List od siebie

List od samej siebie

Koperta była pomarańczowa. Jaskrawa, wręcz śmiesznie jaskrawa jak mandarynka na śniegu w styczniu. Leżała w skrzynce pocztowej wśród rachunków za prąd i gaz oraz sterty ulotek z pizzerii, i ja wyciągnąłem ją na końcu.

Na przedniej stronie mój charakter pisma. Mój adres. Moje imię i nazwisko: do Barbary Tadeuszówny Nowackiej.

Odwracam kopertę. Adres zwrotny także mój. Nadawca też ten sam.

Stoję na klatce schodowej, na parterze, z siatką z Biedronki w lewej dłoni i nie ogarniam. Kto mógł sobie pozwolić na taki żart? Sprawdzam pismo. Litera t z długą poprzeczką, r z pętlą na dole tak zawsze pisałem od liceum. Od czasów, gdy pani Maria Kwiatkowska, polonistka, postawiła mi czwórkę z kaligrafii i stwierdziła: Nowacka, piszesz jak dorosła kobieta. To komplement, żebyś wiedziała.

I tak już zostało. Dwadzieścia pięć lat później t i r nie zmieniły się ani odrobinę.

Wchodzę na dziewiąte piętro, otwieram drzwi, zakupy lądują na kuchennym blacie. Kopertę kładę obok.

Mieszkanie niewielkie, ale przywykłam. Kawalerka na Ursynowie, okna na zachód. W korytarzu wieszak na jedyny płaszcz, półka na buty, lustro, do którego co rano zaglądam i myślę: Może być. Nadaje się do pracy. Nie ładna, nie wypoczęta do pracy. Wystarcza.

Każdego wieczoru słońce rozlewa po pokoju pomarańczową lawę światło jak miód na patelni. To jedyny bonus z tego mieszkania, oprócz dziesięciu minut pieszo do metra. Tak jest i dziś, szósta po południu, światło ślizga się po ścianie, sięga półki z książkami, wysuszonej herbaty w kubku z rana, zdjęcia mamy w drewnianej ramce.

Siadam do stołu. Pocieram ramiona. Znów podniosły się pod brodę to odruch, który zakorzenił się przez lata zebrań i nieprzyjemnych telefonów od szefowej. Ciało szybciej spodziewa się kłopotów niż głowa.

Zerkam na kopertę.

Pomarańczowa, sztywny papier, żadnego zagniecenia jakby ktoś zanosił ją z szacunkiem. Przesuwam palcem po swoim imieniu.

To nie żart. Swój charakter mogę rozpoznać lepiej niż własną twarz.

Delikatnie odrywam pasek i zaglądam do środka. Zwykła kartka biała, A4 i coś jeszcze. Płaska, błyszcząca rzecz.

Wyciągam kartkę. Rozkładam.

Cześć. To ty. Ty z marca dwa tysiące dwudziestego piątego. Masz teraz trzydzieści siedem lat, siedzisz w kuchni o drugiej w nocy i czujesz się beznadziejnie. Nie śpisz czwartą noc z rzędu. Myślisz, że nie dasz rady. Ani w pracy. Ani w życiu. Ani w tym mieście, które cię dusi.

Piszę, bo ktoś musi. Koleżanka zadzwoni jutro, mama pojutrze, ale teraz jest druga w nocy i nie ma nikogo. Tylko ty.

To chciałaś usłyszeć:

Prosiłaś, żeby przypomnieć: poradziłaś sobie wtedy dasz radę i teraz.

Kochaj siebie. Zasługujesz.

Jeśli to czytasz, minął rok. Wytrwałaś. Nie zrobiłam tego na marne.

Kartka opada na stół.

Gardło ściska. Nie ze wzruszenia z rozpoznania. To jestem ja. Każde słowo. Intonacja, błąd z przecinkiem po teraz, nawet przyzwyczajenie do zaczynania akapitu od to.

