Nie nienawidzę Cię

Ja ciebie nie nienawidzę

A jednak nic się nie zmieniło…

Wioletta nerwowo szarpała rękaw swetra, gapiąc się przez brudną szybę taksówki na znajome, wąskie ulice Piotrkowa Trybunalskiego. To tutaj biegała niegdyś z Remigiuszem śmiejąc się, snując plany o wspólnej przyszłości, w której miało nie brakować pierogów i domów z ogródkiem. Siedem lat. Całe siedem lat jej tu nie było.

Dojechaliśmy głos kierowcy wytrącił ją z zamyślenia z siłą, co by nie mówić, nie pierwszej młodości Skody.

Taksówka zatrzymała się pod sypiącą się pięciopiętrową kostką z PRL-u, która na oko przegapiła co najmniej cztery kapitalne remonty. Wioletta odruchowo sprawdziła telefon (dziwne, że jeszcze działa), wygrzebała z portfela sto sześćdziesiąt złotych, zapłaciła i wysiadła z auta. Zatrzasnęła drzwi i przez chwilę tylko stała, wciągając głęboko powietrze rodzinnego miasta tego zapachu świeżo koszonej trawy z pobliskiego skweru, cynamonowych drożdżówek z piekarni U Bożeny na rogu i czegoś nieuchwytnego, co nazywa się dom. Serce ścisnęło jej się nieco groteskowo: pół na pół z radości i strachu przed tym, co ją czeka.

Oficjalny powód powrotu miała prozaiczny: odwiedziny u mamy i pomoc w walce z papierologią, której nikt poza urzędnikiem nie ogarnia. W praktyce chciała też przejść się po tych wszystkich znajomych miejscach i sprawdzić, czy wciąż przypominają jej wspomnienia. Ale głównym powodem, o którym udawała, że nie pamięta, była desperacka chęć zobaczenia Remka. Może, a nuż widelec, coś się zmieni?

Wiedziała, gdzie mieszka, co słychać u niego (choć zarzekała się, że nie stalkuje). Coś docierało z plotek od znajomych na Messengerze: że nowa robota, że mieszkanie, że mamę do siebie zabrał Przy każdej takiej wieści coś jej ściskało w żołądku, a w wyobraźni majaczyła sylwetka Remka. Zaraz jednak odganiała te myśli przecież nie jest już nastolatką, żeby zawracać sobie nimi głowę…

*****************************

Następnego dnia Wioletta poczuła w sobie duszę odkrywcy i ruszyła na miasto. Bez planu i konkretnych punktów do odhaczenia. Przespacerowała się placem Kościuszki, obejrzała wystawy w sklepach, których nie było jeszcze siedem lat temu, mimowolnie uśmiechając się do widoku dawnego kiosku z gazetami, gdzie kupowała Kaczora Donalda, tej ławki ze wspomnień szkolnych albo kawiarni, w której pierwszy raz próbowała cappuccino i chlustała nim na nową bluzkę z Reserved.

I wtedy go zobaczyła.

Remigiusz szedł drugą stroną ulicy. Głowa lekko pochylona, spojrzenie skupione, jakby na Zakopiance szukał sensu życia. Wioletta zamarła. Wszystko w niej fiknęło koziołka, przez moment zapomniała nawet oddychać. Nadal ten sam wysoki, nieco rozkojarzony chód i ta fryzura, za którą kiedyś dałby się pokroić w salonie u pani Basi.

Bez namysłu rzuciła się między auta, bo kto by zwracał uwagę na światła, gdy stawką są rozgrzebane uczucia. Klakson z Peugeota, jakiś zblazowany pan w beretcie z okna ale ona pędziła dalej, a serce waliło jak dzwon, chyba nawet słychać go było w Piotrkowie pod stacją Orlen.

Remek!

Głos jej się załamał, choć myślała, że już przecież w dorosłym życiu się nie denerwuje. On się odwrócił i… NIC. Ani radości, ani furii. Zwyczajne, neutralne zero.

