Kupiłeś chleb?
Spojrzał na mnie tak, jakby usłyszał dziwne, niewiadome słowa. Nie z niezrozumieniem, nie. Po prostu z pauzą. Długą, niezręczną, niepasującą do naszego dotychczasowego życia.
Jaki chleb? powiedział w końcu. Nie spytał, po prostu powiedział, bez znaku zapytania.
Zwykły. Żytni z Społem. Zawsze tam bierzesz.
Postawił torbę na podłodze, rozejrzał się po kuchni, jakby był tu pierwszy raz.
Nie byłem w sklepie.
Kiwnęłam głową, odwróciłam się do kuchenki. Nic niezwykłego, powtarzałam sobie. Zmęczony. Nie było go tydzień, konferencja w Poznaniu, hotelowe łóżko, obce jedzenie, obce powietrze. Oczywiste, że zmęczony.
Ale on zawsze kupował chleb. Siedemnaście lat, każdorazowo wracając do domu, nawet z krótkiej delegacji, schodził do Społem na rogu Okrzei i przynosił nam żytni chleb. Nie z przyzwyczajenia, nie z potrzeby. Po prostu to był jego sposób wracania do domu.
Mieszałam zupę, nie mówiąc nic.
On ma na imię Zbigniew. Zbyszek. Mam pięćdziesiąt osiem lat, on sześćdziesiąt jeden. Mieszkamy w Lublinie, w dwupokojowym mieszkaniu na czwartym piętrze. Kupiliśmy je w dziewięćdziesiątym dziewiątym, kiedy nasza córka Jagoda była mała. Jagoda dorosła, wyjechała do Warszawy, dzwoni w niedziele. Pracuję w szkolnej bibliotece, Zbyszek od trzech lat jest na emeryturze, ale dorabia, wykłada na technikum budowlanym. Wiedziemy spokojne, powolne życie, prawie bez kłótni. To ważne. Nic nie zapowiadało tego, co zaczęło się po jego powrocie.
Kolacja przebiegała w ciszy. Jadł metodycznie, patrząc w talerz. Czekałam, że zaraz podniesie oczy i powie coś o podróży, o kolegach, o windzie, która nie działała, o tym jak tęsknił za normalnym domowym rosołem. Zawsze coś opowiadał na pierwszej kolacji po powrocie.
Jak było w Poznaniu? spytałam.
Normalnie.
Seminarium się udało?
Tak.
Odłożyłam łyżkę.
Zbyszek Wszystko w porządku?
Spojrzał na mnie. Oczy zwyczajne, szare, tylko lekko zmęczone.
W porządku. Zmęczony po prostu.
Sprzątnęłam ze stołu. Poszedł do pokoju, położył się z telefonem, jakby nic się nie wydarzyło. Jakby nie brakowało chleba. I rozmowy. I jeszcze czegoś, czego nie umiałam nazwać.
Pierwszą noc zrzuciłam na zmęczenie. Drugą też.
Dopiero w piątek, trzeciego dnia, zauważyłam pierwsze naprawdę dziwne.
Piłam kawę przy oknie, patrzyłam na podwórko. Wyszedł z łazienki, przeszedł do kuchni, nalał sobie wody. Potem zdjął ze swojej półki słoik z kaszą gryczaną, otworzył go, powąchał i odłożył. Nic nie powiedziałam. Ale Zbyszek nie jadał gryczanej. Nigdy. Jeszcze przy pierwszym spotkaniu, żartując, mówił, że gryczana jest najnudniejsza na świecie wymyślona przez ludzi bez wyobraźni. Zawsze tylko ryż, jęczmienna, pęczak, co chce byle nie gryczana.
A dziś otworzył i powąchał. Jakby chciał spróbować.
Masz ochotę na gryczaną? spytałam lekko.
Nie odpowiedział i wrócił do pokoju.
Długo patrzyłam na ten słoik.
W sobotę zadzwoniła Jagoda.
Tata wrócił? spytała od razu.
