Nie oddam mu mieszkania
Po co tu przyszłaś?
Wanda stała w progu, nie cofając się ani na krok. Opierała ręce o framugę drzwi, jakby blokowała wejście nie tylko do pokoju, lecz i do swojego świata.
Dobry wieczór, pani Wando.
Pytałam, po co przyszłaś.
Malwina nie odpowiedziała od razu. Spojrzała w dół, na wycieraczkę, którą kiedyś sama kupiła na targu, granatową z białym szlaczkiem. Wciąż leżała na swoim miejscu, zniszczona, ale nie wyrzucona.
Mogę wejść?
Pauza rozciągnęła się boleśnie. Wanda nie drgnęła. W końcu jednak oderwała się od framugi i weszła do kuchni. Można to było uznać za zaproszenie.
Malwina weszła do środka, zamknęła drzwi. W przedpokoju pachniało dziwnie znajomo, lecz już nie tak jak dawniej. Wtedy czuć było papierosy od kurtki Janka, zawsze wiszącej tu, po lewej stronie. Teraz wisiał tam tylko flanelowy szlafrok Wandy i stara robiona na drutach czapka.
W kuchni Wanda już tłukła się czajnikiem, choć wcale nie wyglądało, jakby zamierzała częstować gości. Potrzebowała czymś zająć dłonie.
Widziałam światło w oknie odezwała się cicho Malwina. Przechodziłam obok.
O dziesiątej wieczorem?
Autobus miał opóźnienie. Stałam na przystanku.
Wanda odstawiła czajnik i odwróciła się. Spojrzała na Malwinę tym spojrzeniem, które zarezerwowane jest dla kogoś, komu dawno się już nie ufa, ale jeszcze się go nie przekreśliło.
Zdejmuj płaszcz, skoro już przyszłaś.
Malwina zawiesiła płaszcz na tym samym lewym haku, pod czapką. Po chwili namysłu przełożyła na prawy.
Usiadły naprzeciw siebie, przy kuchennym stole. Wanda rozlała herbatę, nie proponując, nie pytając, czy Malwina ma ochotę. Cukier przesunęła w jej stronę, nie podnosząc wzroku. Wykonywała ruchy automatycznie, jakby nawet buntując się całą sobą, ciało samo wiedziało gość przy stole to gość, trzeba częstować.
Jak się trzymasz? zapytała Malwina.
Jakoś. Wanda objęła kubek obiema dłońmi. Jak zwykle.
Malwina spojrzała na jej ręce. Dłonie, jak u wszystkich w tym wieku, z popękaną skórą, z plamami od lat. Ale w tej chwili ściskały kubek zbyt mocno, by uwierzyć w to jakoś i jak zwykle.
Przyszłam porozmawiać powiedziała Malwina.
O czym?
O różnych sprawach.
O papierach?
Malwina zawahała się.
Nie tylko.
Wanda upiła łyk herbaty i odstawiła kubek z lekkim stuknięciem, które mogło być nic nie znaczącym odruchem a mogło znaczyć wszystko.
Papierami zajmij się z notariuszem. Już powiedziałam, co myślę.
Wiem.
To po co powtarzać.
To nie było pytanie. Malwina więc nie odpowiedziała. Sięgnęła po herbatę, upiła łyk była za gorąca. Odstawiła.
Za oknem padał jesienny deszcz, taki drobny, który nie tyle leje, ile wisi w powietrzu. Latarnia przy drodze kiwała się na wietrze i jej cień pełzał po parapecie tam i z powrotem.
Malwina znała tę kuchnię na pamięć. Wiedziała, że w lewym szufladzie są sznurki do reklamówek i stare baterie, których Janek nigdy nie wyrzucał, bo może się jeszcze przydadzą. Wiedziała, że pod zlewem stoi wiadro, które pojawia się tam zawsze, gdy rura zaczyna cieknąć każdej jesieni. Pamiętała, jak kiedyś za lodówką zgubiła się dziesięciogroszówka i przez pół godziny wyciągali ją z Jankiem linijką, śmiejąc się wszyscy Janek, Asia, i ona.
Asia. Trzy miesiące.
Przywiozłam dżem powiedziała nagle. Z mirabelek. Włożyłam do siatki przy drzwiach, nie wiem, czy zauważyłaś.
Wanda zerknęła w stronę przedpokoju, potem znów na stół.
Zauważyłam.
Lubisz z mirabelek.
Lubiłam. Pauza. Lubię.