Wioletta? spytał spokojnie, jakby pytał o stan punktów na karcie Moja Biedronka.

Ten ton śmiertelnie powściągliwy, bez emocji bolał ją bardziej niż stara, polska jesień. To, co w niej się kisiło od siedmiu lat, wybuchło jak pęknięta rura w bloku. Łzy napłynęły do oczu, głos zadygotał i już nie szło niczego opanować.

Remek, ja… tak bardzo żałuję wydukała z trudem. Wiem, że nie mam prawa cię nawet zaczepiać, ale to silniejsze ode mnie Zaniosła się łzami, nie próbowała nawet wycierać policzków. Kocham cię. Cały czas. Przepraszam. Błagam, wybacz!

Mówiła szybko, nieporadnie, co wpadło na język bo przecież jeśli się zatrzyma, to już nie powie ani pół słowa. Za dużo miała do wykrzyczenia, za długo to kisiła. Obejmując go, mocno wtuliła się w tors, łudząc się, że może jeszcze da się naprawić, co zepsuła na własne życzenie tyle lat temu. Świat wokół nie istniał: tylko on i ta cienka nici nadziei…

Przez ułamek sekundy poczuła, że mógłby odwzajemnić uścisk ramiona lekko się uniosły, jakby chciał objąć. Ale ta sekunda szybko się zmyła. Remigiusz stanowczo odsunął ją od siebie, łapiąc za ramiona. Twarz miał jak wykuta ze skały, a w oczach nie było już tamtego chłopaka z marzeniami, tylko ktoś całkiem inny dorosły, zabetonowany mężczyzna.

Spadaj szepnął jej do ucha.

Tak płasko i obojętnie, jakby mówił do obcej osoby spotkanej pod Żabką.

Nienawidzę dodał po chwili, a w jego oczach błysnęło nagie, czyste obrzydzenie.

Odwrócił się i odszedł, nawet nie obejrzawszy się za siebie. Wioletta stała na środku miasta jak wryta, kompletnie ogłuszona. Ludzie gdzieś biegli, auta huczały, dzieciaki śmiały się pod szkołą, ktoś dziwnie na nią popatrzył, bo kto to widział, stać tak, jakby pół świata się zawaliło. Ale ona nic nie widziała. Tylko cichy odgłos oddalających się kroków i własny, rwany oddech…

To koniec. Na zawsze.

Powlekła się do domu. Nogi były jak z waty, głowa pusta. Wpakowała się do mieszkania. Mama, widząc zapłakaną córkę, nawet nie pytała tylko westchnęła i poszła nastawiać czajnik, jakby robiła to już sto razy. Znajomy dźwięk gotującej się wody wprowadził jakiś niezwykły spokój.

Nie wybaczył szepnęła Wioletta, ściskając kubek herbaty. Patrzyła w bursztynowy napój, nie widząc nic poza odbiciem lampy.

Mama przysiadła cicho obok i pogłaskała ją po ramieniu tak, jak kiedyś, gdy mała Wioletta wracała z rozbitym kolanem po rowerowej wywrotce.

Przecież wiedziałaś powiedziała mama, głosem z nutą smutku, bez wyrzutów.

Wiedziałam Wioletta oderwała wzrok od herbaty, brzmiąc, jakby od miesięcy ćwiczyła tę odpowiedź. Ale miałam nadzieję. Bez sensu, co?

Nie bez sensu odparła. Po prostu… sama podjęłaś tę decyzję. Bardzo go bolało. On jak ten Kaj z Królowej Śniegu serce zgubił i nikt nie był w stanie mu go ogrzać.

Wioletta westchnęła, odstawiła kubek i zamknęła oczy. Obrazy sprzed siedmiu lat przewinęły się przed nią jak telewizor na Polsacie w święta.

