Na wydziale wojskowym wykładała swego czasu pewna pani doktor, dr Zofia Marciniak. Przez większość życia pracowała w dziecięcym szpitalu w Warszawie. Pamiętam jej opowieść, którą pewnego razu podzieliła się z nami była zarazem nauką i przestrogą.
Otóż, mimo że była lekarzem dziecięcym, jej córki Jagoda i Bronisława chorowały na wszystkie możliwe infekcje. Aż dziw, bo w domu pani doktor Zofia zawsze bardzo dbała o higienę: po powrocie z pracy brała prysznic, zmieniała ubranie, dokładnie myła ręce. Jednak za każdym razem, gdy trafiał się w szpitalu cięższy przypadek, dziewczynki w domu natychmiast łapały tę samą chorobę, z którą ich mama walczyła zawodowo. Żadne witaminy, nawet poranne zimne prysznice i hartowanie, nie pomagały Zofia w końcu była już zupełnie bezradna. Dziewczynki co prawda były wesołe, biegały, śmiały się, a mimo to nieustannie coś im dolegało.
Pewnego razu, po bardzo ciężkim dyżurze, kiedy opiekowała się dzieckiem w naprawdę krytycznym stanie, strach i niepokój wręcz ściskały jej serce. Bała się wracać do domu, bo czuła, że jej córki znowu na coś zachorują. Zamiast jednak pędzić prosto do mieszkania, postanowiła zrobić coś nietypowego. Weszła do starego kina na Marszałkowskiej, gdzie akurat puszczali przygodowy film o przygodach Pana Samochodzika. Po seansie, z mieszanką ulgi i lekkiego wyrzutu sumienia, wróciła do domu. Ku jej zdziwieniu dzieci były zdrowe, rozbawione i pełne energii.
Następnym razem, gdy miała gorszy dzień, zamiast wracać od razu do rodziny, odwiedziła swoją przyjaciółkę Leokadię. Przy herbacie i kruchych ciasteczkach śmiały się razem, słuchając starych, warszawskich kawałów. I znów, kiedy wróciła do domu, dzieci były zupełnie zdrowe.
Tak zaczęła wchodzić pani Zofii w nawyk krótka przerwa po pracy zamiast od razu biec do domu, przechodziła przez mały park przy Polach Mokotowskich, gdzie rosły pachnące bzy, a w fontannie pluskały się gołębie. Siadała na chwilę na ławce, patrzyła na kwiaty i ludzi Dopiero wtedy wracała do domu. I od tej pory dzieci w ogóle przestały chorować.
Zofia doszła do wniosku, że nie tylko bakterie i wirusy są problemem ważna jest też energia i emocje, z jakimi wracamy do bliskich. “Złą energię można przynieść do domu nawet nie opowiadając o niej słowami”, mówiła potem. Prosty wniosek okazał się prawdziwy: od czasu kiedy zmieniła ten jeden nawyk, w ich mieszkaniu nie pojawiła się żadna poważna choroba.
Dlatego, moi drodzy, nie warto po ciężkim dniu, pełnym zmartwień lub przykrości, od razu wracać do rodziny w złym nastroju. Lepiej choć na chwilę zmienić otoczenie nawet spacer dookoła bloku czy krótka wizyta w cukierni, pozwalają zapomnieć o ciężarach dnia. Nie do końca umiemy to wytłumaczyć naukowo, ale naprawdę działa. Najpierw chwila odpoczynku duszy potem dopiero wracajmy do tych, których mamy w sercu najbliżej.