W tym przejęzyczeniu była cała prawda. Jakby Wanda sama nie wiedziała, w którym czasie teraz żyje.
Malwina zrozumiała. Sama czasem mówiła o nim w czasie teraźniejszym, nie kontrolując tego, a później zapadała taka cisza, że lepiej by w ogóle nie zaczynać.
Słyszałam, że miałaś jechać do Ireny do Gdańska próbowała Malwina.
Miałam. Jeszcze nie pojechałam.
Co cię trzyma?
No Wanda machnęła ręką sprawy.
Malwina patrzyła na nią uważnie. Żadnych spraw nie było, obie to wiedziały. Było mieszkanie, którego nie chciało się zostawić samego. Był lęk, że po powrocie zobaczy się pustkę. Może też strach, że Irena będzie jej współczuć, a Wanda nie umiała znosić współczucia.
Pani Wando powiedziała Malwina, a jej głos złagodniał, nabrał powagi nie o papiery przyszłam. Naprawdę.
Naprawdę powtórzyła Wanda, nie wiadomo, czy wierząc, czy tylko powtarzając słowo.
Wiem, że jesteś na mnie zła.
Nie jestem zła.
Dobrze.
Ja po prostu nie rozumiem w tym głosie po raz pierwszy wkradło się życie, coś wymykającego się kontroli. Nie rozumiem, jak tak można. Pół roku minęło. Ty już idziesz dalej. A ja tu zostałam.
Malwina przeczekała. Nie mówiła: źle ci się wydaje ani myślisz nie tak. Po prostu siedziała.
Widziałam cię ciągnęła Wanda. Sąsiadka z naprzeciwka widziała, Lidka jej mówiła. Byłaś z kimś w kawiarni, w sierpniu. Na Długiej.
To kolega z pracy. Robiliśmy razem projekt.
Kolega
Tak.
Wanda wstała, podeszła do okna. Stała tyłem, patrzyła na krople spływające po szybie.
Asia cię kochała powiedziała przez zasłonę ciszy. Bardzo. Może bardziej, niż ci się wydawało.
Wiem.
Nie jestem pewna.
Malwina zacisnęła palce wokół kubka. W niej coś się zachwiało, jak cień latarni na parapecie. Wiedziała, że powie zaraz coś niepotrzebnego, jeśli się nie powstrzyma. Milczała.
Nie mówię, że jesteś zła odezwała się Wanda, wciąż patrząc przez okno. Uważam tylko, że masz życie przed sobą. Czterdzieści dwa lata. Ja mam sześćdziesiąt pięć i miałam córkę. Jedną.
Wiem.
Teraz jej nie ma. A ty przyszłaś z dżemem.
To zabrzmiało jak wyrok gdyby nie było tak bardzo prawdziwe. Malwina poczuła wdzięczność za tę prawdę, choć trudno byłoby to wytłumaczyć.
Inaczej nie umiem powiedziała po chwili. Nie umiem bez słów. Musiałam jakoś przyjść, coś przynieść. Dżem. Bez niczego jeszcze gorzej.
Wanda odwróciła się. Patrzyła na nią uważnie, z niedowierzaniem.
Płakałaś zanim weszłaś?
Trochę.
Na klatce?
No tak.
Wandzie lekko, ledwie zauważalnie drgnęła twarz. Usiadła z powrotem przy stole.
Aleśmy głupie obie powiedziała.
Pierwsze słowa tego wieczoru bez ukrytego tonu.
Zmilkły. Deszcz uderzał już mocniej, głośniej, ciężej.
Opowiedz mi o testamencie odezwała się Malwina. Czego się tak naprawdę boisz. Nie przez adwokata. Po prostu ty.
Wanda spojrzała na nią nieoczekiwanie. Jakby nie wierzyła, że ktoś chce ją wyraźnie usłyszeć.
To mieszkanie zaczęła cicho. To jej mieszkanie. Z mężem kupiliśmy, latami na nie odkładaliśmy. Prawie dziewięć lat. Chciałam, żeby Asia miała swoje miejsce. Tam mieszkała, ty z nią też, nie mówię, że to źle, ale mieszkanie było jej. A teraz z papierów
Z papierów wynika, że przechodzi na mnie dodała Malwina.
Nie byłyście małżeństwem.
Sześć lat razem.
Wiem. Wanda splatała dłonie na stole. I tak sobie myślę myślę, że chciałaby, żeby i mi chociaż trochę coś zostało. Nie żeby tak, tak całkiem.