Kiedyś wszystko było proste. Miała dwadzieścia dwa lata i wyobrażała sobie, że świat leży przed nią otworem. Remek był ten swój chłop nigdy nie rzucał się w oczy gadką, ale gdy przyszło co do czego, zawsze był pierwszy do pomocy. Pracował na budowie, zaocznie studiował, kombinował z własnym interesem (o, jak ona się wtedy śmiała z jego pomysłów na rewolucję na rynku remontowym!).

Ale życie z nim nie było stabilne. Wieczne kombinacje, wieczorne zmęczenie, marzenia, które wciąż były tylko planami. A ona chciała czegoś pewnego. Nie luksusu, ale poczucia, że na za dwa, pięć lat nie skończy w wiecznym wynajmie i nie będzie liczyć każdego grosza na pieczywo.

Wtedy pojawiła się propozycja od wuja z Warszawy: poważna posada w firmie. Pstryk decyzja podjęta. Ba, zaraz potem Jerzy starszy o kilka lat, biznesowy rekin znad Wisły, znany z tego, że w jednym rękawie zmieści cały pit do urzędu. Poznała go na firmowym spotkaniu: zachwycił się jej stylem pracy i odpowiedzialnością jakkolwiek to nie brzmiało. Najpierw kwiaty, potem biżuteria, potem drogie kolacje przy sushi, które smakowało jak ryż z Biedronki, ale z estetyczną surówką. Lubił pokazywać, że dziewczyna z małego miasta to jednak jest ktoś. Przy Jerzym zniknęły dylematy, czy zamawiać kawę czy może najpierw zapytać o cenę cappuccino. Wszystko pachniało nowością, błyszczało złotem, a ona zapomniała kompletnie o wiecznym, brudnym od pracy Remku a nawet zaczęła nim gardzić.

Gdy po jakimś czasie przyszło jej wrócić do Piotrkowa (absolutnie nie, by załatwiać z Remkiem stare sprawy! a skąd!), Wioletta nie powstrzymała się, by spotkać go przypadkowo w najlepszej kawiarni w centrum, ubrana w ciuchy z najnowszych kolekcji (Jerzy zapewniał, że Hermès to zwykła klasyka, więc nie ma co się ekscytować), na palcu pierścionek migotał, torebka krzyczała z daleka o modnej właścicielce. Kiedy Remek wszedł, spojrzał na nią jak na kogoś z innej planety. Ona zaś śmiała się ostentacyjnie z żartów swojego nowego towarzysza, byleby tylko pokazać, jak bardzo jej się udało.

To miała być wygrana partia. Ale kiedy Remek wyszedł z kawiarni, śmiech niespodziewanie zamarł. Nagle całe to lepsze życie wydało się puste i odległe. Błyskotki nie ogrzewały już duszy.

*********************************

Z czasem Jerzy choć początkowo dżentelmen przestał się nadmiernie starać. Coraz rzadziej kwiaty, coraz mniej dotyku. Częściej krytyka: Może byś przestała tak głośno się śmiać? Nie wypada, Zmień fryzurę, taka już nie jest na topie, No i te twoje koleżanki czy one w ogóle kiedykolwiek były na wystawie sztuki nowoczesnej?. Znikał na tygodnie i zostawiał ją w ogromnym, chłodnym mieszkaniu z pięknym widokiem na Pragę. Kiedy próbowała zaczynać poważne rozmowy, zbywał ją: Każdy ma to, na co zasłużył.

Wioletta tłumaczyła sobie Ciężkie ma życie, duży biznes, pewnie jest mu trudno. Ale gdzieś w jej głębi zaczynało już burczeć inne przekonanie: po prostu przestałam być nowością. Byłam dla niego tylko ładnym dodatkiem do biura i auta z podgrzewanymi siedzeniami.

