Kociaka spotkało wielkie nieszczęście został porzucony zimą, w samym środku mrozów, tylko dlatego, że wyszedł pozytywny wynik badania.
Pewnego mroźnego wieczoru natknąłem się na Staszka pod klatką jego własnego bloku w Warszawie. Zziębnięty, przerażony, bezradnie krążył wokół wejścia. Cicho miauczał, łapkami stukał w zimne, żelazne drzwi, a chwilami bezradnie próbował je podgryzać. Nigdy wcześniej nie był na ulicy całe życie spędził w cieple, na domowych kanapach, karmiony i dopieszczany. Zaufany, łagodny kocur patrzył z błagalnym spojrzeniem na każdego przechodnia: sąsiadów, przechodzących ludzi, nawet obcych. Ocierał się im o nogi, cały drżał, a w oczach było widać nadzieję na ratunek jakby prosił, by ktoś ocalił go przed bezlitosnym światem, do którego został po prostu wyniesiony prosto z ciepłej poduszki koło kaloryfera. Na śnieg i mróz, pod wiatr.
Powód był banalny i przygnębiający. Właścicielka Staszka znalazła ogłoszenie o rasowym, darmowym kocie do adopcji i zapragnęła kolejnego zwierzaka. Osoba prowadząca adopcję poprosiła, by obecny kot domowy przeszedł badania. Zrobiono testy i wynik wskazał na występowanie wirusa nabytego niedoboru immunologicznego kotów. Żadne objawy się nie pojawiały, sam wirus nie zagrażał ludziom, psom ani innym zwierzętom przenosi się wyłącznie między kotami.
Co więcej, Staszek miał wirusa tylko w wynikach laboratoryjnych jego odporność nie pozwalała chorobie się rozwinąć. Pani jednak nie chciała się zagłębiać w temat. Uznała, że chory kot nie jest jej potrzebny, bo może jest zaraźliwy nawet nie sprawdziła, że dla człowieka stanowi to zerowe ryzyko. Spakowała go i wyniosła dosłownie na śnieg.
Na szczęście portierka, pani Ewa, szybko zauważyła, że coś jest nie tak Staszek już nie próbował wracać do domu, tylko skulił się na mrozie, ledwo łapiąc oddech. Zaczynał zasypiać, a każdy wie, że drzemka na mrozie to wyrok. Pani Ewa nie przeszła obojętnie przygarnęła Staszka do swojej portierni, położyła na swojej własnej kurtce przy grzejniku i poczęstowała go tym, co miała na obiad. Zwykła kasza gryczana w tym momencie uratowała kociakowi życie ciepło i trochę jedzenia postawiły go na łapy.
Później trafił do schroniska. Był wychłodzony, rozchorował się, ale dostał fachową pomoc i powoli doszedł do siebie. Teraz Staszek jest znów w dobrej formie, odzyskał zaufanie do ludzi. Jest wykastrowany, zaszczepiony i posiada książeczkę zdrowia.
To jeszcze młody kociak, ma dopiero trzy lata. Niesamowicie czuły garnie się do człowieka, obejmuje łapkami, mruczy do ucha, jakby śpiewał swoje kocie melodie. Uwielbia łasić się i całować to jego ulubione zajęcie. Ciężko mu się rozstawać z wolontariuszami, zawsze żal mu wracać do klatki. Zdecydowanie jest kotem do mieszkania, do ciepłych zakamarków i dobrych rąk.
Patrząc na Staszka, zrozumiałem, że nawet najbardziej łagodne i ufne stworzenie można głupotą wyrzucić na mróz. Ale też to, że dzięki ludzkiej wrażliwości nawet tak skrzywdzone zwierzę może ponownie zaufać. Takie historie uczą, że prawdziwa odpowiedzialność za zwierzę to coś o wiele większego niż kaprys to decyzja, która powinna być zawsze świadoma i pełna serca.