Sama napisała testament.
Wiem. Pauza. Może i dobrze napisała. Może o to chodzi właśnie. Na początku byłam bardzo zła. Teraz już nie. Po prostu nie rozumiem.
Czego nie rozumiesz?
Po co ci to mieszkanie. Powiedziałaś sąsiadce, że myślisz, czy nie wyprowadzić się. Że ci za dużo tam samej. To po co trzymać?
Malwina patrzyła na nią.
Tak mówiłam w lipcu, jak mi było najgorzej. Sama nie wiem, co zrobię.
Jakbyś chciała sprzedać zaczęła Wanda.
Nie chcę sprzedawać.
Gdyby się kiedyś zdarzyło powiesz mi pierwszej? Nie komuś obcemu, tylko mnie?
I tu Malwina zrozumiała, że to jest sedno. Nie powierzchnia, nie pieniądze, a więź. Prawo usłyszeć pierwszej. Zachować choć trochę nici do dziecka przez kobietę, która mieszkała z nią, gotowała w jej kuchni, kochała ją zupełnie inaczej. To inaczej było nie do odebrania.
Powiem ci pierwszej obiecała spokojnie.
Wanda skinęła głową. Krótko, zdecydowanie. Dolała herbaty.
Jadłaś coś dzisiaj? zapytała.
Rano.
Rano powtórzyła Wanda i otworzyła lodówkę, nie pytając już o nic. Gotowałam zupę. Z makaronem. Zjesz?
Zjem.
Kiedy Wanda podgrzewała zupę, Malwina patrzyła na jej plecy i myślała, że w innym życiu, gdyby wszystko poszło inaczej, mogłyby się lepiej dogadywać. Razem jeździć na wieś, spędzać święta, dzwonić do siebie nie tylko w ważnych sprawach. A może nie. Może i tak byłyby ostrożne i oddalone, zawsze trochę obce, choć nigdy do końca.
Zupa była zwyczajna. Marchewka, cebula, makaron, trochę natki. Gotowana nie dla gości, a dla siebie tak, żeby było.
Dobra powiedziała Malwina.
Bez przesady.
Naprawdę.
Wanda jadła w milczeniu. Potem nie odrywając wzroku od talerza, rzuciła cicho:
Ona cię szukała w szpitalu. Wiesz?
Malwina zamarła.
Co?
Wyjechałaś wtedy, w kwietniu. Mówiłaś, że konferencja. Asia leżała na badaniach. Byłam, odwiedzałam. Pytała, kiedy wrócisz. Mówiłam: nie wiem. Ona na to: miała być dziś, potem: pojutrze
Malwina opuściła łyżkę.
Gdy tylko się dowiedziałam, wracałam następnym pociągiem.
Wiem. Wanda spojrzała. Nie mówię tego z wyrzutem. Chciałam, żebyś wiedziała. Że nie tylko ja to pamiętam.
To było uczciwe. Malwina poczuła suchą gorycz w ustach, chociaż dopiero co jadła zupę. Upiła herbaty. Zimna już była.
Nie mówiła, że się boi szepnęła. Myślałam, że jest pogodzona. Myślałam, że woli, kiedy nie krążę wokół niej.
Nie znosiła, gdy ktoś się nad nią lituje.
Właśnie. Myślałam, że dobrze robię.
Może dobrze. Wanda sprzątała talerze. Może nie. Kto wie.
To kto wie zawisło w kuchennej ciszy.
Malwina pomogła pościągać naczynia, choć Wanda jej nie prosiła. Stały później razem przy zlewie Wanda myła, Malwina wycierała. Przeszło przez myśl, że tak bardzo zwyczajnie można milczeć. Może miały w tej chwili tę samą myśl ale żadna jej nie wypowiedziała.
W końcu wróciły do stołu. Wanda przyniosła herbatniki nie te czekoladowe, tylko najprostsze, ze sklepu Społem na rogu.
Lidka mówi, żebym się zapisała na jakiś kurs dla emerytów powiedziała Wanda. Malują akwarele w domu kultury w czwartki.
A chcesz?
Nie wiem. Trochę śmiesznie.
Co w tym śmiesznego?
W moim wieku
Właśnie w twoim wieku zapewniła Malwina. Poważnie.
Wanda spojrzała z przekąsem.
Ty jak konsultantka społeczna mówisz.
A ty jakbyś miała sto lat.
Sześćdziesiąt pięć.
To nie sto.
Wanda wzięła herbatnik, przegryzła.
