Łapacz snów
– Znowu?! Sima, Sima! Budź się, bo ona zaraz obudzi maluchy! Trzymaj ją! Lena zsunęła się z łóżka i potrząsnęła siostrę za ramię. I kiedy ona w końcu się uspokoi…
Sonia miotała się przez sen, a jej jęk, długi, pełen smutku, przeszywał pokój, wyciągając duszę i zmuszając, by zerkać za siebie ze strachem.
– Jak w kiepskim horrorze! Sima ściągnęła z siebie kołdrę, jeszcze z zamkniętymi oczami powlokła się do łóżka Soni.
Zarzuciła na nią swoją kołdrę, położyła się przy niej, przytuliła siostrę i zaczęła cicho nucić:
– Baj, baj, baj, nie śpij przy krawędzi O matko! Lena! Jakie tam bajki! Ona cała płonie! Budź mamę!
Lena postała chwilę koło łóżka, westchnęła i jednak poszła do sypialni rodziców. Co robić? Sonia to przecież ich dziecko tak samo jak pozostałe. Mama zresztą by ich opieprzyła, gdyby zataiły przed nią coś poważnego.
W sypialni rodziców panowała cisza. Lena wyciągnęła rękę nad łóżeczkiem Marcina, ustawionym przy samym łóżku rodziców, i pogłaskała po ramieniu Zofię.
– Mamusiu
Jej oczy, brązowe jak Lenine, natychmiast się otworzyły, jakby Zofia wcale nie spała, i ciepła dłoń przygarnęła palce córki.
– Co się stało, kochanie?
– Sonia się źle czuje, mamo! Gorąca jak żelazko, chyba ma gorączkę!
Marcin cichutko pisnął, a Zofia natychmiast zanuciła, tak jak chwilę wcześniej Sima:
– Baj baj, baj baj
Złapała za drobny nadgarstek Leny, położyła dłoń córki na brzuchu brata.
– Ponokój go, żeby nie wstał. Idę
Z lekkością, jakby nie miała wczoraj bólu pleców po upadku podczas sprzątania, Zofia wstała na palcach i pobiegła do pokoju dziewczynek, uważając, by nie zrobić hałasu w śpiącym domu.
Dom był jej dumą. Ile razy słyszała, że ona z Pawłem tej budowy nie ogarnie… po co to wszystko, o wiele wygodniej byłoby im w bloku…
Krewni wzruszali ramionami, nie szczędząc takich słów:
– Ale po co wam taka willa?! Przecież nie macie dzieci!
I Zofii ściskało się serce z żalu, a głowa opadała, jakby ktoś obcy jej bólowi uginał ją do ziemi. Nie jesteś matką? Nie dało ci się? To patrz na świat z dołu, nie noś tej ładnej głowy dumnie, bo są o wiele lepsi od ciebie!
Ile razy Paweł, widząc ją przybitą kolejną rozmową z matką czy ciotkami, obejmował Zofię, zdumiewając się, jak idealnie jej policzek mieści się w jego zagłębieniu szyi. Stawali się wtedy jak jedno ciało czuli swoje myśli, pragnienia i ból. Tak mocno, że nie dało się czegoś przeżyć bez wiedzy drugiego.
– Nie słuchaj ich, Zośka. Oni po prostu nie wiedzą.
– Ale mają rację, Paweł Nie będzie dzieci…
– Jeszcze zobaczymy! Pawłowi ściskały się szczęki ze złości na tych, co ją zranili, i przysięgał sobie, że spełni jej marzenie.
Wszystko wydawało się możliwe, kiedy człowiek miał pieniądze i mieszkał blisko Warszawy. Ale najpierw jedna klinika, potem druga, trzecia Wszędzie odmawiali. Lekarze rozkładali ręce.
– My nie jesteśmy cudotwórcami
I Zofia znowu chowała spojrzenie tym razem już przed mężem nie wiedząc, jak mu powiedzieć, że ona już dawno pogodziła się z tym losem. Dopiero, gdy powiedział, że zaczynają budowę domu, powiedziała wprost.
– Paweł, nie ze mną Kocham cię, ale ty musisz mieć rodzinę. Jeśli nie mogę dać ci dziecka, to… złożę pozew o rozwód.