Ale nie pamiętam.

Nie pamiętam, bym to pisała. Nie pamiętam tej koperty, wyboru papieru. Przez cały rok nawet raz nie przyszło mi to na myśl.

I wtedy zauważam zdjęcie.

Wypadło z koperty, gdy wyciągałem kartkę, lądując na stole, błyszczącą stroną w dół. Przewracam je.

Na fotografii kobieta. Twarz ziemista, pod oczami sińce grube jak dwa palce, usta spierzchnięte, zaciśnięte w wąską linię. Włosy zebrane w nieudany kok lewa strona rozleciała się i opada na policzek. Sweter szary, wyciągnięty na łokciach, ten, który wyrzuciłem zeszłego lata.

Znam ten sweter. I znam tę twarz.

To ja. Marcowa. Sprzed roku.

Na dole zdjęcia, ręcznie, drobnym pismem: Stałaś się silniejsza. Popatrz na mnie zobaczysz, skąd idziesz.

Obok listu układam zdjęcie. Zachodnie słońce dotyka stołu, opiera się na błyszczącej powierzchni. Twarz na zdjęciu robi się cieplejsza ale nie bardziej pogodna.

I wtedy przypominam sobie.

***

Marzec dwa tysiące dwudziestego piątego. Druga w nocy. Kuchnia ta sama, ten sam stół, tylko na nim laptop, od którego bolą oczy.

Siedzę w koszulce i spodniach od piżamy, bosymi stopami trzymam zimne płytki, przewijam strony. Nie Facebook, nie wiadomości. Szukam czegoś, czego nie potrafię nazwać. Znaku? Motywacji?

W ten marzec przez trzy dni nie mogłem wstać z łóżka. To nie była zwykła niemoc. To było coś ciężkiego, lepkiego, nie mającego nazwy. Jakby ktoś położył mi na klatce piersiowej betonową płytę i sobie poszedł.

Rozwód był trzy lata temu. Mateusz odszedł w dwudziestym trzecim do koleżanki, do Marty z księgowości, do kogoś, kto częściej się śmiał i mniej pytał. Nie płakałem wtedy. Spakowałem jego rzeczy do dwóch walizek, postawiłem przy drzwiach. Powiedziałem: Weź. Wziął.

Potem przez półtora roku pracowałem, aż dogranicy wytrzymałości, bez wolnego, bez przerwy. Specjalista ds. zakupów w firmie budowlanej Dom-Komplet czyli: telefony z dostawcami od ósmej, tabelki do dziesiątej wieczorem i narady, na których kierownik Zieliński powtarzał: Rynek siada. Musimy się optymalizować. Kto nie daje rady ma pretensję do siebie.

Dawałem radę. Ciągnąłem. Nie narzekałem.

Jesienią dwudziestego czwartego organizm powiedział: dość. Najpierw sen. Potem apetyt. Potem chęć wychodzenia z mieszkania. W styczniu zasypiałem tylko przy włączonym telewizorze, jadłem raz dziennie, rozmawiałem głównie z mamą przez telefon, i to na siłę.

Mama czuła. Zofia Nowacka dzwoniła co wieczór, pytała: Basiu, jadłaś coś? Odpowiadałem: Jadłam, mamo. Zupa. Zupa nie była ugotowana od listopada.

Tamtej nocy noc w marcu dwudziestego piątego wpisałem w wyszukiwarkę: list do przyszłego siebie. Nie wiedziałem, po co. Przypadkiem natknąłem się na reklamę. Pierwszy wynik serwis Kapsuła czasu. Można napisać list, wybrać termin od miesiąca do dziesięciu lat i zapłacić za wysyłkę. Zwykły papierowy list, prawdziwa koperta, prawdziwa poczta.