Wrócił, w środę.
Jak się czuje?
Zamilkłam na sekundę. Króciutko.
Zmęczony po podróży. Wszystko dobrze.
To dobrze. Mamo, w październiku przyjadę, dobrze? Mamy z Marcinem urlop.
Jasne, czekam na was, będzie miło.
Nic jej nie powiedziałam. O czym niby? O tym, że tata nie kupił chleba i wąchał gryczaną? To przecież nic, nawet nie brzmi poważnie.
Ale już wiedziałam, że coś się dzieje. Nie głową, nie logiką. Czymś innym, co siedzi pod żebrami i daje sygnał.
W niedzielę zaproponowałam spacer. Czasem w niedziele szliśmy do Parku Saskiego, nie zawsze, ale często. Lubił ławkę przy stawie, kupował nam kubki kwasu chlebowego, jeśli akurat był kram, narzekał na bolące plecy przy dłuższych spacerach, mówiłam, że powinien ćwiczyć, a on się tylko śmiał. Mały, niepozorny rytuał jakich mieliśmy wiele.
Pójdziemy do parku? spytałam.
Oderwał wzrok od telefonu.
Do którego?
Do Saskiego. Ładna pogoda.
Pomyślał. To już było dziwne, bo zawsze od razu mówił chodźmy albo jeszcze tylko kurtka. Tu się nie trzeba było zastanawiać.
Dobrze odpowiedział w końcu.
Szliśmy w ciszy. Nie zagadywałam, tylko patrzyłam. Rozglądał się spokojnie, bez ciekawości, ale i bez tej naszej niedzielnej swobody. Jak ktoś, kto idzie nieznaną trasą i próbuje zapamiętać drogę.
Przy wejściu do parku stał staruszek z psem, spaniel, rudy, tłuściutki.
Patrz, Fafik powiedziałam. Tak wołaliśmy wszystkie pulchne spaniele odkąd osiem lat temu sąsiadka Wanda spod piątki miała dokładnie takiego samego. Nasz żart, nasze słowo.
Spojrzał na psa. Zero reakcji.
Fafik powtórzyłam ciszej.
Ładny pies rzucił obojętnie, grzecznie.
Zatrzymałam się potem przy krzaku dzikiej róży, udając zainteresowanie owocami. Serce waliło mi mocniej niż powinno na spokojnym spacerze.
Nie pamiętał Fafika. Albo udawał. Tylko po co…?
Przy stawie nie było kramu z kwasem, chyba już zamknięte po sezonie. Usiadł na ławce, patrzył na wodę.
Fajnie tu mruknął.
My tu często przychodzimy.
Tak?
Odwróciłam się do niego.
Zbyszek, przychodzimy tu od dziesięciu lat. Co tydzień niemal.
Kiwnął. Spokojnie, bez cienia zmieszania.
No tak. Mówię tylko, że fajnie.
Coś we mnie wtedy drgnęło i już nie wróciło. Nie umiałam tego wyrazić, dopiero w nocy, wsłuchując się w jego równy oddech. To się podobno nazywa w psychologii zmiana osobowości bliskich po przejściach czy traumach. Podmiana psychologiczna, coś takiego. Ale nie było żadnej traumy. Konferencja budowlana. Tydzień w Poznaniu. To nie powód, żeby mieć w sobie innego człowieka.
Wstałam o trzeciej, napiłam się wody, patrzyłam przez okno. Podwórko puste, latarnia co chwilę gasła. Myślałam: dobrze. Poczekamy. Może coś w pracy, może pokłócił się z kimś, źle się poczuł albo coś go zmiażdżyło od środka. Zdarza się ludziom, szczególnie po sześćdziesiątce, kiedy życie już wymagało tak wiele, a nie wiesz ani ile, ani co przed tobą.
Wróciłam do łóżka. Spał na boku, twarzą do ściany. Położyłam mu rękę na plecach. Nie poruszył się.