Próbowała wytrzymać. Chyba wstydziła się przyznać, że popełniła błąd. Bo żeby to zrobić, musiałaby się pogodzić z czymś bolesnym: że sama zniszczyła jedyną prawdziwą miłość. Remek, tak skromny, z wiecznymi marzeniami o własnej działalności, jako jedyny patrzył na nią tak, jakby była dla niego wszystkim. To bolało najbardziej.

Luksus przestał cieszyć. Piękne sukienki zalegały w szafie jak wyrzuty sumienia. Naszyjniki wydawały się zimne. Nawet ulubione restauracje odstraszały, a perfumy, które miały być symbolem nowego życia, nagle przywoływały nieprzyjemne skojarzenia. Patrząc przez okno, łapała się na myśli: A co, jeśli bym została? I zaraz te myśli ucinała, bo za nimi stało pytanie, na które nie umiała odpowiedzieć: Co dalej?

W wieczory, kiedy z Warszawy czuła się oddzielona od świata, przychodziło jej do głowy, że stabilność bez kogoś, z kim się ją dzieli, jest kompletnie bez sensu. A obrazy przeszłości powracały: ręce Remka, ciepłe mimo roboty przy mieszkaniach, autentyczny uśmiech, entuzjazm do marzeń. I poczucie, że z nim można było się nie bać niczego.

***************************

Trzeciego dnia z Piotrkowa poszła nad park. Wszystko się zgadzało. Ławka pod rozłożystym klonem, na której rozmawiali o wszystkim i o niczym, nawet o polityce śmieciowej. Kiedyś Remek powiedział: Chciałbym dom z dużymi oknami na słońce. Takiego, w którym zawsze byłoby jasno i ciepło. Wtedy ją to bawiło. Teraz zabrzmiało jak epitafium zmarnowanej szansy.

Chciała się zebrać, gdy usłyszała znajomy głos:

Wioletta?

Odwróciła się. Stał przed nią Artur, dawny ich wspólny kumpel. Wyglądał na nieco zdziwionego, ale szybko się rozchmurzył, jakby naprawdę się ucieszył.

Ale numer powiedział, unosząc brwi. Co tam?

Wioletta próbowała się uśmiechnąć. Najlepiej jak się dało.

W porządku. Przyjechałam do mamy.

Artur zaproponował, żeby usiedli. Przeszli więc powoli na ławkę. Po drodze mówił, co tam słychać ostatnio, jakie zmiany w mieście, kto się ożenił, a kto zbankrutował. To działało kojąco: przez chwilę mogła być znowu jedną z młodych z miasta.

Po chwili Artur zapytał spokojnie:

Widziałaś Remka?

Spuściła wzrok na żółte liście. Po głowie przemykały obrazy wczorajszej katastrofy.

Tak, widziałam. Wczoraj.

I? spytał Artur, choć wszystko miał chyba wypisane na twarzy.

Nie chce mnie znać wyszeptała. Nienawidzi mnie.

Artur westchnął, spojrzał przed siebie. Czekał z odpowiedzią dobre kilka sekund.

Wiesz, on bardzo długo dochodził do siebie. Po prostu zniknęłaś. Nic ani telefonu, ani maila. Dla niego to był cios prosto w serce.

Wioletta zacisnęła dłonie. Wiedziała to, ale usłyszeć to od kogoś innego bolało bardziej.

Wiem szepnęła. Ja jestem winna.

Artur nie zaczynał kazań, nie oceniał, tylko spokojnie kontynuował:

Próbował żyć dalej. Spotykał się z kimś, ale nic z tego nie wyszło. Powiedział mi kiedyś, że nie potrafi już kochać. A kiedy ostatnio zobaczył cię z tym swoim nowym życiem bałem się, że już całkiem się zamknie.

Wioletta kiwała głową. Bolało podwójnie, wiedząc, jak bardzo sama wszystko spartoliła.

Nie wiedziałam, że tak się stanie powiedziała cicho do siebie. Chciałam tylko stabilności.