Wybrałem kopertę pomarańczową. Bo szarości miałem dość. Napisałem tekst ręcznie, sfotografowałem, zeskanowałem, załadowałem na stronę. Zrobiłem sobie selfie od razu przy kuchennym stole, w świetle laptopa. Dołączyłem zdjęcie. Zapłaciłem. Wybrałem: dwanaście miesięcy.

Zamknąłem komputer. Poszedłem spać. Przez cały rok nie przypomniałem sobie ani razu.

Bo od tamtego marca życie ruszyło do przodu. Nie od razu, nie pięknie szarpane, jak stary dźwig w bloku. Ale szło.

W kwietniu zapisałem się do psychologa. Po raz pierwszy w życiu. Kobieta z krótkimi włosami, gabinet na Powiślu, pięćdziesiąt minut w tygodniu. Na trzecim spotkaniu rozpłakałem się i nie mogłem przestać przez dwadzieścia minut. Na szóstym po raz pierwszy od pół roku się roześmiałem.

W czerwcu dali mi awans. Starszy specjalista ds. zakupów. Zieliński podszedł po zebraniu i powiedział: Nowacka, pani nigdy nie narzeka, po prostu robi. Proszę wiedzieć, że to zauważam. Kiwnąłem głową, usiadłem przy biurku i ramiona znów powędrowały do uszu. Radość i strach weszły razem.

Jesienią zrobiło się lżej. Znowu gotowałem zupę. Wychodziłem w niedzielę do parku przy metrze, z książką i termosem. Znowu sam dzwoniłem do mamy, zamiast czekać, aż zadzwoni.

O liście zapomniałem. Całkowicie. Tak jak zapomina się o polisie ubezpieczeniowej w najdalszej szufladzie wiesz, że jest, ale nie myślisz.

Aż do dziś.

Siedzę przy stole, z listem w jednej i zdjęciem w drugiej ręce, patrzę na kobietę, którą byłem rok temu. Ziemista twarz. Cienie pod oczami. Sweter, którego już nie mam.

I w środku odzywa się głos stary, znajomy aż do bólu zębów: No i co z tego? I tak ci źle. Nic się nie zmieniło.

***

Ten głos jest ze mną długo. Nie wiem dokładnie od kiedy może od rozwodu, może wcześniej. Nie krzyczy. Nie wyzywa. Mówi cicho, rozsądnie, jakby opiekuńczo. Przez to jest gorzej.

Awans tak naprawdę przez przypadek. Zieliński nikogo innego nie znalazł.

Myślisz, że sobie radzisz? Spójrz na siebie. Cały dzień z ramionami przy uszach, cztery godziny snu, na śniadanie tylko kawa i niepokój.

Ciebie też zwolnią. W kwietniu. Albo w maju. Pytanie tylko kiedy.

Słucham. Nie dlatego, że wierzę tylko nie umiem nie słuchać. Ten głos jest częścią mnie, jak nawyk podnoszenia ramion, jak charakter pisma z pętlą na r. Jest ze mną tak długo, że nie rozróżniam, gdzie jestem ja, a gdzie on.

Rano, dziewiętnastego marca, wstaję o szóstej. Prysznic, kawa, tusz do rzęs. Jak co dzień.

W biurze firmy Dom-Komplet na Woli szóste piętro, open space, trzydzieści stołów trzeci tydzień wisi ciężka cisza. Nie robocza. Inna: ostrożna, napięta. W lutym zapowiedzieli zwolnienia. Przeszła pierwsza fala usunięto pięć osób z logistyki. Teraz wszyscy czekają na kolejną.

Wjeżdżam windą, mijam recepcję. Recepcjonistka Iza się uśmiecha ale sztucznie, krótko. Iza też czeka. Wszyscy czekają.

Siadam do biurka, wieszam torbę na krześle. Loguję się. Hasło data urodzenia mamy nabite niemal z pamięci. Otwieram pocztę. Sto czternaście nieprzeczytanych wiadomości. Zaczynam je przerabiać. Dostawca z Łodzi prosi o przedłużenie płatności. Magazyn pisze o braku prętów stalowych. Księgowość żąda rozliczeń do piątku. Zwykły dzień. Gdyby nie cisza, można by uwierzyć, że nic się nie dzieje.