W poniedziałek zadzwoniłam do Bożeny. Przyjaźnimy się od studiów, mieszka na drugim końcu miasta, pracuje w przychodni. Bożena jest konkretna, zawsze to ceniłam.
Bożena, mogę wpaść?
Stało się coś?
Sama nie wiem. Może nic, może coś. Chcę pogadać.
Przyjedź, po piątej będę w domu.
U niej zawsze pachnie ciastem, nawet gdy nie piecze. Usiadłyśmy w kuchni, nalała herbaty. Opowiedziałam. O chlebie, o kaszy, o Fafiku, o rozmowie nad stawem.
Bożena słuchała, nie przerywała. Potem milczała chwilę.
Renata może to po prostu depresja. Albo początki problemów z pamięcią. Oboje już nie młodzi jesteście.
Ma dopiero 61 lat.
A co z tego? U tego faceta spod szóstki zaczęło się w 62.
Ale on nigdy nie był zapominalski wszystko pamiętał lepiej ode mnie.
No właśnie, wszystko się zmienia.
Patrzyłam w kubek.
Bożena, to nie zapominalstwo. On patrzy na mnie jak na kogoś nowego, z kim chce być miły.
Odgryzła kawałek ciasta.
Wyspałaś się chociaż?
Nie.
No właśnie. Nakręcasz się. On po podróży, pewnie go coś gryzie w pracy, nie mówią chłopy o wszystkim. Daj mu tydzień.
Kiwnęłam głową Może ma rację.
Ale jadąc do domu myślałam tylko o tym, jak powąchał kaszę. Drobny gest, nieznaczący, a tak obcy w nim, że dusiło mnie w gardle.
W domu był. Siedział przy stole, coś notował. Wstawiłam wodę, rozpakowałam zakupy. Głowy nie podnosił.
Byłam u Bożeny.
Mhm.
Przyniosłam ciasto.
Podniósł głowę, spojrzał.
Z czym?
Z kapustą. Twój ulubiony.
Za kapustą nie przepadam.
Zamarłam z torbą w dłoni.
Zbyszek
Co?
Zawsze lubiłeś ciasto z kapustą. Sam mówiłeś twoja mama robiła najlepsze.
Spojrzał bez emocji.
Mama robiła z jabłkami.
Cisza.
Jego mama, Barbara, zmarła dwanaście lat temu. Znałam ją dobrze. Widywałam, jak piekła tylko z kapustą lub z jajkiem. Jej popisowe dania, była z tego dumna.
Zbyszek, pani Barbara piekła z kapustą. Pamiętam ten zapach, kuchnię z ceratą w kwiatki. Lepiej niż ja nie pamięta, ale mówiłeś mi to setki razy.
Zadzwoniłam do jego siostry, Małgorzaty, mieszkającej w Zamościu. Zbyszek nie był z nią blisko, widujemy się rzadko, ale zawsze gadamy.
Renatko! Jak tam?
Małgoś, tylko pytanie na szybko. Co mama najczęściej piekła?
Krótka pauza.
Zawsze z kapustą i z jajkiem, wiesz przecież. A co?
Potrzebowałam tylko przypomnieć. Dzięki.
Schowałam telefon. Nogi miałam z waty. Przez placek z kapustą to absurdalne, a nie mogłam się poruszyć.
Coś z pamięcią. Powtarzałam sobie. Może neurologiczne, może wiekowe, cokolwiek. Trzeba iść do lekarza. Trzeba pogadać szczerze.
Przy kolacji zapytałam:
Zbyszek, nie boli cię głowa ostatnio?
Nie.
Śpisz dobrze?
Normalnie.
Nie chcesz iść do lekarza? Tak profilaktycznie.
Odłożył widelec.
Po co?
No, ciśnienie zmierzyć. Dawno nie byłeś.
Ciśnienie mam dobre, sprawdzam w domu. Nie trzeba.
Zbyszek martwię się.
Patrzył na mnie, długo, badawczo.
Myślisz, że coś mi jest?
Martwię się tylko.