– Marzenia! Paweł walnął kubkiem z herbatą o stół, parząc się w ucho. Zośka! Skończ już z tym! Prosta ze mnie chłopina, ale mogę ci powiedzieć po polsku, co na to wszystko myślę! Twojej mamie się nie spodoba! Ale co mi tam! Nie puszczę cię, kobieto! Przebacz, Panie Boże, głupiaś! Nazwałbym to dosadniej, ale ty i tak lubisz się obrażać!
– Ja?! Zofia aż uniosła wzrok i nawet zapomniała, że chciała się rozpłakać.
– A kto?! Miałaś powiedzieć coś takiego?! Mi jesteś potrzebna! Dzieci… dobrze, jak będą, a jak nie… no to taki nasz los. Nie każdemu jest to dane.
Po tej rozmowie Zofia się nie uspokoiła wiedziała, różnie bywa. Teraz on młody i zakochany, ale później pomyśli o tym, co stracone wtedy będzie już za późno.
Ale Paweł był uparty. Za długo czekał na kobietę, która stała się jego szczęściem.
Małżeństwo z Pawłem było dla Zofii drugim.
Pierwszy raz wyszła za mąż w wieku dziewiętnastu lat, nie tyle po to, by zostać żoną, ile żeby w końcu uciec z domu przed matczyną kontrolą i wiecznymi wyrzutami.
Z matką relacje Zofii były wyjątkowo trudne. Stefania, jej mama, kochała ją do szaleństwa, opowiadała znajomym, jaką to ma cudowną córkę, by po chwili jednak jakby diabeł nią kierował, zupełnie zapominała, że jeszcze przed chwilą była z niej dumna i nazywała ją swoim szczęściem.
– Jak ja byłam w stanie urodzić taką pomyłkę?! Zofia! Czasem patrzę na ciebie geniusz! A czasem Co ci w głowie, dziecko?!
Gdyby Zofia potrafiła na to odpowiedzieć zrobiłaby to. Ale tylko spuszczała wzrok, skulona pod jej surowym spojrzeniem, myśląc, jak kochać kogoś, kto stale krzyczy…
Gdyby ktoś ją zapytał, czy kocha matkę bez wahania odpowiedziałaby: Tak!. Wszyscy kochają swoje matki to przecież oczywiste! Z wiekiem jednak przyszło zrozumienie, że ani wykształcenie, ani dobra praca, ani znajomi nie czynią nikogo ciepłym i serdecznym człowiekiem. Jej mama umiała robić wrażenie, była oczytana, rozmawiała z każdym i z każdym umiała się dogadać. Ale tylko nie z własną córką.
– Mamo, czemu mnie nie kochasz? wypaliła Zofia w końcu, tydzień przed ślubem, kiedy zobaczywszy jej suknię, matka tylko skrzywiła się i spytała gdzie upolowała tą szmatkę.
Zofia szukała sukni miesiąc, była pewna, że jej prosty styl się spodoba, a tu nagle matka tak ją zgasiła. Straciła mowę, a potem wylała z siebie, co kumulowało się od dawna.
– Mamo! Proszę, odpowiedz! Nie rozumiem! Jestem twoim jedynym dzieckiem… Zawsze żyliście z tatą dobrze, nigdy nie słyszałam, żebyście się kłócili. Co ze mną jest nie tak!? Czemu traktujesz mnie jak obcą?
– Przestań gadać głupoty!
– Nie są to głupoty Co bym nie zrobiła zawsze źle…
– Zrób dobrze! Wszystko się ułoży! Zofia, nie męcz mnie! Chcesz męża bierz, ale nie oczekuj mojego entuzjazmu! Podejmujesz decyzje nie miej do mnie pretensji potem! Chcesz oklasków za wszystko? Nie każdy matka to ta, która stale całuje w główkę! Czasem trzeba i zrugać.
– Czasem
– Przestań! Sama zrozumiesz, gdy będziesz miała dzieci!
– Co zrozumiem, mamo?!
– Jak trudno jest kochać dziecko! Jak trudno pokazać, że jest dla ciebie ważne! Mało dla ciebie zrobiłam?!
– Teraz nie o tym
– A o czym? Ojciec żył własnym życiem, ja cię wychowywałam, bo on uważał, że córka to tylko troska matki, a syn to co innego…
Dopiero wtedy Zofia pojęła, co nie gra w ich rodzinie. Po rozmowie z ciotkami, siostrami matki, już nie miała wątpliwości: rodzice zawsze pragnęli syna, a ona była raczej rozczarowaniem.