O jedenastej Zieliński zwołuje spotkanie.

Wchodzi do salki konferencyjnej niski, krępy, z nawykiem klikania długopisem. Siada. Przemierza wzrokiem osiemnaście osób.

Krótko zaczyna. Kruk z działu projektowego odchodzi. Za porozumieniem stron. Oficjalnie jej decyzja. Wszyscy wiemy, jak jest.

Marta Kruk. Dwadzieścia dziewięć lat, trzeci rok w firmie. Znam. Na święta przynosiła wszystkim pierniki od babci, zostawiając karteczkę: Częstujcie się, one z kapustą! Raz, na firmowej wigilii przyznała mi się w palarni, że bardziej niż czegokolwiek boi się zwolnienia. Mam kredyt mówiła. I kota. Kota do zwolnienia się nie da.

Jeszcze jedno Zieliński klika długopisem. W kwietniu kolejny etap. Optymalizacja trwa. Kto zostanie, zdecydują wyniki kwartalne.

Siedzę z wyprostowanymi plecami, ramiona pod brodą, palce splecione pod stołem. Stary głos szepce: Widzisz. Mówiłem. Masz czas do kwietnia.

Po spotkaniu wychodzę na korytarz. Opieram się o ścianę przy dystrybutorze wody. Zamykam oczy na trzy sekundy.

W głowie dwa głosy. Jeden cicho: Poradziłaś sobie wtedy poradzisz i teraz. Z listu. Z pomarańczowej koperty. Z marca zeszłego roku.

I drugi, głośniejszy: Przypadek. Zwykły papier z internetu za sto dwadzieścia złotych. Nie oszukuj się. Kruk nie oszukali dostała porozumienie, a jutro będzie poprawiać CV z kotem na kolanach.

Otwieram oczy. Nalewam wody z dystrybutora. Piję.

Wracam do biurka. Otwieram tabelę z dostawcami. Pracuję dalej. To umiem. Pytanie tylko, czy to wystarczy.

Wieczorem o siódmej siedzę w kuchni, jem kaszę gryczaną i mielone. Dzwoni telefon. Mama.

Basiu, cześć Zofia ma ciepły, lekko chrapliwy głos od wiosennego przeziębienia. Jak się masz?

Dobrze, mamo. W pracy zamieszanie.

Jadłeś coś?

Jem właśnie kaszę.

Dobrze.

Chwila ciszy. Wiem, że mama wyczuwa. Przeżyła sześćdziesiąt sześć lat, trzydzieści jako bibliotekarka, nauczyła się słuchać tego, czego dzieci nie mówią. I na mnie też tę wiedzę stosuje.

Basia, masz taki spięty głos.

Jestem zmęczona, mamo.

Rok temu tez tak mówiłaś. Zmęczona, mamo. A potem okazało się, że trzy dni nie wyszłaś z domu.

Zamykam oczy.

Mamo, naprawdę po prostu praca mnie męczy, nie tak jak wtedy.

Wiesz, jestem zawsze blisko, mówi Zofia. W razie czego mogę przyjechać w weekend. Dam ci rosołu. Prawdziwego, nie z torebki.

Uśmiecham się. Pierwszy raz dzisiaj.

Na razie nie trzeba, mamo.

Rozmawiamy jeszcze dziesięć minut o ciśnieniu Zofii, o sąsiadce Pani Halinie, która przygarnęła kota i teraz kot wyje nocami, o wiośnie, która już w Puławach czuć: fiołek na balkonie mamy zakwitł, wysłała mi MMS-a: Patrz, Basia wiosna, a ty tam w Warszawie i tylko w pracy siedzisz. Kąciki ust same się unoszą zwykła rozmowa, a od tego zwykłego od razu lżej.