Artur przez chwilę milczał, słuchał w ciszy parku i szumu liści. Po kilku sekundach rzekł:

Może jemu to już niepotrzebne. Daj mu spokój. Twój powrót wszystko wymieszał na nowo. Wczoraj dzwonił do mnie z mocno szlachetnym poziomem promili. Takiego go już nie widziałem. Serio, Wiola: nie zadręczaj go dalej.

Zacisnęła usta, próbując powstrzymać łzy. Wiedziała, że Artur ma rację jej ekskluzywne pojawienie się z innego świata tylko rozdrapało stare, już niemal gojące się rany.

******************************

Wieczorem siedziała przy oknie u mamy. Za oknem światło latarni rozlewało się żółtym płynem na ścieżki osiedla. Gapiła się, jakby miała nadzieję, że z tej odległości zobaczy odpowiedzi na wszystkie swoje dylematy i porażki.

Wyobrażała sobie, jak mogłoby wyglądać ich życie, gdyby została. Marzyła o wspólnym wynajmie, wieczorach z Remkiem, domowych naprawach, wspólnych planach i małych sukcesach. Teraz wiedziała, że przegapiła nie tylko człowieka, ale cały kawałek siebie.

Rano spakowała się powoli, niemal ceremonialnie. Mama patrzyła na nią z tym swoim mądrym smutkiem.

Dbaj o siebie powiedziała, kiedy Wiola już była w progu.

Uścisnęła mamę, złapała ostatni raz zapach domu i wyszła.

Na dworcu kupiła bilet do Warszawy. Postanowiła, że te kilka godzin w pociągu dobrze jej zrobi. Może wśród przypadkowych ludzi coś zrozumie.

Z okna powoli przesuwały się bloki, place zabaw i apteki. Ludzie spieszyli się do pracy, ktoś biegł po drożdżówki, ktoś inny wracał z zakupami. Wszystko, co tak dobrze znała, wydawało się teraz tak odległe.

A tam pośród skwerów, ławki pod klonem, tych samych klatek blokowych został człowiek, którego kochała i którego już nie dogoni. Teraz widziała to wyraźnie.

******************************

Minęło pół roku. Wioletta żyła w Warszawie, biegała na spotkania, co weekend kawka z koleżankami, co miesiąc fryzjerka. Z wierzchu wszystko wyglądało po staremu. Ale wewnątrz zmieniło się wszystko. Przestała uciekać przed wspomnieniami, nie próbowała już ich maskować zakupami ani nowym rozdziałem.

Nauczyła się funkcjonować dalej: Zrobiłam, co zrobiłam było źle, ale już nic nie zmienię. Było w tym jakieś ciche pocieszenie nie euforia, ale przynajmniej dało się oddychać.

Pewnego wieczoru, kiedy gotowała makaron w trzech wersjach, przyszedł SMS z nieznanego numeru.

Nie nienawidzę cię. Ale wybaczyć nie mogę.

Zamarła z chochlą w ręce. Spojrzała na ekran, a potem położyła czoło na stole, próbując wyłowić bicie obcego serca przez te plastikowe obudowy XXI wieku.

Nie wiedziała, co to znaczy. Czy to krok w przód, czy już zamknięcie drzwi. Ale pierwszy raz poczuła, że jakaś nić pozostała cienka i krucha, ale żywa. Tam, w Piotrkowie, ktoś jeszcze o niej myślał. Ktoś mimo bólu i żalu nie zamknął drzwi do końca.

Uśmiechnęła się przez łzy uśmiechem nieśmiałym, ale prawdziwym. To nie był jeszcze koniec. Może kiedyś jeszcze się odezwą. Może zrozumieją się bez tłumaczeń.

A póki co Póki co wystarczało jej to, że gdzieś tam, na południu Polski, ktoś pamiętał ją nie tylko jako błąd, ale właśnie jako kawałek własnej historii.

I to na dziś było wystarczające.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Nie nienawidzę Cię