Nie taka Julka

Nie taka Irenka

Irenko! Znowu?! Jezu, ty nie dziecko, a niedopatrzenie jakieś! Jak można w ogóle?!

Mamo, nie wiem. Samo wyszło

Mama szybko ściągała z Irenki zafajdaną kurtkę, przemoczone kozaki i czapkę bez pompona.

Wszystkie dzieci to porządne istoty, a ja Irenko! Ile można?!

Irenka patrzyła na rozdarty dół sukienki i wzdychała.

A przecież było tak fajnie! Lokomotywa wyszła po mistrzowsku! Szkoda tylko, że Krzysiek ciągnął ją za sukienkę za mocno. I się rozdarła A pani Katarzyna Mikołajewska oświadczyła, że za zszywanie nie bierze pieniędzy i niech to zrobi mama Irki. Ma rację oczywiście! Tylko potem od podwieczorku do wieczora siedziała w kącie na krześle. Przecież nie wypada świecić majtkami przed chłopakami! Tak babcia zawsze mówiła. A ona jeszcze coś z życia rozumie!

Na przykład to, że Irka taka jest. Mama się z tym nie zgadzała, ale babcia jak najbardziej.

Przestań dziecko strofować! Co to za dziwna maniera?

Mamo, ty mnie sama tak wychowywałaś! A teraz uważasz, że źle? Jeśli nie będę jej wychowywać, to co z niej wyrośnie?

Taka sama mądra, piękna jak ty! To mało?

Daj spokój! Nie czas na twoje głupoty! Irenko, przebierz się! Natychmiast!

Irenka, z ulgą, uciekała do swojego pokoju, a kłótnia jej dwóch najbliższych osób ciągnęła się dalej już bez niej. Po prawdzie nie potrzebowały jej. Tylko był powód.

Raz Irka zapytała babcię, co to takiego, a ona tylko się zaśmiała:

Kłócić się bez powodu, to nudne! A jeśli jest powód to inna rozmowa!

To ja jestem tym waszym powodem?

Najważniejszym! Przecież jesteś dla nas jedna! Dlatego się martwimy, jaka wyrośniesz. Każda z nas robi to inaczej. Mama surowo, bo uważa, że inaczej nie można. A ja? Ja byłam surowa do twojej mamy, do ciebie już nie. Zostały mi inne metody. Np. cukierek.

Nie lubię cukierków

Dobrze, dobrze! To niech będzie piernik.

No, to co innego! Babciu, a mama mnie kocha?

Najbardziej na świecie! Nawet bardziej niż ja! Ani się zastanawiaj!

To dlaczego ciągle mnie strofuje?

Właśnie dlatego

Dziwna ta miłość Ty też mnie kochasz, a nie strofujesz

Ja jestem babcią, ona matką. Od niej więcej się wymaga. I kochać też powinna po swojemu. Rozumiesz?

Nie!

To jeszcze przyjdzie czas. Jeszcze zrozumiesz.

Tylko to kiedyś wcale nie chciało nadejść.

Irenka czekała, czekała i nic… Z każdym rokiem matka robiła się coraz surowsza.

I co ja z tobą mam zrobić?! Czekać, aż coś w worku przyniesiesz?

Ten zwrot regularnie słyszała, choć długo nie wiedziała, o co chodzi. Myślała tylko o swoim rozdartym w przedszkolu fartuszku. Miała ochotę zapytać, co niby można przynieść w dziurawym, ale wiedziała, że matka by nie doceniła żartu i znów by jej się oberwało na zapas.

Obawy mamy okazały się zupełnie niepotrzebne.

Nieporadna, choć sympatyczna, Irenka szczerze uważała się za przeciętniaka. Co tam babcia mówi! Lustro to jest!

A w lustrze Irenka widziała Nic dobrego! Ot, oczka małe, kucyk z ciemnych włosów lichy, piegi na nosie! Jaka tam z niej piękność!

Prawdę o sobie pojęła już dawno i nie przejmowała się wyglądem. Tak było prościej i dla niej, i dla mamy. Fajnych ciuchów nie potrzebowała, butów też nie. Stare trampki wystarczały na co dzień. Tylko do teatru z babcią na siłę ubierała się przyzwoicie.

Teatr kochała, choć chodziły rzadko biletów nie było za co kupić. Babcia odkładała po trochu z emerytury, ale zanim się zbierze… Dlatego już od siódmej klasy pomagała sąsiadce i opiekowała się jej bliźniakami, zarabiając pierwsze swoje złotówki. Maluchy były szybkie, ale do ogarnięcia. Dla Ireny, która nie miała rodzeństwa, to była frajda, nie obowiązek.