Mama nigdy nie naciskała. Nie pytała a spotykasz się z kim?, a wnuki? Trzy dekady w bibliotece nauczyły ją, że czasem cisza znaczy więcej niż słowa. Po prostu jest. Dwieście kilometrów stąd i jeden telefon.

Odkładam słuchawkę. Sprzątam talerz. Znowu patrzę na list leżący na brzegu stołu obok koperty i zdjęcia.

Stałaś się silniejsza. Popatrz na mnie zobaczysz, skąd idziesz.

Biorę zdjęcie, przykładam do twarzy. Kobieta z fotografii patrzy prosto w obiektyw wzrokiem, jakby chciała poprosić o pomoc, ale nie wiedziała kogo.

O dziewiątej dzwoni Lidka.

Lidka przyjaciółka z liceum, dwadzieścia lat przyjaźni, głos zawsze schrypnięty, jak po śmiechu, nawet kiedy nie jest jej do żartów.

Basia! Opowiadaj.

Co mam opowiadać?

Wszystko. Wiem, że u was cięcia. Monika z twojego działu napisała na naszej grupie, że u was dramat.

Wzdycham.

Tak, dzisiaj znów kogoś zwolnili. I Zieliński zapowiedział kolejny etap w kwietniu.

A ciebie?

Jeszcze nie. Ale słowo klucz to jeszcze.

Basia, pamiętasz, rok temu dzwoniłaś do mnie w nocy? Mówiłaś, że nie wytrzymasz. Koniec. Pamiętasz?

Pamiętam. Jak przez mgłę. Dzwoniłem do Lidki o trzeciej, odebrała po drugim sygnale.

Pamiętam.

I co? Wytrzymałaś. Masz pracę. Dostałaś awans. Gotujesz kaszę i odbierasz mój telefon. To nie jest koniec. To życie.

Milczę.

Słyszysz mnie?

Słyszę.

To przestań się pogrążać.

Lidka gada jeszcze dziesięć minut o swojej pracy (sprzedaje kuchnie na wymiar i nienawidzi klientów, którzy po trzech tygodniach zmieniają kolor frontów), o kocie Plamce, który rozorał nową kanapę, o tym, że w sobotę trzeba się spotkać na wino.

Słucham i myślę: Lidka mówi to samo, co w liście. Prawie identycznie. Jakby przez rok i dawna Basia, i mama, i przyjaciółka umówiły się powtarzać jedno: jesteś tu, wytrzymałaś, przestań się karać.

Kończę rozmowę. Jest dziesiąta.

Mieszkanie ciche. Nie przygniatająco zwyczajnie. Lodówka buczy, za oknem autobus, piętro niżej dziecko się śmieje, ten śmiech jest cienki jak gwizd.

Idę do łazienki. Zapalam światło. Patrzę w lustro.

Twarz. Moja twarz. Trzydzieści osiem lat, włosy kasztanowe do ramion, lekko falowane. Skóra nie ziemista. Normalna. Z lekkim rumieńcem po wieczornej herbacie. Pod oczami cienie, ale nie te z fotografii. Zwykłe, robocze efekt wstaję o szóstej.

Wracam do kuchni. Biorę zdjęcie. Kładę obok lustra.

Dwie twarze.

Jedna w lustrze. Żywa, ciepła, lekko zmęczona.

Druga na zdjęciu. Ziemista, z popękanymi ustami, wzrokiem błagalnym.

Rok różnicy.

I stary głos chce wyszeptać: To nic nie znaczy. Na zdjęciach zawsze jest gorzej. Światło było złe. Jesteś po prostu

Przerywam mu. Na głos. Pierwszy raz od bardzo dawna.

Nie.

Mówię to do lustra. A kobieta w lustrze patrzy spokojnie, trochę zdziwiona.