– No pięknie, średniowiecze… krążyła po jesiennym parku, próbując zrozumieć, co się wydarzyło. Syn to coś, córka to kłopot? Głupstwo Jak będę mieć dzieci, nigdy nie będę ich dzielić na ważnych i mniej ważnych. Nie chcę być taka Panie Boże, naucz mnie jak
Jej ślub był wystawny, ale dla niej bez sensu. Prawie nie mogła oddychać w zbyt ciasnym gorsecie, w sukni, która przestała być jej wymarzoną, a matka co chwila ją tuliła i zachwycała się.
– Jak dobrze, prawda córeczko? Pięknie wyglądacie! Szczęśliwa jesteś?
Tak, nie potrafiła odpowiedzieć jednoznacznie. Kiwała głową, wypatrując przyjaciółki, którą chciała poprosić o poluzowanie gorsetu, i bała się, że znów usłyszy, że jej wybór był zły. A był to przecież najszczęśliwszy dzień w życiu.
Małżeństwo było krótkie i nieudane. Gdy Zofia poroniła, jej mąż spakował się i wyjechał, nie czekając nawet na jej powrót ze szpitala.
Mieszkanie, kupione przez rodziców dla Zofii jeszcze przed ślubem, opustoszało. Stefania, odbierając ją ze szpitala, nie zamykała buzi, wjeżdżając w zakręty.
– Wynajmiemy je, córeczko! Wrócisz do nas! Skończyłaś zabawę! Pora zabrać się za rozum! Dokończ studia, potem z ojcem znajdziemy ci dobrego kandydata na męża. Nie powinnaś ufać dziecięcym wyborom. Pomyliłaś się to kosztuje.
Zofia milczała. Nie podjęła sporu, ale wieczorem, korzystając z okazji, skierowała się do gabinetu ojca.
– Tato jeśli ci na mnie zależy, pozwól mi mieszkać sama. Nie dam rady być w waszym domu.
– Czemu?
– Boli…
Ku swojemu zdziwieniu, ojciec ją zrozumiał. Pomimo sprzeciwu żony przyznał jej środki na życie, a Stefaninie zabronił mieszać się w jego relację z córką.
– Tak postanowiłem.
Mama wyjątkowo nie protestowała. Tylko raz, gdy Zofia pół roku później podjęła pół etatu i odmówiła dalszej pomocy finansowej.
– Dawaj jej te parę złotych. Przynieś do szuflady, nie chce brać niech są na czarną godzinę. Będę spokojniejsza.
Zofia ukończyła studia, awansowała, ale w życiu prywatnym jej nie szło. Nie była brzydka, ale zabrakło w niej tego czegoś, iskry, która przyciąga innych. Była jak tlący się węgielek ledwo się żarzy, a ciepła od niego niewiele…
I miała powód.
Komplikacje po przedwczesnym porodzie sprawiły, że usłyszała wyrok: prawdopodobnie nigdy nie zostanie matką.
To ją złamało. Z rozpędu chodziła do pracy, jeździła z rodzicami, ale życie ją opuściło i wszyscy to dostrzegli.
– Co z dziewczyną, Stefania? starsza siostra jej matki, Halina, postanowiła zainterweniować.
– A co ma być?
– Popatrz na nią! Jakby pomnik bez życia w oczach! Coś trzeba zrobić.
Zofia nie znała tych rozmów i początkowo nie zwracała uwagi na coraz częstsze spotkania rodzinne, na które zaczęli zapraszać młodych mężczyzn.
Właśnie na jednym z takich spotkań poznała Pawła.
Nie, nie był kandydatem na męża zaproszonym przez rodzinę. Był zwykłym kierowcą, który przywiózł jedną z ciotek na działkę rodziców Zofii i nie mógł uwierzyć, gdy piękna, lodowata niczym Królowa Śniegu dziewczyna w białym futerku szarpnęła drzwi jego samochodu i rozkazała:
– Do miasta!
Dlaczego akurat tego dnia jej cierpliwość się skończyła? Może miała już dość rodzinnych rytuałów, gdzie najmłodszy musiał deklamować wiersze na cześć babuni Porwałaby takie dziecko pod pachę i uciekła, gdyby tylko mogła. Dla jej rodziny dobre wychowanie ważniejsze było niż to, co dzieje się w duszy dziecka…
Paweł nie zadawał pytań, po prostu odwiózł ją pod adres i uśmiechnął się, gdy zobaczył, że ta grzebie po kieszeniach.
