– I żeby po moim powrocie mieszkanie było posprzątane! pani Olga Kowalska wybiegła na klatkę schodową i trzasnęła drzwiami z takim impetem, że w całym bloku zadrżały szyby.
Ania, która akurat schodziła wtedy po schodach, również się wzdrygnęła. Zatrzymała się w miejscu, mając nadzieję, że sąsiadka jej nie zauważy. Nic z tego jednak zauważyła od razu.
A, Aniu… Dzień dobry!
Kobieta postawiła niedbale na podłodze karton po multicookerze. Nerwowo zapinała płaszcz, wyraźnie spiesząc się gdzieś.
Dzień dobry, pani Olgo odpowiedziała z wymuszonym uśmiechem Ania. Dzieci znowu coś przeskrobały?
Nawet nie pytaj! wyrzuciła z siebie sąsiadka, walcząc z ostatnim guzikiem.
W tym momencie karton na podłodze zaczął się poruszać.
Ania podskoczyła przestraszona, chociaż stała w bezpiecznej odległości.
Oczywiście nie była tchórzem, po prostu nie spodziewała się, że w kartonie coś się znajduje…
Ciekawe co tam jest?
Wyobraźnia od razu podsunęła jej obraz żywego multicookera, który został skazany na wyniesienie na śmietnik za swoje złe zachowanie na przykład przez to, że wypluwał surowe jarzyny.
Zobacz, sama powiedziała pani Olga, podnosząc karton, by pokazać, co jest w środku.
Ania zeszła jeszcze schodek niżej, podeszła bliżej i ostrożnie zajrzała do środka.
Wiedziała oczywiście, że nie znajdzie tam żywego urządzenia, więc nie ma się czym martwić. Ale to, co zobaczyła, i tak okazało się zaskoczeniem.
Bardzo miłym.
Z dna kartonu patrzyły na nią ciekawskie oczy. Należały do małego kociaka.
Ojej, jaki śliczny! wykrztusiła Ania.
Powód do zachwytu… mruknęła niezadowolona pani Olga, zamykając karton.
Skąd pani go ma?
Dzieci przyniosły go do domu… Żałuję, że w ogóle pozwoliłam. Tylko kłopotów z tym futrzakiem, aż brak mi słów. Sama dałam się nabrać na te słodkie oczka, a potem doszło do mnie, że nie wszystko złoto, co się świeci. Z wyglądu aniołek, a charakter jak mój były mąż.
Proszę się nie martwić, z wiekiem się uspokoi pokrzepiła ją Ania. Pewnie idzie pani z nim do weterynarza? Zaszczepić?
Jeszcze czego! Jaki weterynarz, Aniu, jakie szczepienia? Dosyć mam jego wybryków! Postanowiłam zawieźć go na działkę… Niech tam siedzi.
Ania patrzyła na Olgę z niedowierzaniem, licząc, że sąsiadka żartuje.
Ale po jej groźnym spojrzeniu widziała, że żartów nie będzie.
A przecież nie prima aprilis, tylko 15 listopada.
Kociaka na działkę? Teraz, na jesieni?
A co, mam na wiosnę czekać? Jaka to różnica, kiedy go tam zawiozę? By była zima, też bym zawiozła. Bo to nie kotek! Tylko jakieś nieporozumienie.
Od nadmiaru emocji pani Olga przystanęła ciężko oddychając.
Gdy już odetchnęła, znów zaczęła narzekać:
Ty nie widziałaś, co on wyprawia! Tyle się nie napiłam środków uspokajających nawet wtedy, gdy sama wychowywałam dwoje dzieci. Decyzja zapadła i nie podlega dyskusji. Koniec, basta! Na działkę z nim!
Ale proszę…
Można go zostawić na podwórku, to tam go dzieci znalazły. Ale boję się, że znowu go przyniosą do domu i ukryją w szafie. Albo sam przyjdzie… A ja nie chcę już tej uciechy. Wystarczy!
Pani Olga wyjęła telefon z kieszeni, spojrzała na zegarek i pokręciła głową:
Zagadałaś mnie, Aniu. Muszę lecieć, bo na autobus się spóźnię.
Poprawiła karton pod pachą, obróciła się i zaczęła schodzić po schodach, trzymając się kurczowo poręczy.