Nie, powtarzam. Już nie jestem tamtą. Jestem inna. Patrz: tu byłam rok temu, a tu jestem teraz.

Głos milknie.

Stoję boso w łazience, w domowych spodniach i starym T-shircie, ze zdjęciem w dłoni i pierwszy raz od roku patrzę na siebie bez oceny.

Nie czy wystarczająco. Nie czy daję radę. Nie a jeśli wszystko się posypie.

Po prostu patrzę.

I widzę. Nie idealną kobietę, nie bohaterkę, nie silną i niezależną, jak w magazynach. Normalną. Żywą. Z oczami zmęczonymi i odstającym kosmykiem za uchem. Z rękami, które przez cały rok podpisały trzysta przyjęć materiału i ani razu nie zadrżały. Z ramionami, które są wyżej niż trzeba ale są. Nie upadły. Nie złamały się.

***

W nocy nie śpię do drugiej. Nie ze strachu. Z myślami.

Leżę w ciemności i przywołuję ostatni rok. Nie wydarzenia uczucia. Jak po pierwszej dłuższej przerwie zrobiłem śniadanie i zjadłem je całe. Jak dotarłem do parku, usiadłem na ławce, a słońce grzało twarz i tak siedziałem dwadzieścia minut, po prostu tak. Jak roześmiałem się u psycholog, nad własnym nawykiem przepraszania za to, że zajmuję komuś czas.

Drobiazgi. Ale z tych drobiazgów złożył się rok.

A głos gada: To nic nie znaczy. Wszyscy tak mają. To nie jest sukces.

I myślę: może on kłamie? Nie celowo. Nie ze złości. Po prostu nie umie inaczej. Jak człowiek, który całe życie siedział w pokoju bez okna i twierdzi, że słońca nie ma. Nie złośliwie nigdy nie widział.

Wstaję. Wracam do kuchni. Włączam lampkę.

Pomarańczowa koperta leży na stole. Przewracam nieruszaną stroną do góry. Biorę ulubiony długopis niebieski żelowy, tym samym wypełniam protokoły odbioru.

I zaczynam pisać.

Cześć. To znowu ty. Ty z marca dwa tysiące dwudziestego szóstego. Masz trzydzieści osiem lat. W pracy nie wiadomo co będzie. W życiu też nie. Ale wytrzymujesz.

Wiesz, rok temu pisałam do ciebie list. Pisałam z ciemności. Z takiej, w której ścian nie widać, wydaje się, że pokój jest nieskończony i nie ma wyjścia.

Dziś dostałam ten list. I wiesz co? Nie poznałam się na zdjęciu. Potrzebowałam trzech sekund, by zrozumieć, że ta ziemista kobieta to ja.

Trzy sekundy to cały rok.

Tym razem piszę nie z bólu. Piszę z ciepła. Bo jeśli to czytasz przetrwał kolejny rok. I znów wytrzymałaś.

Kochaj siebie. Zasługujesz.

Twoja Basia, marzec dwa tysiące dwudziestego szóstego

PS. Jeśli ramiona znów przy uszach opuść. Teraz. Brawo.

Kończę. Składam kartkę na ćwiartki. Wkładam do tej samej pomarańczowej koperty, którą rano wyjąłem ze skrzynki. Przekręcam. Wypisuję adres.

Otwieram laptop. Znajduję stronę Kapsuła czasu. Zlecam wysyłkę na marzec dwa tysiące dwudziestego siódmego. Załączam skan listu. I po sekundzie wahania znów robię selfie. Przy tym samym stole, przy tej samej lampie.

Twarz tym razem inna. Nie ziemista. Nie zgaszona. Zwyczajna. Trochę zmęczona, z cieniami pod oczami ale żywa. Usta nie wykrzywione uśmiechem, tylko spokojne.

Wysyłam zdjęcie. Opłacam sto dwadzieścia cztery złote. Zamykam komputer.

Idę do okna.