Fajne to było! Przychodzisz, pobawisz się, nakarmisz dzieciaki, pogadasz i do domu. Nikt ci nie siedzi na głowie, nie gryzmolą po zeszytach, nie musisz dzielić pokoju. Żyć nie umierać!

Irenka nie była jakąś egoistką, ale wiedziała już, ile kosztuje rodzina. Żeby mieć więcej niż jedno dziecko trzeba mieć pieniądze. A u nich? Mamina pensja pielęgniarki, emerytura babci i brak taty. Ojca na oczy nie widziała, nawet ciekawa nie była.

Nigdy nie rozmawiała z mamą o tym. Po co jej psuć nerwy? I tak już z nią bieda! Jest babcia, która coraz mniej pamięta. Imienia czasem nie przypomni.

Dobrze chociaż, że historię ojca babcia jej zdążyła opowiedzieć, póki mogła.

Nie była twoja mama mu potrzebna.

Dlaczego?

Hultaj. Miał dziewczyn całą gromadę! Ostrzegałam ją! Ale kto by słuchał… Zakochała się. Gadała, że się z nią ożeni, a inne to pomyłki młodości.

Ożenił się?

Pewnie! Twoja mama jak coś postanowi, to dopnie. Ale co z tego? Gdy dowiedział się, że z tobą w ciąży, zniknął, jakby go nie było. Nawet adresu nie zostawił, tylko karteczkę.

Jaką?

To już ich sprawa, Irenko. Ale powiem ci jedno dla mamy byłaś tak wyczekana, że całą ciążę jak z jajkiem chodziła. Bała się o ciebie panicznie, pilnowała się. I teraz się nie uspokoiła. Myślisz, że czemu cię wychowuje, gani i pilnuje?

Dlatego?

Właśnie. Bo się boi. Czasem w nocy nie śpi, siedzi i patrzy na ciebie, głaszcze cię po włosach, pół na płacz… Zapytam warczy. Ale kocha cię, jak umie.

No tak… A babciu, ty ją też tak ganiłaś?

Pewnie! Wszystkie matki takie same. Ze strachu o dzieci czasem głupoty robią, a potem żałują.

A po co się bać?

Za dzieciaka? Nie da się wytłumaczyć. Sama poczujesz, jak będziesz miała swoje dziecko.

Irenka pomyślała sobie wtedy, że ona nigdy swoich dzieci tak ganiać nie będzie wychowa je inaczej. Naiwna! Kto wtedy nie był?

Do dzieci jednak było daleko. I Irenka nawet nie liczyła, że je kiedyś będzie miała.

Kto by się taką jak ona zainteresował? Mała, nijaka i jeszcze złośliwa jak pokrzywa. Jak się przyczepi, to trzymajcie się dobrych ludzi!

Po szkole poszła pracować do tego samego szpitala, co mama. I się zaczęło!

Wszystko nie tak! Za szybka, za bardzo przejmuje się pacjentami, stara się a przecież nikt jej za to nie podziękuje. Jednych wypiszą, przyszli nowi. Nie ma co się rozdrabniać! W tym wszystkim ma być spokój! Wszystkich nie rozczulisz!

Ale Irenka nic sobie z tego nie robiła. Żal jej było wszystkich pacjentów. Człowiek cierpi! Boli go! A jej co za różnica podać zastrzyk albo poprawić pościel? Miłe słowo nawet kotu dobrze robi, a co dopiero człowiekowi…

Mama ostrzegała ją na każdym kroku:

Córeczko, nie wychylaj się! Takich tu nie lubią. Pokłócisz się z wszystkimi i po co nam to? Komu od tego lepiej? Tobie? Mnie? Babci? Wiesz, jak ważny jest twój etat! Siedzieć z babcią nikt nie będzie, a domu opieki nie damy rady opłacić.

Mamo, nie mogę! Oni na pacjentów krzyczą, złoszczą się…

Taka praca. Każdy inny jest. I nie każdego stać na dobre słowo. W twoim oddziale są takie jak ty trzy. I dobrze. Rozmawiałam z waszą przełożoną. Chwali cię, ale mówi też, żebyś była spokojniejsza. Siłą nie nauczysz. Przykład robi najwięcej.

To zajmie lata!

Eh, Irenko! W kogo tyś taka uparta?

W ciebie chyba.

Irenka!

No co?

Rób, jak matka mówi!

Taak…

Nie chciała się kłócić, ale i słuchała po swojemu. Może mama i miała rację, ale starszej pani w sali trzeciej Irenka jakoś nie umiała traktować jak inni. A ta co rano się do niej uśmiechała. Nie narzekała na siostry, nie miała pretensji. Do innych owszem, do niej nigdy.