Renata, wszystko jest dobrze. Wystarczy tego.
Wrócił do jedzenia. Potrafił ucinać rozmowy jednym zdaniem, bez podnoszenia głosu, wyznaczając granicę. I zwykle nie naciskałam.
Ale patrzyłam, analizując: jak siedzi, trzyma widelec, przechyla głowę czy to na pewno on? Sprawiał wrażenie lekko zgarbionego, chociaż zawsze siedział prosto. Widelec w prawej, tak, jest praworęczny. Drobiazgi.
W łazience spojrzałam w lustro. Patrzyła na mnie zmęczona kobieta z krótkimi, posiwiałymi włosami, zmarszczkami przy oczach tymi, od śmiechu, nie od wieku, jak mówił Zbyszek. Myślałam: wymyślasz, Renata. Wkręcasz się. Ludzie się zmieniają.
Umyłam się, położyłam spać.
Obudziła mnie cisza, nie dźwięk, a pustka w łóżku obok. Sięgnęłam ręką zimno.
Wstałam. W kuchni paliło się światło. Siedział przy stole, pisał w notesie. Ręcznie, co samo w sobie było dziwne od lat nie pisał nic na papierze.
Zbyszek?
Podniósł wzrok. Spokojnie, bez lęku.
Nie śpię.
Co piszesz?
Myśli.
Mogę?
Pauza.
Osobiste.
Patrzyłam na niego. Wzrok spokojny, wytrzymany.
Nigdy nie mówił osobiste na moje pytania. Siedemnaście lat mogłam pytać o wszystko. Miał swoje przestrzenie, wiadomo, ale nie z tą intonacją.
Dobra powiedziałam i wróciłam do sypialni.
Leżałam. Słyszałam jak pisze, potem wstaje, gasi światło i kładzie się. Nie zasnął od razu, czułam.
Rano notesu nie było.
Szukając, nie wiedzieć czemu, przejrzałam jego szufladę. Nigdy wcześniej tego nie robiłam. Była prawie pusta. Stare okulary, jakaś moneta, kartka z telefonami. Notesu ani śladu.
Wziął go ze sobą.
Pojechałam do biblioteki. Tam pachnie książkami i kurzem, jest cicho, równo, to uspokaja. Przekładałam książki, odpowiadałam na pytania Lenki, naszej młodej bibliotekarki. Rutyna.
Na przerwie myślałam: jak się rozpoznaje, że ktoś naprawdę się zmienił? Nie w drobnostkach czy z wiekiem, ale w środku? To się nazywa podmiana psychologiczna. Kiedy ktoś bliski zmienia się do tego stopnia, że wydaje się kimś obcym. Bywa efektem medycznym, wynikiem przeżyć, a czasem po prostu życia. Ludzie się zmieniają. Kryzys po pięćdziesiątce, sześćdziesiątce nie jest rzadkością. Dzieci dorosły, praca się kończy, zostajecie we dwoje i nagle nie wiesz, z kim jesteś.
Ale ja znałam Zbyszka. Byłam pewna.
Wieczorem był już w domu. Stał w kuchni, gapił się przez okno. Po prostu stał.
Zbyszek, co robisz?
Patrzę.
Na co?
Tak po prostu.
Od niego to bardzo dziwne. Nigdy nie był typem zapatrzonego. Jak już stał nieruchomo, to zawsze coś tam do siebie mruczał, szkicował długopisem. Po prostu patrzeć nie jego styl.
Jak ci minął dzień? zagaiłam.
Normalnie. Lekcje, jak zawsze.
Studenci?
Studenci.
Przyrządziłam kurczaka. On siedział.
Zbyszek, opowiedz coś o Poznaniu rzuciłam nie odwracając się.
Co dokładnie?
Cokolwiek. Gdzie byłeś, co widziałeś. Byłeś tam tydzień.
Pauza.
W hotelu spałem. Seminarium było na uniwersytecie. Pojechaliśmy obejrzeć nowy blok mieszkalny, pokazywali jako wzór. Tyle.
