Dawno, dawno temu zdarzyła się w Polsce historia, którą wciąż trudno zapomnieć.
Pewien mężczyzna, pan Janusz Nowak, kiedyś pieczołowicie wybrał sobie szczeniaka z miotu u znajomego gospodarza. Nazwał ją Otylia. Sam uczył ją pierwszych komend, sam cieszył się, gdy biegła do niego przez polne ścieżki, merdając energicznie ogonem. Towarzyszyła mu podczas polowań, wracała z nim do domu i zawsze spała tuż obok jego drzwi. Nazywał Otylię swoim największym powodem do dumy.
Ale czasy się zmieniły. Janusz dostrzegł, że na młodych pieskach można łatwo zarobić trochę złotych. Początkowo to wydawało się nieszkodliwe. Potem jednak porody stały się coraz częstsze. Otylia chudła, była zmęczona, coraz więcej czasu spędzała w kącie, ciężko dysząc. Weterynarz powiedział wprost: jeszcze jedna ciąża i serce jej tego nie wytrzyma.
Janusza rozdrażniły te słowa. Nie chciał słuchać rad. Zaczął postrzegać Otylię nie jako przyjaciela, lecz jako problem a on nie znosił problemów. Lubił się ich pozbywać, i to szybko.
Pewnego chłodnego, jesiennego dnia zabrał więc Otylię głęboko do lasu pod Piotrkowem Trybunalskim. Szedł w ciszy, nie rozmawiał z psem, choć ona cieszyła się jak zawsze na wspólny spacer. W pewnym momencie zatrzymał się, szybko przywiązał smycz do grubego dębu i, nie oglądając się za siebie, odszedł. Otylia na początku myślała, że to tylko zabawa.
Czekała cierpliwie. Gdy zorientowała się, że Janusz nie wraca, zaczęła szarpać się na smyczy, potem żałośnie piszczeć.
Gdy nastał wieczór, Otylia już wyła, szarpiąc się tak, że obroża wpijała jej się w szyję. Liście szeleściły, robiło się coraz zimniej, a z każdą chwilą bardziej ciemno. Nikt nie nadchodził.
Wtedy, gdy słońce już prawie znikło za horyzontem, z gęstwiny wyszedł wilk. Ogromny, siwy samiec podszedł cicho, uważnie zatrzymując się parę kroków od przywiązanej Otylii. Nie warczał, nie okazywał wrogości po prostu patrzył.
Otylia znieruchomiała. Właściwie już niczego się nie bała przecież najgorsze już ją spotkało.
Wilk jednak postąpił inaczej, niż wszyscy mogliby się spodziewać.
Zamiast zaatakować, okrążył ją powoli, badając sytuację. Obwąchał powietrze, przyjrzał się uważnie smyczy, drzewu, ziemi pod łapami psa. Po chwili położył się niedaleko niej, nie spuszczając z Otylii czujnego spojrzenia.
Noc zapadła szybko, las ożył swoimi odgłosami. Gdzieś w oddali zawyły inne wilki, bliżej pojawiały się pomniejsze drapieżniki przyciągał je zapach osłabionego psa.
Ale kiedy tylko ktoś podchodził bliżej, siwy wilk podnosił się, stawał pomiędzy Otylią a intruzami i cicho warczał. To wystarczało, aby niechciani goście odchodzili.
Sam zaś nie zbliżał się do niej zanadto jedynie czuwał niedaleko, obecny swoim spokojem przez całą noc.
Otylia przestała wyć. Leżała słaba, dysząc ciężko, czasem tylko zrywała się, by sprawdzić, czy wilk wciąż przy niej jest. A był cały czas.
Gdy świtało, do lasu wkroczyli ludzie leśniczy z okolicy i miejscowi gospodarze. Słyszeli o kręcących się wilkach i przyszli sprawdzić sytuację. Nagle usłyszeli słabe skomlenie. Podchodząc bliżej, ujrzeli niesamowity widok: przy drzewie leżała przywiązana suczka, a naprzeciw niej stał dumnie siwy wilk, nie wrogi, lecz czujny, jakby czuwał nad nią.
Wszyscy zastygli w milczeniu. Wilk spojrzał spokojnie na ludzi, a potem, powoli, nieśpiesznie wycofał się między drzewa i zniknął w gęstwinie.
Otylię odwiązano. Przeżyła tylko dlatego, że ktoś tej nocy postanowił nie być drapieżnikiem.
Czasem okazuje się, że najdziksze stworzenia mają w sobie więcej człowieczeństwa niż ci, którzy nazywają się ludźmi.