Nie było ich w oddziale niewielu. Zmęczeni, schorowani, skłóceni… A rodzina zamiast przyjechać i cieszyć się, to tylko o spadek się kłócą albo o jakieś bzdury. Potem pacjenci płaczą czy można ich winić?

Jednak mama była głucha na takie tłumaczenia. Dla niej najważniejsze było, żeby Irenie nic nie groziło. Tylko jak być szczęśliwym, kiedy wokół tylu smutnych losów?

Wiedziała, że nie pocieszy wszystkich, ale choć jednego człowieka można spróbować?

I choć koleżanki z oddziału śmiały się z niej i mówiły, że błogosławiona i zakon czeka, to Irenka robiła swoje. Babcia powtarzała, że karawana musi iść dalej

No i szła. Rozkopując piach i czasem łapiąc zadyszkę.

Bo to przykre, gdy mało kto rozumie. I przykre, gdy nie masz komu o sobie opowiedzieć. Babcia już prawie nikogo i nic nie rozpoznaje. Mama sama doradza, żeby Irka pomyślała o sobie, ale już nie ma do czego wracać. Wszystkie koleżanki się pobierały, wręczając jej bukiety.

Daję ci bez oporu! Czas na ciebie, Irenka!

Bukiety przyjmowała, z grzeczności. Ale ten jeden, jedyny jakoś omijał. Może się zgubił, może w ogóle nie był dla niej przeznaczony… Może już nie wszyscy ludzi są od połówek? Może niektórzy są całe, tak po prostu?

I pogodziła się z tym. Już nawet nie czekała. Nigdy by się nie odważyła pierwsza wyznać komuś uczucia. Gdyby w ogóle było komu.

Biegała między szpitalem, schroniskiem dla zwierząt, gdzie czasem pomagała koleżance, i łóżkiem babci, która coraz rzadziej ją poznawała. Mama wzdychała, pchała ją do koleżanek, ale rozumiała, że już nie warto. Irka robiła się rasową starą panną i nie szukała już ani miłości, ani związku.

Mamo, jeśli chcesz wnuków, powiedz wprost! Urodzę dwójkę, teraz to łatwe.

Irena! Co za cynizm?!

O co ci chodzi? Książąt mało, więc nie dla wszystkich starczy! Taki los! Czego chcesz ode mnie?

Chcę tylko, żebyś była szczęśliwa…

To mi przestań mówić, jak mam życie układać. Nie chce się układać. Daj spokój! Tak mi dobrze.

I mama milkła, głowiąc się, z kim by ją jeszcze zeswatać. Skończyli się już synowie koleżanek i pozostawało tylko czekać.

A tu życie lubi płatać figle. Tylko nie tak, jak Irenka by chciała.

Myślała, że jej księciunio stanie nagle obok i będzie czekał, aż ona do niego się uśmiechnie Ale stało się zupełnie inaczej.

Wszystko za sprawą tej surowej babci-pacjentki, która powracała do oddziału dwa razy w roku. Za każdym razem personel łapał się za głowę:

Znowu! Wołaj, Irenka, twoja ulubienica! Ty bierz pierwszy kontakt!

Maria Aleksandrowna, bo tak miała na imię winowajczyni zamieszania, promieniała na widok Irenki pędzącej korytarzem.

Moja dziewczynko! Jak miło widzieć tu normalną twarz między tymi wampirami!

Oj, co pani! Wszyscy są w porządku!

Młoda jesteś jeszcze, nie rozróżniasz. Ja swoje wiem! Nie kłóć się ze mną!

Dobra, już bez gadania chodźmy do sali. Bo już wszystkich postraszyłaś!

I dobrze! Niech się boją!

Uparta z pani starsza babcia…

Jest coś w tym! Ale moja kotka to dopiero jest zło! Nie spotkałaś jej nigdy!

Irenka kiwała głową, lecz zaraz zapomniała o tej kotce. A niepotrzebnie. Bo miała z nią się spotkać.

Pewnego razu Maria przyszła na oddział nietypowo cicho i wycofana. Nie awanturowała się, nie kłóciła. Po prostu weszła i odwróciła się do ściany. Na pytania Irenki tylko wzruszyła ramionami.

Idź, dziecko Potem

No i potem Irenka dowiedziała się i od lekarza, że Maria sama poprosiła o przyjęcie. Pokłóciła się z dziećmi.

Matka! Patrz tylko, jak się skończy, jak się chłodno do dzieci podchodzi!