Ania patrzyła jej w ślad i nie mogła pojąć, jak można małego kociaka zostawić samego na działce. Przecież nie przeżyje tam nawet dnia.
Proszę zaczekać, pani Olgo! krzyknęła.
Co jeszcze, mówiłam, że się spieszę!
Nie oddawajmy kota na działkę. Ja spróbuję znaleźć mu dobry dom. Proszę mi go zostawić.
Sąsiadka zatrzymała się i…
…wolno odwróciła.
Dobry dom? To co, sugerujesz, że moje ręce są złe? przymrużyła groźnie oczy. Dwójkę dzieci tymi rękami wychowałam!
Nie mam niczego złego na myśli. Po prostu chcę mu znaleźć dom, na działce nie przeżyje.
Jak będzie chciał, to przeżyje. A jak nie, to znaczy, że taki jego los. Może w ogóle nie miał się rodzić…
Proszę tak nie mówić.
To nie moja wina! Kot nie umie się zachować jak domowy zwierzak.
Przecież on jeszcze dziecko! Jeszcze się nauczy! wybuchnęła Ania, a potem już nie wytrzymała: Swoich dzieci przecież nie wywozi pani na działkę, choć na nie też pani krzyczy.
Dzieci to dzieci, a to jest to wskazała na karton. A zresztą, chcesz bierz.
Postawiła karton na podłodze.
Przynajmniej nie muszę nigdzie jechać i tracić pieniędzy na bilet. A zobaczę, na jak długo ci starczy cierpliwości! zadrwiła Olga.
A potem wpadła do mieszkania i znowu trzasnęła drzwiami, a Ania usłyszała jej krzyk:
No co tu jest?! Czemu jeszcze nie zaczęliście sprzątać?! Dawajcie tu te swoje telefony!
Co było dalej, Ania już nie słyszała. Ostrożnie wzięła karton, zajrzała, czy kotek cały, i ruszyła na swoje piętro.
Tak, zupełnie nieoczekiwanie stała się szczęśliwym posiadaczem kartonu po multicookerze i…
…małego kotka, który siedział w środku.
Ania wcale nie planowała mieć u siebie futrzanego lokatora.
Zwłaszcza dzisiaj… Wyszła tylko po kawę, która się właśnie skończyła, i zupełnie przypadkowo znalazła się w niewłaściwym czasie i miejscu.
Zwierząt nigdy jakoś szczególnie nie kochała. Nie była jednym z tych ludzi, co całe życie marzą o kotku lub piesku.
Ale nie mogła pozwolić, żeby pani Olga zawiozła kociaka na działkę.
Bo obojętność nie równa się bezduszności. I tak nie wypada!
Poza tym, czy nie prościej znaleźć kogoś, kto chętnie przygarnie takiego malucha?
Taki śliczny kociak na pewno znajdzie dom. Była tego pewna.
Jak tylko zrobi kilka zdjęć i wrzuci do internetu, zaraz ustawi jej się przed drzwiami kolejka chętnych na kocie szczęście.
Ot, cała filozofia!
*****
Ania postanowiła nie zwlekać i natychmiast po powrocie do domu zrobiła kotkowi zdjęcia, a potem wrzuciła je na różne fora i portale z ogłoszeniami Oddam za darmo, Szukam domu dla kota.
Potem poszła do sklepu kupić w końcu tę kawę i…
…karmę dla kociąt (bo czymś trzeba malucha nakarmić, zanim ktoś go zabierze).
Razem z karmą musiała kupić plastikową kuwetę i żwirek. Nieplanowane wydatki, ale nie miała wyjścia.
Później oddam wszystko temu, kto zabierze kotka, tak sobie myślała.
I szczerze cieszyła się, że robi dobry uczynek. Pieniędzy nie żałowała.
Według pani Olgi, kotek wabił się Precelek, ale na imię nie reagował, więc Ania wymyśliła inne.
Przemyślała mnóstwo pomysłów i… stanęło na sto trzydziestym drugim.
Od dziś jesteś Mruczek! Podoba ci się? spytała kotka.
Miau! odpowiedział kociak i pogonił do przedpokoju atakować puszyste kapcie, które wyjątkowo działały mu na nerwy.
To przecież on jest tu najsłodszy i najpuszystszy!