Nocna Warszawa świeci pod stopami z dziewiątego piętra. Latarnie, światła aut, żółte prostokąty obcych okien. Cicho. Marzec, dwa stopnie, lekki wiatr.

Stoję boso na zimnych płytkach i czuję, jak ramiona te, co przez cały dzień stoją przy uszach opadają w dół. Same. Bez wysiłku.

I ten głos wewnętrzny stary, rozsądny, znajomy próbuje coś powiedzieć.

Ale go nie słucham.

Patrzę na miasto i myślę o kobiecie, która za rok odbierze pomarańczową kopertę. Będzie o dwanaście miesięcy starsza. Może zmieni pracę, może nie. Może wyprowadzi się z Ursynowa albo zostanie. Może spotka kogoś, albo nie. Nieważne.

Ważne, że w kopercie znajdzie zdjęcie i podpis: Popatrz na mnie. Zobaczysz, skąd przyszłaś.

I kobieta za rok spojrzy. I zobaczy.

Uśmiecham się. Gaszę lampkę. Wracam do łóżka.

Za oknem marcowa noc, chłodna, z zapachem mokrego asfaltu.

W mieszkaniu cisza.

Na stole pomarańczowa koperta z nowym listem.

***

Rano budzę się o siódmej, bez budzika. Światło wpada od wschodu blade, srebrzyste, poranne. Inne niż pomarańczowe do zachodu, do którego byłem przyzwyczajony. Nowe.

Wstaję. Idę do kuchni. Stawiam wodę na herbatę.

Koperta leży na stole. Obok zdjęcie z zeszłego roku. I list.

Nie czytam ponownie. Nie wpatruję się w zdjęcie. Układam je razem, równo, jak rzeczy, które przechowuje się na pamiątkę.

Potem otwieram szafkę nad zlewem. Wyciągam ramkę małą, dziesięć na piętnaście, kupioną kiedyś z myślą o zdjęciach z wyjazdów, ale nigdy nieużywaną. Wkładam zeszłoroczną fotografię. Ustawiam na półce obok książek.

Ziemista twarz. Cienie pod oczami. Przeciągnięty sweter.

Nie po to, by pamiętać ból. Po to, by pamiętać drogę.

Czajnik pstryka. Nalewam herbatę, obejmuję kubek obiema dłońmi palce grzeją ceramikę. Podchodzę do okna.

I widzę swoje odbicie w szybie na tle porannego nieba. Bez makijażu, w domowych ubraniach, z ciepłym kubkiem w dłoniach.

We mnie jest cisza.

Dopijam herbatę. Ubieram się. Biorę torebkę. Wychodzę.

Na progu sprawdzam ramiona.

Są na dole. Luźne, spokojne. Nie podniesione, nie zaciśnięte. Po prostu ramiona. Moje ramiona.

Zamykam drzwi i idę do pracy.

A na kuchennym stole zostaje pomarańczowa koperta. Z nowym listem. Z nowym zdjęciem. Gotowy do wysłania.

Za rok przyjdzie. Otworzę. I spojrzę na siebie z dzisiaj. I może znów nie poznam. Bo przez rok zmienia się wszystko.

Albo prawie wszystko.

Charakter pisma będzie taki sam. Z długą poprzeczką na t, z pętlą na r. Jak w szkole. Jak zawsze.

I w kopercie będzie leżeć zdanie to najważniejsze, jedyne: Poradziłaś sobie wtedy poradzisz i teraz.

Tylko tym razem nie piszę go z ciemności.

Piszę je ze światła.

***

Dziś wiem, że nawet jeśli wszystko znów zacznie się chwiać przeszłam przez własny cień. A to znaczy, że już zawsze będzie świtać, nawet jeśli przez chwilę zastygnę w zmęczeniu. Nie bój się na siebie spojrzeć. Odkryjesz wtedy, ile już przebyłeś.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
List od siebie