Banał, myślała Irenka, bo nigdy do końca nie wiadomo, co dzieje się w cudzej rodzinie.

Po dyżurze przyszła jeszcze do Marii:

Jak się pani czuje? Może czegoś trzeba?

Po chwili milczenia Maria przemówiła:

Prośbę mam, Irenko… Sama nie wiem, jak to powiedzieć. Całe życie dawałam radę sama, mama mnie tak wychowała. Jak chcesz coś osiągnąć, radź sobie. Ale co, gdy już nie dasz rady… Tego mama nie uczyła…

Prosić trzeba. Nie ma się czego wstydzić.

Widzisz, ja mam całą rodzinę, ale nikomu nie ufam. Jakoś sztucznie to wszystko. Przeżyłam swoje, tylko dzieci rozpuściłam. Dali sobie już to, co moje Za życia! Sprzedałam rodzinną, by im kupić mieszkania, kiedy mogłam. Pomogłam wszystkim, wnukami się zajmowałam, póki zdrowie pozwoliło. Teraz… nie jestem im potrzebna. Ani ja, ani… Irenko, zaopiekuj się moją Mruczką!

Kim?

Kotką moją! Jest trochę wredna, ale mądra jak nie wiem! Rozumie wszystko. Gdy szykowałam się do szpitala nie dawała mi wyjść! Czuje, co się dzieje!

Irenka zaniemówiła.

Lubiła zwierzęta, ale w domu się żadnych nie trzymało. Przejęła się babcią, a to był kłopot. Dodatkowy koszt, a u nich i tak oszczędnie.

Ale jak miała odmówić? W oczach Marii widziała prośbę kot to może jedyna radość tej kobiety.

Pod koniec zmiany Irenka uzgodniła z mamą, że pojedzie po kota.

Wezmę ją, pani Mario. Ale tylko na chwilę. Jak pani wyzdrowieje oddam Mruczkę.

No pewnie, kochanie. Oczywiście

Pierwszy raz od lat Maria wyglądała normalnie jak babcia, nie jak straszna wiedźma.

Podjechawszy pod jej blok, Irenka się zawahała. Klucze dostała, lecz sama wchodzić do mieszkania nie chciała. Zakręciła się na klatce schodowej i zapukała do pierwszych drzwi.

Kogo pani szuka? spojrzała młoda kobieta z dzieckiem na rękach.

Przepraszam, pani Maria Aleksandrowna prosiła mnie po kota. Może pani chwilę popilnuje drzwi, żebym ją złapała?

Sama nie wejdziesz? Słusznie! Stara jest wredna. Ale to zwykła staruszka. My, kobiety, nie słodkie pierniki!

Prawda!

Spokojnie, poczekamy, co masz złapać? Tyle, Wiktorku?

Wiktorek parsknął wesoło, a operacja łapania kota się rozpoczęła.

Tyle że zaraz się skończyła. Kot czarna błyskawica przemknęła przez uchylone drzwi, skoczyła na schody i tyle ją widzieli!

Zamykaj drzwi! wołała sąsiadka Nie dogonisz jej. Jest szybka i waleczna. Rękami nie łap, bo pogryzie. Powodzenia!

Dzięki!

Już biegiem, przeskakując schody, modliła się, by drzwi do bloku były zamknięte.

Ale nie były Szeroko otwarte, a z auta wyładowywali meble jacyś panowie.

Kota nie widzieliście? spytała bez większej nadziei.

Jeden machnął w stronę drzew.

Na drzewo wskoczyła!

Zaśmiali się, widząc, jak Irenka szaleje pod drzewem, na którym szczerze syczała Mruczka, ale nie przyszło im do głowy pomóc.

Irenka kota nawet w mroku nie widziała, tylko sapanie i syczenie. Gałęzie bez liści splatały się w ciemności.

Mruczusiu, kici-kici…

Odpowiedział jej wściekły ryk.

No ty wredoto! westchnęła. Nie było wyjścia. Trzeba wejść na drzewo.

Deszcz zaczął padać. Marzyła o powrocie do domu koc, herbata, słuchawki. A tu trzeba się wdrapać po kota.

Ale słowo się dało trzeba dotrzymać.

Założyła plecak, chwyciła gałąź raz, drugi, znów… Atak. Pazury blisko twarzy. Ledwie odskoczyła.

Mruczko! Oszalałaś? Co ty!

Chciała pogrozić kotce, ale pomyślała, że pani Maria mówiła, że ona rozumie wszystko. Lepiej nic nie mówić.

W końcu jakoś ją chwyciła za kark.

Puść gałąź!