Ania uśmiechnęła się, patrząc jak Mruczek szaleje, po czym usiadła do pracy.
Była fotografem, często miała sesje na zlecenie. Kochała tę pracę a przy okazji zarabiała nieźle.
Właśnie musiała pilnie obrobić świeżutką sesję zdjęciową, więc uruchomiła komputer, odpaliła Photoshopa, załadowała pierwszą fotografię i pogrążyła się w retuszowaniu.
Niestety spokoju nie zaznała.
Mruczek, skończywszy z kapciami, zaczął szaleć po całym mieszkaniu. Hałas był nie do opisania.
Ej, maluchu! Ania odwróciła się na krześle i pogroziła mu palcem.
Kociak zatrzymał się na środku pokoju, patrząc na nią wyczekująco no, powiedz, czego chcesz, bo mi się spieszy do zabawy.
Wiem, że ci się nudzi, że chcesz się bawić, ale pamiętaj, jesteś tu tylko na chwilę…
Miau!
I nie pyskuj! Jesteś gościem. Zachowuj się i daj mi popracować.
Nie powinna była tego mówić.
Mruczek zamyślił się być może nawet nad swoim zachowaniem i zrobił taki smutny wzrok, że Ania aż się zawstydziła. I to porządnie.
No bo jak można nakrzyczeć na takiego malucha?
Dobrze, baw się, ale ciiiiicho! ustąpiła.
Kociak zapiszczał radośnie i natychmiast wrócił do szaleństw, obijając się o krzesło, o szafkę, o stół.
Widzę cel nie widzę przeszkód! pomyślała Ania. To na pewno o Mruczku napisali!
Żeby nie słyszeć hałasu, założyła słuchawki i puściła muzykę. Załadowała kolejne zdjęcie do Photoshopa.
Po pięciu minutach Mruczek, osiągając nadświetlną prędkość, przemykając pod stołem, zahaczył łapą o kabel od zasilacza komputera i komputer zgasł. Kociak zniknął nie wiadomo gdzie.
No pięknie… jęknęła Ania, wpatrując się w czarny ekran monitora.
Przez następne pół godziny nie tylko Mruczek, ale i ona sama biegała po domu, próbując go złapać.
Nie udało się. W zamian waliła palcem u nogi w stołek i łokciem w biurko.
Gdy w końcu włączyła komputer, z nerwów odświeżała wciąż fora i grupy na których zamieściła ogłoszenia o Mruczku.
Lajków cała masa. Ale kiedy zaczęła czytać komentarze, mina zrzedła.
Bo wszyscy pisali mniej więcej to samo:
Ale słodki!, Ale pani szczęściara z takim kotkiem!, Cud, nie kotek!
Tylko nikt nie chciał go przygarnąć.
Nie było ani jednego telefonu, ani kolejki pod drzwiami.
Ania dodała więc pod każdym ogłoszeniem, że sama przywiezie kotka choćby na drugi koniec Warszawy, a nawet Polski.
Może po prostu ludziom nie chce się jechać. Teraz na pewno ktoś się zgłosi! pomyślała.
Tymczasem Mruczek, styrany harcami, piątą próbą wdrapał się na kanapę i wystawił futrzasty brzuszek: Kochać mnie takiego, jakim jestem! Ania usiadła obok i głaskała go tak długo, aż zasnął.
Razem z nim przysnęła i ona.
Tak przebimbały cały wieczór. O pracy nie było już mowy.
*****
Po tygodniu Ania zaczęła rozumieć, że znalezienie kotu domu jest o wiele trudniejsze, niż myślała. Ludzie lajkowali, zachwycali się, ale na tym koniec. Nikt się nie zgłaszał ani nie pisał.
Po trzech kolejnych dniach zaczęła się poważnie zastanawiać:
A jeśli nikt go nie zechce? Zostanie u mnie?
Super… Tego tylko brakowało mruknęła. I zaraz siebie zganiła.
Mruczek spał ułożony przy klawiaturze, oplatając łapkami myszkę (dlatego od 40 minut nie mogła nic zrobić), ale gdy usłyszał jej okrzyk, otworzył jedno oko i protescyjnie miauknął Cisza ma być! Mam swoja drzemkę!
Ania westchnęła, wyjęła telefon i przejrzała komentarze.
