Dziś zapisuję w dzienniku pewną historię, którą opowiedziała mi doktor Katarzyna Wiśniewska z warszawskiej wojskowej akademii. Pani doktor całe życie przepracowała jako pediatra w szpitalu dziecięcym, więc jej doświadczenie jest ogromne. Kiedyś podczas wykładu podzieliła się z nami niezwykłą refleksją. Mimo że całe życie dbała o higienę i była lekarzem, jej dzieci nieustannie łapały wszelkie możliwe infekcje. Katarzyna zawsze po powrocie z pracy brała prysznic, przebierała się i dokładnie myła ręce. Jednak jej synowie, Michał i Wojtek, i tak zarażali się właśnie tymi chorobami, które ona przynosiła z pracy. Co ciekawe, dzieci były pełne energii, wesołe i zdrowo się rozwijały, lecz wirusy nie omijały ich nigdy.
Przez długi czas próbowała wszystkiego witamin, hartowania, nowych zaleceń. Nic nie pomagało, więc czuła się już bezradna. Często chodziła sfrustrowana i zmęczona zwłaszcza po wyjątkowo trudnych dyżurach. Pamiętam, jak opowiadała o pewnym szczególnie ciężkim dniu bała się wracać do domu, bo była niemal pewna, że jej dzieci znowu się rozchorują. Zamiast jednak pójść prosto do domu, postanowiła zrobić coś zupełnie innego. Wstąpiła do kina na film o przygodach Indiana Jonesa. Po seansie, trochę z poczuciem winy, ale też z uśmiechem, wróciła do mieszkania. I co się okazało? Dzieci były zupełnie zdrowe i w świetnym humorze.
W kolejnych dniach Katarzyna coraz częściej pozwalała sobie na chwilę relaksu po pracy. Raz odwiedziła swoją przyjaciółkę Joannę przy herbacie z domowym sernikiem pośmiały się z dowcipów. Kolejny raz poszła na spacer do skweru za rogiem, gdzie lipy pachną, a woda w fontannie cicho pluska. Usiadła na ławce, popatrzyła na kwiaty, odetchnęła głęboko i dopiero wtedy wracała do domu.
I nagle wszystko się odmieniło. Dzieci przestały chorować! Jakby cała ta fala infekcji ucichła jak ręką odjął. Pani doktor doszła do innego wniosku niż medyczny choroby miały związek nie tylko z bakteriami czy wirusami, ale także z energią i emocjami, jakie przynosiła ze szpitala. Zrozumiała, że to, w jakim stanie wracamy do bliskich, bardzo ich wpływa nawet jeśli nie wypowiemy ani słowa.
Teraz wiem, że jeśli spotka mnie coś nieprzyjemnego, nie powinienem od razu wracać do domu w przybitym nastroju. Lepiej zmienić otoczenie, odetchnąć świeżym powietrzem, obejrzeć dobry film, przespacerować się po parku Saskim, zanim pojawię się wśród najbliższych. Czasem nauka nie zna jeszcze wszystkich odpowiedzi, ale doświadczenie pokazuje, że to na pewno działa. I taka jest moja lekcja: troszczmy się nie tylko o siebie, ale o atmosferę, którą zanurzamy naszych bliskich bo czasem to ona jest ważniejsza niż wszystko inne.