Sama warczała równie groźnie jak kot. Najwyraźniej kot uznał, że trafiła na swoją bratnią duszę dała się zapakować pod kurtkę.

Ale wejść to jedno, a zejść?

Nagle ogarnęło ją przerażenie. Bała się wysokości od dziecka. Teraz spojrzała w dół i zamknęła oczy.

Mamo

To była wysokość…

Siedziała, kurczowo obejmując gałąź. Kot cisnął się pod sweter, a telefon w kieszeni non stop dzwonił.

Krzyczeć o pomoc się wstydziła. Swoja wina!

Ej! Wygodnie ci tam?

Głos chłopaka przestraszył ją do tego stopnia, że niemal spadła.

Tylko nie spadaj! Już idę z drabiną! Wytrzymaj!

Brzmiał, jakby żartował z jej sytuacji.

Jasne, nie śpiesz się. Zaczekam!

Sarkazm został doceniony tylko hmmm.

I chłopak poszedł. Irenka miała żal do siebie, że jest taką ofiarą.

No pięknie! Poszedł Mruczka, czemu ja

Nie zdążyła siebie zganić.

Chłopak wrócił z drabiną, nie wiadomo skąd. Przystawił do drzewa.

Chodź, chyba że chcesz tam nocować!

Zamknęła oczy, pokręciła głową, ale dopiero potem zorientowała się, że nie widzi jej odpowiedzi.

Boję się

Nie zdążyła skończyć, bo złapał ją za nogę, przejechała po gałęzi i była już na drabinie, sama nie wiedząc jak.

Trzymam cię! Zejdź spokojnie!

Zeszła powoli, a gdy stanęła na ziemi, kot chciał uciec, ale była szybsza.

Siedzieć! Obiecałam pani Marii, że cię przypilnuję!

Ty to jesteś konkretna…

Szczupły, zwykły chłopak uśmiechał się szelmowsko.

Odprowadzić cię?

Poradzę sobie! odburknęła, ale zaraz zganiła się w myślach.

Przepraszam Dziękuję panu bardzo! Do rana bym tu siedziała.

A po co?

Boję się wysokości…

To czemu weszłaś?

Po kota. Ale już muszę lecieć, mama się martwi.

Ty mnie na pan? Po tym, jak widziałem twój mokry tyłek? Jestem Artur. Pójdę z tobą przynajmniej do tramwaju albo pod klatkę. Daleko mieszkasz?

Nie bardzo

Nagle przestało jej być zimno. Wręcz przeciwnie, poczuła się jakby lekka, czuła ciepło na policzkach i głupio się uśmiechała, gdy Artur coś mówił.

A Mruczka pod kurtką siedziała spokojnie, ogrzewając się i nie śmiała nawet zamiauczeć, żeby nie spłoszyć tej nowej radości. Choć jej nie było widać czuło się ją wyraźnie.

Artur odprowadził Irenę pod dom. Następnego dnia czekał przed pracą koło parku szpitalnego, potem razem kupowali karmę dla Mruczki bo okazało się, że kotka grymasów nie przebacza i bez ulubionych chrupków nie zje nic.

Irenka niańczyła Mruczkę tydzień. Tyle, ile trzeba było, by po Marię przysłano córkę. Przyjechała, odnalazła Irenę.

Proszę, mama tak tęskniła za kotką Niech będą razem.

Odwiezie pani mamę?

Tak! To moja mama, choć uparta jak zawsze. Ale teraz się zgodziła. Dziękuję…

I Irenka patrzyła za kobietą, która tuliła kocicę i myślała kolejny raz, że cudza dusza to ciemny las. Nic na siłę nie wymyślisz. Bo może być zupełnie inaczej, niż wszyscy sądzą. I jeśli komuś potrzeba nawet kociej miłości, to znaczy, że jeszcze wszystko przed nim.

A ogólnie, zamiast roztrząsać cudze sprawy, lepiej budować własne. Zwłaszcza, gdy obok jest ktoś, z kim warto. Bo wtedy nie jest ważne, kto pierwszy powie kocham. Najważniejsze, że ten, kto ma z tobą być, znajdzie czas i drabinę dokładnie wtedy, kiedy będzie trzeba. I nigdy nie powie ci, że jesteś nie taka. Bo dla niego nie ma nikogo lepszego na świecie.

30 października
Nauczyłem się dziś, że nawet jeśli wydaje się sobie zwyczajnym, ktoś może zobaczyć w tobie wartość, której sam nie dostrzegasz. Nigdy nie wiadomo, jaki przypadkowy kot i drabina odmienią życie i serce.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Nie taka Julka