Całe życie pracowałam. Najpierw mąż, potem Asia, potem praca. Miały być wnuki ale nie będą. Nie umiem tak po prostu. Malowanie akwarelą to po prostu.
Może warto się nauczyć.
Łatwo powiedzieć.
Mnie też trudno odpowiedziała nagle Malwina. Mam pracę, przyjaciółki, wszystko niby jest. A wieczorem siedzę sama i czuję pustkę. Wszystko się zatrzymuje I myślę: może by przyszła i powiedziała to swoje, głupie coś. I rozjaśniła.
Pauza.
Potrafiła gadać głupoty uśmiechnęła się Wanda.
Tak.
Przychodziła, rzucała: Mamo, ja myślałam kiedyś, że jeż to w zasadzie szczur z kolcami. Skąd ona to brała?
Mówiła mi, że słonie po mongolsku to była zaan i że brzmi, jakby słonie były zarozumiałe.
Wanda roześmiała się krótko, jak ktoś, kto nie spodziewał się, że jeszcze dziś się uśmiechnie.
Boże. Skąd ona to wszystko znała.
Dużo czytała.
Tak. Od dziecka z książką. Nie mogłam jej od stołu oderwać.
Pokazywała mi zdjęcie z twojej działki. Osiem lat, siedzi na schodach z książką, wszyscy biegają.
Tę działkę pamiętam Mój mąż miał tam ogródek. Od rana do nocy. Asia na schodach z książką, a ja się martwiłam, co za dziecko. Potem się przyzwyczaiłam.
A co wtedy czytała?
O morzu, kapitanach. Morza na oczy nie widziała do szesnastu lat. Pojechała, stała nad Bałtykiem długo. Ojciec pyta: No i jak, podoba się?, a ona: Nie takie. Jak to nie takie? Mniejsze. W książkach wydawało się większe.
Malwina uśmiechnęła się. Słyszała tę historię od Asi, wersję inną, ale tę samą w duchu. Może żadna nie była tą prawdziwą, może była to już rodzinna anegdota, zmieniana przez każdego.
Dużo mi opowiadała o ojcu powiedziała Malwina. Bardzo tęskniła.
Wiesław, mąż Wandy, zmarł sześć lat wcześniej, zanim Asia poznała Malwinę. Nigdy się nie spotkali.
Tak potwierdziła Wanda. Tęskniła.
A ty też tęsknisz?
Codziennie. To zabrzmiało spokojnie, pogodzone. Przyzwyczaiłam się, ale tęsknię. To nie przeczy sobie.
Masz rację.
Znowu milczenie.
Opowiedz mi o niej małej poprosiła Malwina. Mało wiem. Nie lubiła wspominać dzieciństwa.
Wanda patrzyła długo.
Po co ci to?
Chcę wiedzieć. Póki ktoś może opowiedzieć.
Zabrzmiało ostro, i Malwina to poczuła, lecz nie cofnęła swoich słów. To była prawda.
Wanda wstała, wyszła z kuchni. Malwina usłyszała otwierane drzwi szafy, przesuwanie rzeczy. Wanda wróciła z kartonowym pudełkiem, przechowywanym na górze szafy.
Jej rzeczy. Przeglądałam we wrześniu. Część oddałam, część została.
Otworzyła wieko. Zeszyty, drobiazgi, rysunki. Malwina wzięła jeden zeszyt z dziecięcym pismem: Asia Nowacka, klasa II.
Jeżu szepnęła cicho.
Właśnie odpowiedziała Wanda. Tak mówię za każdym razem.
Oglądały rzeczy wspólnie. Wanda wspominała, Malwina słuchała. Jak w sześciu latach Asia próbowała stać na głowie i tydzień chodziła z guzem. Jak przyniosła kiedyś kota, który najpierw nie spodobał się ojcu, potem wszyscy go pokochali, a po dwóch latach kot wyszedł i nie wrócił. Jak w czternaste urodziny postanowiła zostać informatyczką, bo informatycy pracują w kapciach, i dotrzymała słowa.
Było już blisko północy, gdy Malwina zerknęła na zegarek.
Muszę wracać. Ostatni autobus.
Zostań rzuciła Wanda, szybko, trochę zaskoczona własną propozycją. Na kanapie możesz spać. Pościelę.
To nie kłopot?
Komu kłopot?
Malwina popatrzyła. Wanda patrzyła w bok, jakby nie wiedziała, kiedy to powiedziała.
Zostanę. Dziękuję.