Nic nowego znów achy i ochy, jak bardzo jej z Mruczkiem się poszczęściło, i… zero chętnych.
A ona z każdym nowym lajkiem traciła wiarę, że uda się znaleźć mu dom.
Wtedy przypomniała sobie, jak niedawno poszła do psychologa licząc, że ten pomoże jej zrozumieć, czego jej brakuje do pełni szczęścia.
Miała dobrą pracę, nie narzekała na finanse, a mieszkanie własne (rodzice pomogli). Żyć, nie umierać.
A jednak ostatnio wciąż czuła, że czegoś jej brakuje.
I nie chodziło o facetów, bo sama chwilowo wyłączyła życie uczuciowe.
Co więc było nie tak?
Nawet psycholog, choć z polecenia i z dyplomem, nie rozwiązał zagadki.
On na pewno pomoże!
Na jego radę próbowała pogadać sama ze sobą, wejść w głąb duszy (gdzieś na poziomie Rowu Mariańskiego), ale…
…skończyło się na szklance wody i tabletce przeciwbólowej.
Problem pozostał na dnie.
Rozczarowana, próbowała poradzić się koleżanek.
Wydziwiasz z dobrobytu stwierdziła Łucja, zawsze odrobinkę zazdrosna o Anin spokój i własne M.
Nie mogę, Łucjo, pracuję tak samo ciężko jak ty. Skąd mi to dobrobytu?
A może właśnie JEGO ci brakuje? zamyśliła się Zosia, kończąc deser.
Kogo?
Nie kogo, tylko czego. Trochę tłuszczu bo taka chudziutka jesteś, że aż strach patrzeć. Widać w dzieciństwie za mało pączków jadłaś.
Rozmowa z koleżankami też nic nie dała. Postanowiła już nie zawracać sobie głowy głupotami.
A teraz znów pomyślała o tym.
Jeszcze tego mi brakowało szepnęła ale może to prawda? Może do szczęścia brakowało mi Mruczka? Zobaczymy…
*****
Miesiąc minął odkąd Ania przygarnęła futrzanego lokatora. W zasadzie przeleciał niepostrzeżenie.
Nikt nie odezwał się w sprawie kotka. Z ponad tysiąca dwustu lajków nikt nie chciał go zabrać.
Ale po tych trzydziestu dniach zaczęła rozumieć dlaczego.
Wiele się wydarzyło. Na tyle dużo, że można by napisać polską wersję Wojny i pokoju.
Ale można to zamknąć w skrócie: Mruczek okazał się bardzo bystrym kociakiem.
Po jednym spojrzeniu rozumiał, czego oczekuje panienka, nawet gdy po raz dziesiąty z rzędu błagała, żeby zostawił w spokoju kanapę.
Próbował też różnych zawodów. Karierę zaczął jak przystało na kota od aranżacji wnętrz. Dzięki niemu Ania wymieniła cztery razy firanki, a na końcu doszła do wniosku, że są zbędne.
Kiedy znudził mu się wystrój, zabrał się za kuchnię. Zawód kucharza mu nie pasował próbował ogórków kiszonych, grzybków, gotowanych ziemniaków, ale wszystko wypluwał.
I tak wracał do ulubionej kociej karmy.
Na końcu postanowił zrobić to, co robią wszystkie koty po prostu dawać radość.
Z tą radością rozumiał się z Anią na swój sposób. Dla Ani szczęściem byłoby wyspać się i zdążyć obrobić zdjęcia.
Ale z kotem w domu nawet o tym mogła tylko pomarzyć.
Widocznie na górze uznali, że ma zbyt spokojne życie, i podarowali jej Mruczka właśnie.
Wystarczyło, że przycupnęła na kanapie, a już kot pojawiał się jak z magicznego kapelusza i patrzył w oczy: Bawimy się?
A potem działy się rzeczy, na które zwyczajnie brak słów.
Ania zaczęła rozumieć swoją sąsiadkę Olgę, choć nie akceptowała pomysłu z działką.
Bo tak, bywały chwile, że miała dość, ale nie potrafiłaby się go pozbyć.
Były jednak i plusy. Po pierwsze przestała myśleć o tym, czego jej brakuje. Pytanie zniknęło.
