hani. Dzieci nie mieli, więc uczniowie stali się jej całym światem. Nie zapominali o niej wysyłali kartki na święta, wpadali z wizytą.
Moje dzieci! mawiała pani Zofia z dumą, gdy odwiedzali ją dawni uczniowie.
Męża pochowała kilka lat temu i ledwie dała radę. Hanna wtedy przyniosła jej kociaka znalezionego na ulicy.
Jest taki sam samotny. Przyjmie go pani?
Pani Zofia od razu pokochała kota, którego nazwała Burek, i Hanna była pewna, że to właśnie on pozwolił jej jeszcze trochę pożyć. Kot potrzebował świeżej ryby z targu co rano nie było czasu na depresje czy lenistwo.
Tak trwali staruszka i kot. Zadowoleni, że mają siebie. O pomoc pani Zofia prosiła bardzo rzadko.
Tym razem to z jej mieszkania dobiegał głos o ratunek.
Hanna rzuciła się po schodach na złamanie karku. Z hukiem załomotała w drzwi przewodniczącej wspólnoty, pani Marii.
Pani Mario! Kłopoty!
Pani Maria, jak to Polka, znała życie do cudzej chałupy się nie włazi, ale co tam czekać można wieki. Pogotowie nie przyjechało nawet po godzinie. Policja milczała, więc wyjęła klucz spod doniczki.
A niech zamkną, jak im staruszków brakuje w pierdlu!
Od lat miała duplikaty kluczy od starszych samotników na osiedlu.
Bo nigdy nie wiadomo
Drzwi otworzone na oścież ludzie zbiegli się z całego korytarza. Przerażenie.
Pani Zofia leżała na podłodze w łazience. Uderzyła się w głowę, a kiedy odzyskała przytomność, nie mogła się ruszyć. Przewróciła się ręce nie działały, noga bolała. Ile czasu leżała? Nie pamiętała. Jedynie wołała ratunku i miała nadzieję, że ktoś usłyszy.
Z sąsiadów tylko Hanna
Zareagowała błyskawicznie, uratowała panią Zofię, a potem zrozumiała człowiek nie może być sam z nieszczęściem. Szczególnie, gdy nie ma już na nic siły.
W szpitalu pani Zofia leżała z przerwami prawie pół roku. Kości zrastały się powoli Hanna ją odwiedzała codziennie, myła i karmiła, gdy wróciła do domu. I w końcu zabrała ją do siebie. Opieki się nie bała nawykła przy mamie. Iwona wykłócała się jeszcze na początku, że Hania to frajerka, ale wieczorem zadzwoniła do znajomej lekarki i biegała z kroplówkami i zastrzykami.
Pani Zofio, na nogi panią postawimy! Tylko zdrowie, żadnego leniuchowania!
Najpierw pani Zofia oponowała.
Haniu, nie chcę ci życia marnować
Ale widziała, że Hanna robi to z serca.
Takich aniołów, jak ty, Haneczko, to ze świeczką szukać! Może naprawdę jesteś jednym z nich?
Z czasem Zofia wracała do zdrowia, a Hanna cieszyła się, że nie wraca już do pustego domu. Było wesoło po pracy odsłuchiwała, co dziś się wydarzyło, rozdzielała koty (Burek chciał rządzić), śmiała się z ich kłótni niczym dzieci w piaskownicy.
Nie martw się, Burku. Świat się zmienia haremy to przeszłość.
Burek obrażony milczał i kładł się przy niej, pewien, że tu go nikt nie wyrzuci.
Życie Hani, które dotąd płynęło szaro, nagle nabrało kolorów. Wszystko, co planowała na lata, przestało mieć znaczenie.
A zaczęło się od dzwonka do drzwi.
Iwona? Hanna wcisnęła pauzę na pilocie, szepcząc cicho do pani Zofii, z którą oglądały wieczorem film.
Na progu stał nieznajomy. Hanna była zdezorientowana kto przyszedł do jej mieszkania?
Facet robił wrażenie brodaty, ponury, jakby zły na cały świat. Skórzana kamizelka, stare jeansy nie typowy gość osiedla.
Kogo pan szuka?
Dobry wieczór. Pani Zofia tu mieszka?
A o co chodzi?
Chciałem się z nią zobaczyć.
Wahała się, czy wpuścić dziwaka, ale wtedy do przedpokoju wpadł Burek i natychmiast przymilał mu się do nóg.
No, Burek! Cześć!
Szeroka łapa przygarnęła kota i cały wizerunek mężczyzny złagodniał. Zniknął mruk, a pojawił się ktoś, kto z uśmiechem głaskał pupila. Hanna już się nie wahała.
Proszę wejść!
Pani Zofia aż zapiszczała z radości.
Sławku! Kochany! Co za niespodzianka!
Jadę do przyjaciół nad Wisłę, na zlot motocyklowy. Wpadłem, bo dawno nie dzwoniłyście.
Przepraszam, kochanie! Poznaj to Hania, mój anioł-stróż i najlepsza kobieta na świecie! Wierz mi!
I zdarzyło się coś dziwnego Sławek zawstydził się, spuścił wzrok i zamilkł.
Miło poznać
Pani Zofia znając swego ucznia jak własną kieszeń, od razu pojęła, co się dzieje. Nagle zaczęła prosić Sławka, by pomógł jej tu i tam, i tak zorganizowała, by on i Hanna musieli spędzić ze sobą więcej czasu niż konieczne pół godziny.
Sławek wyjechał dopiero po dwóch dniach, ale nie na długo. Parę tygodni później wrócił i Hanna nagle została narzeczoną.
Sławku, tak mało się znamy Czy to nie za szybko? Hanna patrzyła na przyszłego męża z niedowierzaniem.
Haniu, a jakie to ma znaczenie? Komu mamy się tłumaczyć? Dorośli jesteśmy.
Iwona i Luba, usłyszawszy nowinę, aż zaniemówiły.
Haneczko, a ty Nie będę już pytać, czy go kochasz w tym wieku nie chodzi o skakanie na główkę. Ale co myślisz? Dobry człowiek?
A czemu? Ja nie mam wieku! Hanna się uśmiechnęła, a Iwona patrzyła z uznaniem.
Jeszcze wczoraj szara myszka, a dziś Królowa! Takie cuda robi miłość
Coś palnęłam, Haneczko. Przepraszam. I szczęścia ci życzę! Luba, chyba trzeba zdjąć suknię z aukcji!
Już to zrobiłam. Puściła oko do Hani. Strojem się nie martw.
Takiego wesela jeszcze miasto nie widziało! Motocyklowa kawalkada pod kościołem, aż ludzie się oglądali.
Do kogo to?
Hania, ta bibliotekarka, za mąż idzie!
Serio? Niech jej się szczęści! Fajna baba. A on, jaki?
Wygląda porządnie
A trzy lata później Sławek pomoże wysiąść z auta pani Zofii, która odsunie jego ręce:
Dam radę! Idź, witaj syna, Sławku!
Hanna poprawi suknię uszytą przez Lubę, fryzurę i powie do fotografa:
Wszyscy razem, żebym nikogo nie zabrakło!
I nawet fotograf będzie miał problem, by zmieścić wszystkich, których Hanna zapragnie uwiecznić na pierwszym zdjęciu swojego syna. Tu będą i Iwona z rodziną, i Luba z dziećmi, i cały babciny gang z Marią na czele.
Bo jak inaczej? Dobrych ludzi nigdy za dużo.