– O, nie mam pieniędzy szepnęła.
– To uśmiechnij się i jesteśmy kwita rzucił Paweł żartem.
Zofia się skrzywiła.
– Proszę chwilę poczekać, zaraz wrócę.
Paweł jednak nie czekał. Gdy zeszła z pieniędzmi, już go nie było. Stała przed bramą, dumając nad tym, co też ten los dla niej szykuje.
Ucieczka Zofii nie przeszła bez echa. Matka urządziła awanturę, ojciec, o dziwo, tylko zalecił następnym razem uprzedzić kogoś z rodziny.
Paweł zjawił się pod jej domem wcześnie rano. Zofia nie zdziwiła się, widząc jego białe auto.
– Wsiadaj!
Był pewny siebie, zabawny, bo Zofia w obcasach była od niego wyższa.
– Poczekaj chwilę!
Wróciła do klatki, przebrała buty, i usiadła z nim z przodu.
Tak zaczęła się ich znajomość.
Zofia była ostrożna, bała się swoich uczuć córka naukowca i biznesmena i prosty kierowca? Rodzina by tego nie przełknęła. Jednak było w nim takie ciepło, że postanowiła, że zrobi jak chce nie patrząc już na opinię matki.
A matka wyraziła się jasno:
– Przeklnę! Dziecko, co ty robisz?! On ci nie jest równy!
Stefania długo się buntowała, ale Zofia po raz pierwszy wiedziała, czego chce, i nie zamierzała oglądać się za siebie.
O swoich problemach Zofia opowiedziała Pawłowi jeszcze przed ślubem.
– Nigdy możemy nie mieć dzieci Rozumiesz to? kręciła w palcach śmieszną pluszową zabawkę, którą jej podarował.
– Ludzie nie zawsze zakładają rodziny tylko po to, by mieć dzieci. Kocham cię, Zosiu. Czy będziemy mieli gromadkę, czy żadnego, nie zmieni to niczego.
– Tak mówisz teraz
– I zawsze tak powiem. Mnie ojciec nauczył, że mężczyzna słowa nie rzuca na wiatr. I już.
Pobrali się w urzędzie w Warszawie, a wesele było u rodziców Pawła na wsi. Rodzice Zofii nie przyjechali. Matka nie chciała znać zięcia, ojciec pojawił się pod koniec, pogratulował i zniknął.
Za to z rodziną Pawła odnalazła kontakt, choć nie od razu.
– Chuda jakaś przyszła teściowa kręciła głową. Paweł, trzeba ją karmić! Nie umie gotować, to cię nauczę! Co taka pogrążona? Księżniczka Niezmiana! Głowa do góry! Życie jest krótkie, nie ma co się smucić! Chodź mi pomóc dżem gotuję, a chłopy zaraz zjedzą wszystkie owoce!
Na tej kuchni, przy stole w ceracie, Zofia nagle pojęła, że wszystko tu jej się podoba.
Dom, ciepło, prości ludzie, szczerość. Nie musiała się zastanawiać, czy została przyjęta wiedziała, bo już poznała rodzinny przepis na najlepszy dżem na świecie.
Rodzice Pawła byli tak światli jak on. Gdy matka Pawła usłyszała o problemach Zofii, uścisnęła ją i powiedziała:
– Oj, córeczko! Szkoda! Ale wiesz co, dziękuję ci za szczerość Inni by skłamali. Dla dzieci nie wszystko od nas zależy to już sprawa wyższa. Ale szczęście w waszym domu będzie!
– My nawet domu nie mamy
– Będzie i dom! Męża masz dobrego.
Z czasem Zofia uwierzyła teściowej. Matki słuchała coraz rzadziej.
Dom rósł z dnia na dzień Paweł, który skończył studia i otworzył własną firmę transportową, z ojcem, rodziną, budował każdą wolną chwilą. Teść, widząc Pawła w akcji, doradzał mu i pomagał.
Zofia pracowała już jako adwokat, zdobywając coraz więcej klientów, kariera szła dobrze, ale w życiu brakowało jej najważniejszego.
Ukończyli kurs rodziców zastępczych i zaczęli szukać swojego dziecka.
Nie minęło długo, nim opieka społeczna zadzwoniła. But to matka Pawła przekazała najważniejsze wieści.