Kiedy Wanda ścieliła pościel w pokoju, Malwina zmywała kubki w kuchni. Patrzyła w ciemne okno na swoje odbicie w żółtawej poświacie lampy. Trzy miesiące temu nie mieściła się jej w głowie myśl o takim wieczorze zwykłej zupie, zeszytach z dzieciństwa, zostań na noc.
Pomyślała, że po śmierci bliskich są rzeczy, które nie dają się załatwić u notariusza, nie opisują się w dokumentach. To wymaga przyjść, posiedzieć, poczekać, aż samo się wyklaruje w cokolwiek, co można wziąć ze sobą.
Nie wiedziała, czy się wyklaruje. Ale czuła dziś coś się przesunęło.
Pokój ten sam, w którym spała kiedyś, gdy przyjeżdżała z Asią do Wandy. Ta sama, lekko zapadnięta kanapa z pledem w ciapki na brzegu. Malwina położyła się, spojrzała w sufit.
Na półce ustawione książki, głównie po Wiesławie, stare, z wyblakłymi grzbietami: Nad Niemnem, Lalka i coś z historii. Wśród nich jedna cienka, niepasująca do reszty. Malwina nachyliła się Listy stąd-nikąd, autor nieznany. Otworzyła na wyklejce: napis niebieskim długopisem, jasno Asin charakter pisma. Mamo, czytaj powoli. Kocham.
Malwina zamknęła książkę.
Odstawiła na półkę.
Długo patrzyła w półmroku w jej stronę.
Za ścianą szeptała codzienność skrzypiał parkiet, kapał kran, przesuwała się wanda. Życie trwa mimo wszystkiego i wbrew wszystkiemu, ciche, zwyczajne.
Rano Wanda gotowała owsiankę. Malwina wyszła do kuchni, Wanda postawiła przed nią talerz, nie pytając. Do tego szklanka soku pomarańczowego, czego Malwina się nie spodziewała. Za oknem szare, mokre, październikowe niebo.
O której masz do pracy? spytała Wanda.
Na dziesiątą. Zdążę.
Jasne. To blisko. Wanda mieszała swoją owsiankę. Na metro?
Tak.
Trzecia stacja, pamiętam.
Naprawdę pamiętasz? Malwina aż się zdziwiła.
Asia mówiła odparła krótko Wanda.
Malwina jadła owsiankę. Słona, nie słodka, z masłem dokładnie taka, jaką jadła kiedyś jako dziecko, zanim przyzwyczaiła się do słodkiej. Smak zapamiętany, nagle odzyskany.
Chciałam ci coś pokazać powiedziała Wanda. Wyjęła kopertę. Znalazłam ostatnio, kiedy przeglądałam rzeczy. To listy z obozu. Do wojska nie szła, ale na studiach ich wysyłano na przysposobienie. Pisała do mnie. Nie na zawsze ci daję, tylko pokażę.
Podała list, trzy strony, drobne pismo. Malwina czytała powoli, jak było napisane.
Asia pisała o porannych mgłach za oknem baraku, o starej topoli, o tym, że wszystko się zmienia, a topola trwa. Pisała, że tęskni za ciszą własnego pokoju i za mamą.
To była inna Asia, młoda, nieufna, miękka.
Mogę skserować? Albo zrobić zdjęcie?
Wanda patrzyła długo.
Weź dla siebie. Na zawsze. Mi niepotrzebne.
To twoje.
Malwina… pierwszy raz Wanda mówiła do niej po imieniu weź.
Malwina schowała list do koperty, a kopertę do torebki. Chciała coś powiedzieć, ale nie znalazła słów i już nie szukała.
Zmywały razem. Wanda myła, Malwina wycierała, jak wczoraj przy talerzach. Tylko teraz jakby coś się zmieniło, nawet nie wiadomo co.
Jedź w końcu do Ireny rzuciła Malwina. Mieszkanie nie zginie, a ona czeka.
Dzwoniła tydzień temu przyznała Wanda. Ponoć się na nią obraziłam.
No to jedź.
Zobaczymy.
Pani Wando
Zobaczymy, powiedziałam.
Malwina odwiesiła ścierkę.
Mogę przyjeżdżać czasem jeśli się zgodzisz. Rzadko. Ale czasem.
Wanda długo trzymała ręcznik, patrzyła w zlew, potem cicho:
Przyjeżdżaj. Zrobię ci jeszcze zupę.
Z makaronem?
Może być z kaszą?
Z makaronem będzie dobrze.