A ludzie? Koledzy?
Byli.
Kto?
Milczał. Odwróciłam się wpatrzony w stół.
Był Marcin Ratajczak?
To kolega z technikum, pracują razem trzy lata, jeżdżą razem na ryby.
Ratajczak? Nie, nie było go.
Przecież zawsze jeździ.
Tym razem nie.
Odwróciłam się do kuchenki. Może rzeczywiście
Nocą napisałam Irenie, żonie Ratajczaka. Nie znamy się bliżej, ale mam telefon. Ireno, dobry wieczór. Pytałam, czy Marcin dobrze wrócił z Poznania?
Odpisała szybko: Marcin nie był w Poznaniu, w ogóle nie jechał. A coś się stało?
Odpisałam, że nic, pomyłka, przepraszam.
Schowałam komórkę pod poduszkę. Leżałam w ciemności.
Nie wiedział, czy Ratajczak był w delegacji, czy nie. Albo udawał. Ale po co?
Może się pokłócili, nie chce o nim mówić. Może coś ukrywa. Może w ogóle nie był w Poznaniu. Gdzie był przez ten tydzień?
Stop. To już szaleństwo.
Ale myśl nie daje się odegnać.
Następnego dnia zasugerowałam, że potrzebujemy nowych firan. Zaproponowałam Dom i Tekstylia na Krakowskiej. Zbyszek tam się zawsze nudził, marudził, mówił bierz co chcesz, potem szliśmy na rogaliki do kawiarni w bocznej uliczce. Nasz zwyczaj.
Jedziemy dzisiaj?
A po co?
Nowe firanki. Te już stare.
Wzruszył ramionami.
No to chodźmy.
Celowo szukałam długo, pytałam o zdanie. Potem:
Pójdziemy na rogaliki?
Gdzie?
No, tam, przy sklepie. Zawsze tam jemy.
Popatrzył.
Nie znam tej kawiarni.
Uśmiechnęłam się, udając spokój.
Po prostu nie pamiętasz. Chodź, pokażę.
Poszliśmy, wprowadziłam go za róg, kafejka Słodki Kącik, działa tu od dwudziestu lat, zawsze tam pachniało ciastem.
O, widzisz?
Patrzył na szyld.
A mruknął nie kojarzę.
Zamówiliśmy rogaliki. Jadł normalnie, patrzył na ludzi, spytał, czy nie zimno mi w ręce, wszystko jak zwykle. Tylko raz spojrzał długo na żółty szyld, jakby próbował coś zapamiętać. Albo zanotować.
Zbyszek powiedziałam cicho. Czy ty mnie pamiętasz?
Spojrzał ze zdziwieniem.
Jak to? Jesteś Renata, moja żona.
Wiem. Ale nas? To, co mieliśmy?
Co się dzieje, Renatka?
Nic złego. Po prostu zmieniłeś się.
Ludzie się zmieniają.
Powiedziałeś to tak samo, jak ja o tym myślałam dwa dni temu. Zawsze mówiłeś: ludzie się nie zmieniają.
Milczał, jadł rogalika.
Może ja też się zmieniam powiedział w końcu.
Wracaliśmy do domu tramwajem. Patrzyłam przez okno na szary Lublin i myślałam: niepoznanie bliskiej osoby to nie paranoja. To się zdarza. Najczęściej stoi za tym coś, czego druga osoba nie powie.
W czwartek, gdy poszedł do pracy, weszłam do jego gabinetu. Mały pokoik, nazywaliśmy go gabinetem, chociaż to raczej kącik z biurkiem i półkami na książki.
Nie chciałam grzebać ale otworzyłam górną szufladę.
Leżał tam notes.
Zadrżałam. Otworzyłam. Pierwsze strony puste. Potem, w środku zapiski. Drobniutkie, równiuteńkie pismo, nie jego. Zbyszek zawsze pisał szybko, bazgrał, żartował, że ma pismo lekarza. To pismo było drobne, kaligraficzne.