– Zosiu, dzieci są! nie mogła się wysłowić przez telefon.
– Jakie dzieci? Lena zbladła, patrząc na męża.
– Smoleńscy spłonęli, pamiętasz? Sąsiadzi. Matka spisała odmowę praw rodzicielskich, opieka przejęła dzieci. A dzieci dobre! Znam je jak własne kurczaki! Starsze dziewczyny to złoto. Dzieci nie są wam obce O mnie mówią babciu od początku Myślicie? Nie miejsce dla nich w domu dziecka! Już i tak nie miały łatwo Przemyślcie to
– Spokojnie, mamo Paweł skinął żonie, która pędem zakładała buty. Uspokój się i czekaj, już jedziemy!
Tak Zofia została matką trojga na raz.
Siedmioletnia Sima i sześcioletnia Lena oswoiły się szybko.
– Nie bój się, pani. Widzimy, że jesteś dobra.
Dwuletni Marek od razu zaczął mówić na Zofię mama, chodził za nią krok w krok, zgadzając się na wszystko.
Rodzina nie mogła się pogodzić.
– Trójka cudzych dzieci?! Z ich historią! Jak ich przyznali?!
– Mamo, jestem prawnikiem
– Sama siebie wykształciłaś na zgubę! wybuchła matka, lecz Zofia ją uciszyła po raz pierwszy w życiu.
– Dość! Zawsze żyłam pod twoje dyktando, mamo. Teraz pora na moje decyzje!
Pierwszy raz w życiu nie posłuchała głosu matki.
Mijały lata.
Zofia pracowała zdalnie, skupiona na rodzinie, ograniczając pracę do minimum.
O tym, że jest w ciąży, dowiedziała się przypadkiem. Myślała, że to stres, aż Paweł postawił sprawę jasno:
– Do kliniki, Zośka!
– Ale po co
– To nie jest normalne!
Teściowa machnęła ręką znad patelni.
– Słuchaj męża! Wiem, co ci dolega powiedziała z uśmiechem.
– Co?
– I tak nie uwierzysz. Lekarz ci powie!
Kiedy Zofia usłyszała nowinę, popłakała się z niedowierzania.
– To niemożliwe!
Lekarz pokazał jej ekran USG.
– To jest pani niemożliwe. Malutkie, ale już widoczne.
Marcin urodził się zimą, niosąc radość i niekończące się obowiązki.
Sima i Lena przyjęły brata filozoficznie. Jeden więcej, jeden mniej matce trzeba pomagać, a to one umieją.
Marek reagował odwrotnie był zazdrosny, marudził i tulił się do Zofii.
– Mareczku, kochanie, przecież cię nie zostawiłam!
Długo tłumaczyła synkowi, że jest dla niej równie ważny.
Los znów spłatał figla pojawiła się Sonia.
To ona sprawiła, że Zofia w końcu pogodziła się z rodzicami, choć okoliczności były tragiczne.
Sonia była córką kuzynki Zofii, Agnieszki. Ta po ślubie wyjechała na Śląsk. Zofia wiedziała o dziecku tylko z opowieści rodziny. Gdy w nocy zadzwoniła matka dom stanął na głowie.
– Mamo, mów wolniej! Co się stało?
– Agnieszka jej Boże! Zawsze mówiłam, żeby na niego uważała! Nie żyje Została tylko Sonia! Komu potrzebna córka O Boże
– Spokojnie, mamo. Gdzie jest Sonia?
– Nie wiem
– Dowiem się, dam znać Halina przejęła sprawy w swoje ręce.
Wkrótce Zofia już wiedziała, gdzie jest Sonia.
Odebrała ją dopiero po pewnym czasie dziewczynka była przerażona, wycofana, bała się ludzi.
Zofia przychodziła w nocy do jej pokoju, siadała przy łóżku i szeptała:
– Jesteś w domu, Soniu. Już jesteśmy razem. Nikt cię nie skrzywdzi.
– Mamo przyjdzie jeszcze?
Pytanie, które ciągle zadawała Sonia, ściskało serce Zofii.
– Soniu, na razie jesteś u nas. Mama… już nie wróci…
Kiedy dziewczynka się w końcu domyśliła, przyjęła to w ciszy, przytulona do Zofii, i po raz pierwszy przyjęła uścisk od starszych sióstr.