To się zgadałyśmy.
Malwina się ubrała. Wanda odprowadziła ją do drzwi. W przedpokoju Malwina wzięła płaszcz, torebkę.
Dziękuję za noc.
Daj spokój. Idź, bo się spóźnisz.
Malwina już łapała za klamkę, lecz się odwróciła.
Ta książka od Asi Czytałaś?
Zaczęłam. Pauza. Powoli czytam.
Napisała: czytaj powoli.
Wiem. Wanda zamyśliła się. Czyli znała mnie.
Malwina skinęła głową. Otworzyła drzwi.
Do widzenia.
Do widzenia.
Zamknęła za sobą. Przez chwilę słyszała, jak Wanda stoi za drzwiami, zanim przekręciła zamek. Jakby nie chciała zamknąć od razu.
Na klatce pachniało wilgocią i świeżą farbą. Żarówka na drugim piętrze migała, ale nie gasła. Malwina szła powoli, trzymając się poręczy.
Na dworze ten sam szary październik, ludzie szli do pracy, ktoś trąbił samochodem, gołębie spacerowały po chodniku. Wszystko zwyczajne, obojętne a jednak dziwnie istotne po tej nocy.
Malwina szła na metro i myślała, że pojednanie wcale nie jest olśnieniem, które wszystko zmienia. To nie moment ani decyzja. To są takie wieczory. Zupa. Stare zeszyty. Noc na cudzym łóżku. Ręcznik w dłoni. List w kopercie na dnie torby.
Nie wiedziała, co dalej. Jak to się ułoży ona i Wanda. Ani teściowa, ani synowa, nie znajome i nie przyjaciółki. Coś, co zostało po pamięci, i po tym, że obie kochały tę samą dziewczynę, każda inaczej. To nie powód być blisko ale nie powód być obcymi.
W torebce spoczywała koperta z listem. Dziś go już nie przeczyta wieczorem, w domu, przy świetle.
Wsiadła do metra. Drzwi zamknęły się, pociąg ruszył.
Kilka przystanków przed swoją stacją wyjęła telefon i napisała Wandzie przez komunikator. Krótkie: Dojechałam. Dziękuję za owsiankę.
Odpowiedź przyszła za dwadzieścia minut. Gdy Malwina już była w pracy, przebierała się w szatni, myśląc o zebraniu.
Proszę bardzo. Dżem wstawiłam do szafki.
Przeczytała. Schowała telefon. Zdjęła płaszcz.
Na korytarzu ktoś się śmiał, głośno i z beztroską. Za oknem widać było szary pasek nieba. Może do wieczora się rozpogodzi, pomyślała Malwina. A może nie. Październik jest kapryśny.
Wyszła na zebranie.
W piątek wieczorem, po trzech dniach, zadzwoniła Wanda. Malwina właśnie podgrzewała kolację, nie zdążyła podnieść na pierwszy dzwonek.
Jadę do Ireny powiedziała Wanda zamiast dzień dobry. W sobotę rano.
Dobrze odparła Malwina.
Na dziesięć dni.
W porządku.
Cisza.
Nie przeszkadzam?
Nie. Cieszę się.
No to dobrze jeszcze chwila ciszy. Malwina?
Tak?
Tam, na półce w pokoju, gdzie spałaś. Weź tę książkę. Od Asi. Należała jej się.
Malwina słuchała, gotując. Zupa już się zagotowała, trzeba było zmniejszyć ogień.
Dobrze. Wezmę.
No to do widzenia, idę się pakować.
Szerokiej drogi.
Dziękuję.
Zamilkły jeszcze na moment. Tak, jak potrafią tylko ludzie, którym cisza nie przeszkadza, bo znaczy już coś więcej.
Do widzenia powiedziała Wanda.
Do widzenia.
Malwina ściszyła ogień. Odłożyła łyżkę na spodeczek. Spojrzała w okno, gdzie ciemność oświetlały uliczne latarnie.
Gdzieś w Gdańsku była już Irena, może w kuchni, już szykowała, czym częstować. Gdzieś na półce stała książka z napisem czytaj powoli i kocham. W obcym kredensie czekał dżem z mirabelek.
Może to właśnie zostaje. Nie to, co zapisane w testamencie. Nie metry, nie papiery. Tylko to. Dżem w obcej kuchni. List w kopercie. Skomplikowane słowo powiedziane nie w porę, przez to trafione w sam środek serca.
Malwina zamieszała zupę.