Czytałam.
Były tam listy. Po prostu listy. Renata: żona, 58 lat. Bibliotekarka. Córka Jagoda, Warszawa. Kawa bez cukru. Chce nowe firanki. Przyjaciółka Bożena, przychodnia.
Dalej: Ciasto z kapustą, niby ulubione. Park Saski w niedziele. Spaniel Fafik, żart rodzinny.
Potem: Barbara, matka. Kapusta czy jabłka do sprawdzenia.
Nie mogłam złapać tchu.
To były zapiski kogoś, kto studiuje cudze życie. Tworzy mapę. Zapamiętuje szczegóły, żeby się nie pomylić.
Zamknęłam notes. Odłożyłam. Przeszłam do kuchni, nalałam sobie wody. Myśli były trzeźwe, wyczyszczone.
Kim jest ten człowiek?
Mieszka w moim domu. Wygląda jak Zbyszek. Mówi jego głosem. Wie, że jestem Renata, mamy córkę Jagodę, piję bez cukru. Ale to notuje. Studjuje nas.
Powtarzałam sobie: amnezja. Może jakieś rozszczepienie tożsamości, medyczne. Wierzyłam wydarzyło się coś, czego nie wiem, coś, co zmazało mu fragmenty pamięci, więc składa je w całość, po cichu, ukradkiem.
To by tłumaczyło wiele.
Poza jednym. To nie jego pismo.
Nigdy nie skupiałam się na charakterze pisma, ale Zbyszka rozpoznaję bez pudła. Zawsze narzekałam na te kulfony na liście zakupów, w liścikach, na kartkach do świąt. Tego pisma w notesie nie mogłabym pomylić z żadnym.
Dobra. Ludzie potrafią zmienić pismo. Po udarze Ale udar? To przecież natychmiast inne objawy, widoczne, dramatyczne
Potarłam twarz.
Wrócił o siódmej. Zrobiłam kolację, ogarnęłam siebie. Po co nie wiem.
Zmęczona? spytał. Nie szłaś do pracy?
Głowa bolała, już lepiej.
Kiwnął, poszedł umyć ręce. Kolacja. Siedząc naprzeciwko, myślałam, jak wygląda zniknięcie bliskiej osoby. Nie fizyczne, a wewnętrzne. Kiedy zostaje powłoka, a w środku czegoś już nie ma.
Zbyszek
M?
Opowiedz coś o nas. O początkach.
Podniósł wzrok powoli.
Po co?
Chcę usłyszeć twoją wersję.
Odłożył widelec. Myślał.
Poznaliśmy się przez wspólnych znajomych, urodziny były Miałaś niebieską sukienkę.
To prawda taka sukienka, w dzień urodzin Gosi Wilczyńskiej, dwudziesty trzeci września dziewięćdziesiątego siódmego. Na razie się zgadza.
Potem kilka razy się spotkaliśmy, zaczęliśmy się spotykać.
Pauza.
No i to wszystko.
Patrzyłam na niego.
A potem?
No wzięliśmy ślub, urodziła się Jagoda, kupiliśmy mieszkanie.
Zbyszek. Jak mi się oświadczyłeś, gdzie pojechaliśmy?
Renata
Po prostu powiedz.
Milczał długo.
Nie pamiętam takich szczegółów. Dawno to było.
Mówiłeś kiedyś, że pamiętasz każdą minutę. Opowiadałeś to wszystkim na naszej srebrnej rocznicy.
Cisza.
Zbyszek. Dokąd pojechaliśmy, gdy się mi oświadczyłeś?
Spojrzał na mnie. Długo. W oczach nic złości, nic zażenowania. Coś innego zmęczenie, kalkulacja.
Renata. Po co ci to teraz?
Bo chcę wiedzieć, czy pamiętasz.
Jestem zmęczony. To było dawno. Nie muszę pamiętać wszystkiego.
To nie wszystko, to najważniejsze.