Po drugie sprzątała mieszkanie szybciej. Nie dlatego, że mniej brudził, tylko dlatego, że musiała zdążyć, zanim kot się obudzi.
Po miesiącu miała dość emocji na kilka lat.
Jak każda mama cieszy się z pierwszych kroków dziecka, tak Ania świętowała, gdy Mruczek sam zaczął korzystać z kuwety.
Wcześniej musiała go zanosić na rękach o każdej porze, nawet o pierwszej czy o piątej nad ranem.
On ją budził, a ona szła. Na szczęście, postępy się pojawiły a ona ze szczęścia aż płakała, bo w końcu mogła pospać nieco dłużej.
W międzyczasie Mruczek miał inne pomysły na przykład zabawy lampką nocną. W dzień, w nocy, włączał i wyłączał.
Ostatecznie lampa wylądowała w szafie, obok firanek. Bez nich w mieszkaniu zrobiło się jaśniej.
Ogólnie bywało różnie. Ale można się było przyzwyczaić.
Ania i się przyzwyczaiła.
Po miesiącu z kotkiem zrobiła zaskakujące odkrycie.
Okazało się, że to nie Mruczek u niej mieszka, tylko ona wpada do Mruczka w gości.
Bo od rana do wieczora jej nie ma pracuje, a on rządzi na włościach. I to on czeka na nią przy drzwiach wieczorem i żegna rano. Prawdziwy pan domu!
I w końcu zrozumiała, że nie musi już szukać dla niego dobrych rąk. Sama przecież jest tą dobrą, czułą opiekunką, która kocha mimo wszystko i znosi wszystkie jego wybryki!
Jest gotowa wstawać o każdej porze, grać w berka, głaskać go, gdy rozkłada się na łóżku tak, jakby było tylko jego.
Tak, jest gotowa. I nie żałuje. Bo kocha. Bo jego nie da się nie kochać.
A Mruczek chyba też ją kocha…
Już nie budzi jej rano pozwala się wyspać przed kolejnym dniem pracy.
Przyjdzie po prostu, położy się obok i czeka, aż się obudzi.
Milczy, choć w jego oczach czasem widać wyrzut: Ile jeszcze będziesz spać, pani? Przecież się stęskniłem…a ty śpisz!
Ania otworzyła jedno oko i napotkała spojrzenie złotych, czujnych ślepi.
Dzień dobry, Mruczku szepnęła, sięgając ręką w stronę futrzaka.
Zamiast porannego galopu przez mieszkanie, kociak wdrapał się na jej pierś i zaczął głośno mruczeć, wibrując jak najprawdziwszy silniczek szczęścia. Ania poczuła, jak ogarnia ją spokój. Bez myślenia o brakach, niespełnionych aspiracjach, lajkach i komentarzach.
Po prostu była tu. Ze swoim kotem. W swoim domu który dzięki niemu stał się prawdziwie własnym miejscem.
Chyba już nigdy cię nie oddam powiedziała cicho. Mruczek odpowiedział westchnięciem i zamknął oczy, jakby wszystko już było na swoim miejscu.
Tego ranka, jeszcze zanim świat obudził się na dobre, Ania wiedziała, że życie bywa zaskakujące. Czasem przynosi wielkie szczęście w maleńkim kartonie po multicookerze. I wcale nie trzeba szukać tego szczęścia dalej.
Wystarczy otworzyć drzwi, serce i pozwolić komuś zamieszkać na parapecie naszych myśli na zawsze.
Za oknem pierwsze promienie słońca tańczyły na szybie, a w środku mieszkania, wśród rozrzuconych kocich zabawek i poplątanych firanek, wreszcie zapanował błogi spokój. Mruczek spał wtulony w Anię, a ona uśmiechała się do swoich myśli bo wiedziała, że choć życie bywa nieprzewidywalne, czasem daje dokładnie to, czego najbardziej potrzebujemy. Szczególnie kiedy tego nie planujemy.
I już żadne trzaśnięcie drzwiami nie było straszne, bo we własnych czterech ścianach czekał ktoś, kto kocha bezwarunkowo choć czasem w futrze, z pazurkami i nieposkromioną chęcią do zabawy.
A Ania była szczęśliwa. Tak zwyczajnie. Z kotem przy boku i kawą, która tym razem już się nie skończyła.