Mijały tygodnie, ale krzyki po nocach nie cichły, mimo pomocy psychologa i wszelkich starań rodziny.
Sima i Lena robiły wszystko, by Sonia poczuła się jak u siebie.
– Babciu, czemu Sonia ciągle się boi? My się tak nie bałyśmy
– Moje dzieci! Jesteście silne choć los was nie oszczędził. Sonia ona zawsze miała matkę przy sobie, życia nie musiała się uczyć
– Co zrobić, babciu? Sonię trzeba jakoś pocieszyć!
– Strach leczy się miłością. Gdzie jest miłość, tam nie ma dla niego miejsca. Kiedy Sonia poczuje, że ją kochacie, to się ułoży.
Próbowały wszystkiego zabawki, spinki, nawet nowa bluzka nie zadziałały. Sonia powiedziała:
– Dziękuję, ale Oksana wszystko mi już kupiła. Wiem, że tę bluzkę bardzo lubisz.
Pluszowy miś z łatą trafił na biurko i już go nie brała do ręki.
Pomógł Marek. Teściowa przyniosła mu książkę o Indianach i zaskoczyła, gdy wnuk poprosił o powrót do domu.
– Marek, czemu? Chciałeś spać u babci?
– Muszę! powiedział poważnie, jak ojciec.
Teściowa nie komentowała. Gdy zjawili się później w domu, Marek popędził do pokoju dziewczynek, przywołał siostry i pokazał ilustrację.
– Patrzcie!
– Co to?
– To łapacz snów! Dla Soni! Niech jej łapie złe sny, nie będzie już krzyczeć!
Sima aż klasnęła i poprosiła o książkę.
Wkrótce cała trójka szyła, skręcała, nawlekała dwa gęsi Taty spędziły cześć piór, a Zofia biegła po mulinę i koraliki.
Marek siedział, wybierając koraliki, szeptał:
– Niebieska jak lubi Sonia, czerwona jak ja, żółta jak Sima, biała jak Lena
Sonia miała być zaskoczona nie pokazali jej, póki nie skończą.
Ale w nocy znów się wszystko powtórzyło Sonia zbudziła się z krzykiem, rzuciła się w ramiona Zofii.
– Nie oddawaj mnie!
– Moje dziecko! Nie krzycz, już jestem, nigdzie nie pójdę.
– I jemu?
– Komu, maleńka?
– Tacie…
Dopiero wtedy Zofia zrozumiała, że Sonia wie lub widziała coś okropnego.
Tym razem Zofia już wiedziała, że ma pięcioro dzieci i serce dla każdego.
Lekarze, przyjechawszy, nie skomentowali jej roztargnienia i wyglądu kobiety, która tuliła nieprzytomnie dziecko.
– Spadła?
– Nie ona, gorączka
– Uff, nie dziecko, to dobrze. Rano dzwońcie po lekarza.
Rano Zofia ocknęła się w dziecinnym pokoju, na ścianie wisiał nowy, kolorowy łapacz snów.
– Co to, Lena? spytała, głaszcząc Sonię po głowie.
– Łapacz snów! Zrobiliśmy z Simą i Markiem według pomysłu Marka. Chroni Sonię przed złymi snami. Ale chyba nie jest już potrzebny
– Czemu?
– Bo Sonia już ma taki.
– Jaki?
– Ciebie, mamo. Trzymała cię za rękę całą noc, nie krzyczała. To ty przegoniłaś te sny.
– Tak myślisz?
– Tak. A gdzie jeszcze liczyć jest tata, ja, Sima, Marek, babcia… Cała rodzina to jej łapacze snów!
I rzeczywiście.
Z kuchni rozległy się dźwięki dzieci, do środka zajrzała teściowa z Marcinem na rękach.
– Dzieci, obiad! A wam przyniosę tu. Jak Sonia?
– Już jej lepiej, nie ma gorączki.
– To dobrze! Ona po prostu potrzebuje miłości i bezpieczeństwa Czas wszystko zaleczy. A to co to? popatrzyła na łapacz snów.
– Dziewczyny zrobiły dla Soni.
Zofia uśmiechnęła się z ulgą. Dzieci szeptały, ktoś się roześmiał, samochód Pawła zatutał na podjeździe wszystko było na swoim miejscu.
Wreszcie wszystko ułożyło się jak trzeba Wszyscy w domu, wszyscy swoi.
A co będzie dalej czas pokaże.