Dla mnie drobiazg.
Wstałam, sprzątnęłam talerze, choć nie skończyliśmy jeść. Nie powiedział nic.
Pojechaliśmy wtedy nad Bystrzycę, małą rzeczkę pod Lublinem, przedzieraliśmy się na pieszo spod stacji kolejowej. Zabłądziliśmy, nosił mnie przez kałużę, bo miałam buty na obcasie. Właśnie tam, w sierpniu dziewięćdziesiątego ósmego, poprosił mnie o rękę. Kochał tę historię, opowiadał chętnie. Tamten człowiek, który siedzi teraz przy moim stole, jej nie zna.
W nocy napisałam długą wiadomość Bożenie. O notesie, o piśmie, o Bystrzycy.
Odpisała godzinę później: Rena musicie iść do lekarza oboje. Może być wszystko i u niego, i u ciebie. Zadzwoń jutro.
Schowałam telefon, leżałam. Słyszałam jego spokojny oddech. Gapiłam się w sufit.
Myślałam o zniknięciu bliskiej osoby. Że czasem nie odchodzi tylko znika stojąc obok. To trudniejsze niż każda utrata.
W piątek rano postanowiłam powiedzieć wszystko wprost. O notesie, o telefonie do Małgosi, o Irenie, o Ratajczaku. Mam prawo do odpowiedzi.
Był już w kuchni, robił herbatę.
Zbyszek
Mhm?
Muszę z tobą poważnie porozmawiać.
Odwrócił się, popatrzył. Długo, spokojnie.
Wiem powiedział.
Stanęłam jak wryta.
Wiesz co?
Że coś już wiesz. Widziałem, że byłaś w gabinecie.
Cisza. Nie tłumaczyłam, patrzyłam.
Usiądź powiedział.
Usiedliśmy. Obejmował kubek dłońmi. Patrzył w herbatę.
To trudne do wyjaśnienia zaczął.
Spróbuj.
Myślę, że to, czego się domyślasz, to najprostsze wytłumaczenie. I częściowo prawda.
Częściowo?
Tak nie pamiętam wszystkiego. Nie tak, jak myślisz. Wyrywkowo. Rzeczy duże.
Bystrzyca rzekłam.
Podniósł głowę.
Co?
Byliśmy nad Bystrzycą, kiedy się mi oświadczyłeś. Pamiętasz?
Delikatna zmiana na twarzy.
Nie.
Fafika pamiętasz?
Pauza.
Nie.
Swoją mamę? Panią Barbarę?
Pamiętam twarz. Głos. Szczegółów nie.
Patrzyłam na niego. On patrzył w herbatę.
Kiedy to się zaczęło?
Nie wiem dokładnie. Stopniowo.
I nie powiedziałeś mi.
Nie umiałem.
Notowałeś, żeby się nie pomylić.
Tak.
Twoje pismo jest inne.
Długa pauza. Odłożył kubek.
Wiem.
Jak to wyjaśnisz?
Nie odpowiedział. Długo patrzył w stół.
Zbyszek. Popatrz na mnie.
Podniósł wzrok. Szare oczy. Zwykłe.
Ty jesteś Zbyszek? Mój Zbyszek?
Dopiero wtedy zobaczyłam w jego oczach coś prawdziwego ból, zagubienie, może coś więcej.
Renata nie wiem, jak odpowiedzieć na to pytanie.
Patrzyłam na dłonie tulące kubek. Na zmarszczkę przy ustach, która zawsze tam była. Na posiwiałe skronie.
To szczera odpowiedź?
Najszczersza, jaką mam.
Za oknem padał deszcz. Jesienny, lubelski deszcz. Słyszałam krople dudniące o parapet. Najzwyklejszy dźwięk świata.
Co mam z tym zrobić? spytałam już nie jego, w powietrze.
Nie wiem odpowiedział. I to też brzmiało prawdziwie.
Wstałam, nalałam kawy. Bez cukru. Stanęłam przy oknie.
Słyszałam, że też wstał, podszedł na krok.
Renata.
Co?
Pamiętam twój głos. Od początku. Sposób, w jaki mówisz. To pamiętam.
Nie odwróciłam się.
To za mało.
Wiem.
Deszcz szumiał gęsto. Jakiś samochód zatrąbił, zapadła cisza.
Potrzebuję czasu odezwałam się w końcu.
Dobrze.
Nie wiem, co będzie.
Wiem.
Odwróciłam się. Patrzył na mnie, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale się bał, albo nie znalazł słowa.
Powiedz mi jedno
Co?
Chcesz tu być?
Milczał chwilę. Deszcz stukał mocniej.
Tak powiedział. Chcę tu być.
Patrzyłam na niego. Na tego człowieka, który mieszkał ze mną, znał moje imię, zapisywał szczegóły do notesu, nie pamiętał Bystrzycy, pisał inaczej, a jednak trzymał kubek dokładnie tak, jak Zbyszek.
To idź po chleb powiedziałam. Żytni, ze Społem na rogu Okrzei.
Kiwnął. Wziął kurtkę. Podchodząc do drzwi zatrzymał się.
Renata.
Co?
Bystrzyca. Opowiesz mi o niej potem?
Długo patrzyłam na niego.
Może powiedziałam.
Zamknął drzwi. Stałam przy oknie, trzymając kubek. Słyszałam, jak schodzi po schodach. Czwarte piętro szesnaście schodków. Zawsze liczyłam.
Szesnaście.
Wyszedł na podwórko. Z okna widziałam, jak podciągnął kołnierz kurtki w deszczu. Zwykły człowiek w zwykły, deszczowy dzień.
Na rogu skręcił w stronę Społem.
Stałam z kubkiem, nie wiedząc, co myśleć, co czuć. We mnie coś jak cisza po wielkim hałasie nie spokój, nie ulga. Po prostu cisza, w której nie ma już udawania, że odpowiedzi nie trzeba szukać.
Telefon zawibrował. Bożena:
Jak się trzymasz? spytała od razu.
Nie wiem.
Rozmawiałaś?
Tak.
I?
Patrzyłam przez okno róg, gdzie skręcił, już pusty.
Bożena, mogłabyś żyć z kimś, kto nie pamięta, kim jest?
Pauza.
On ci to powiedział?
Mniej więcej tak.
Renata, idźcie do lekarza. To nie rozmowa na kuchni.
Wiem.
Co zrobisz?
Postawiłam kubek na parapecie.
Nie wiem. Poszedł po chleb.
Jaki chleb?
Żytni, ze Społem.
Chwila ciszy.
Renata, bardzo się o ciebie martwię.
Wszystko w porządku. Oddzwonię potem.
Odłożyłam telefon. Wzięłam kubek. Kawa już chłodna, ale dobra.
Szesnaście schodków. Zawsze liczyłam.
Po dwudziestu minutach trzask na dole. Potem kroki po schodach. Szesnaście.
Nie ruszyłam się.
Klucz w zamku. Drzwi się uchyliły.
Jest powiedział od progu. Żytni. Ostatni.
Odwróciłam się. Stał w drzwiach kuchni z chlebem w ręku. Mokry od deszczu, włosy kleiły się do czoła.
Połóż na stole powiedziałam.
Położył.
Patrzyliśmy na siebie.
Napijesz się herbaty? spytałam.
Chętnie.
Postawiłam wodę. Zdjął kurtkę, powiesił. Usiadł przy stole. Stałam tyłem i czułam jego milczenie nie ciężkie, nie nietypowe, po prostu milczenie.
Renata odezwał się cicho. Opowiedz mi kiedyś o Bystrzycy.
Czajnik zaczął szumieć. Najpierw cicho, potem coraz mocniej.
Stałam, myślałam.
Nie teraz powiedziałam po chwili. Może potem.
Dobrze odpowiedział.
Czajnik zagotował wodę.







