Poranna msza toczyła się spokojnie, bez pośpiechu. Wszystko przebiegało tak jak zwykle: znajome słowa modlitwy, te same twarze głównie starsze kobiety, nie więcej niż dziesięć osób. Ksiądz Marek sprawował posługę już dwadzieścia trzy lata i dawno przestał liczyć na to, że w zwykły dzień kościół nagle wypełni się wiernymi.
Był już niemal przy końcu mszy, gdy usłyszał cichutkie skrzypnięcie drzwi.
Uniósł wzrok i zamarł.
Przez nawę szła powoli kotka, zupełnie jakby spacerowała po własnym mieszkaniu.
Popielata, puszysta, z białą plamką na piersi. Ogon postawiony wysoko, pewny chód, jakby doskonale wiedziała, dokąd zmierza.
Parafianki zaczęły szeptać jedna się przeżegnała, inna złapała się za głowę. Kotka niewzruszenie przeszła obok obrazów i świec i właśnie przy ołtarzu położyła się w kłębek.
Zwinęła się, oparła łebek na łapach i zamarła. Tylko żółte oczy miała szeroko otwarte patrzyła nimi uważnie, nie mrugając.
Coś w środku księdza Marka się ścisnęło.
Poznał ją.
Boże, jak ona tu trafiła?
Ręce mu się zatrzęsły. Na chwilę przymknął powieki, próbując się skupić, ale zaraz miał przed oczami Zofię Weronikę.
Cichą, starszą panią o zmęczonych, łagodnych oczach. Mieszkała sama w starej dwupokojowej kamienicy na peryferiach. Do kościoła przychodziła każdej niedzieli, wolno, podpierając się laską, ale zawsze obecna.
I zawsze karmiła koty przy wejściu do klatki.
Przecież one też Boże stworzenia, proszę księdza powiedziała mu kiedyś, gdy przyniósł jej komunię do domu. Jak im nie współczuć?
A Bajka była jej szczególną ulubienicą. Popielata, puszysta kotka, którą pani Zofia znalazła jako maleńkie kocię odchowała, wykarmiła. Ta odwdzięczała się wiernością nie odstępowała pani na krok.
Kiedy ostatni raz odwiedził ją może trzy tygodnie temu Bajka siedziała na parapecie i uważnie patrzyła na starszą panią. Jakby wszystko rozumiała po swojemu.
Proszę księdza wyszeptała wtedy Zofia Weronika jeśli już mnie zabraknie, niech Bajki nie zostawi. To mądra kicia.
Wtedy tylko skinął głową i delikatnie ścisnął jej dłoń.
A teraz Bajka leżała pod ołtarzem.
I ksiądz Marek już wiedział. Wiedział i zrobiło mu się bardzo zimno w środku.
Msza skończyła się jakby we mgle.
Odmawiał końcowe modlitwy mechanicznie słowa same płynęły z ust, a w głowie miał tylko jedno: muszę iść. Teraz.
Parafianki rozchodziły się powoli, szepcząc, ze świeczkami w dłoniach. Kilka razy oglądały się za kotką ta ciągle leżała pod ołtarzem, nieruchoma.
Proszę księdza, a ta zaczęła jedna z kobiet, ale Marek tylko machnął ręką:
Potem. Wszystko potem.
Zdjął ornat, włożył zwykłą sutannę palce drżały tak, że ledwo przyszyte guziki dały się zapiąć.
Boże, oby się mylił.
Ale wiedział. Całym sobą nie mylił się.
Bajka uniosła głowę, gdy podszedł. Spojrzała mu długo w oczy, zamiauczała cicho.
Jeden raz.
Jakby mówiła: rozumiesz? No to dobrze.
Chodź szepnął Marek, wyciągając dłoń.
Kotka przeciągnęła się leniwie jak po śnie i ruszyła ku drzwiom. Poszedł za nią.
Na zewnątrz było pochmurno. Wiatr targał gołe gałęzie, śmigał suchymi liśćmi po chodniku. Do domu pani Zofii piętnaście minut spaceru.
Szedł szybko, nawet z lekkim pośpiechem. Bajka nie odstępowała łapki migały, ogon powiewał.
Byle zdążyć.
Choć przeczuwał: skoro kotka przyszła do kościoła, położyła się przy ołtarzu, wszystko już się stało.
W drodze przypominał sobie Zofię Weronikę jak siedziała przy oknie omotana szalem. Jak rozjaśniała się na jego widok. Jak drżącą dłonią żegnała się przyjmując Eucharystię.
Wie pan, proszę księdza mówiła wtedy, trzy tygodnie temu ja się nie boję. Naprawdę. Dobre życie miałam. Ukochanego męża, córkę wychowałam. Mam wnuki, chociaż daleko rzadko się widujemy. Ale Bóg mnie nigdy nie opuścił. Nigdy.
I nie opuści odpowiedział wtedy.
Westchnęła cicho:
Ja to wiem. Ale i tak bywa samotnie. Bajka przy mnie, wiadomo. Ale w domu tak cicho
Wtedy nie przywiązał do tych słów większej wagi. Pożałował jej, porozmawiał, pocieszył. Nie zrozumiał, że może żegnała się już po cichu.
Oto znajoma klatka szara, obdrapana, domofon wieki niesprawny. Trzecie piętro, winda nie działa jak zwykle.
Wspinał się powoli, trzymając się poręczy. Serce waliło z niepokoju, z pośpiechu, z lęku.
Bajka pobiegła przodem. Zatrzymała się pod drzwiami tymi, z odpadającą farbą, starym numerem 33.
I siadła.
Marek zapukał.
Raz. Drugi. Trzeci.
Cisza.
Wcisnął stary, skrzypiący dzwonek. Jego głuche brzęczenie rozległo się w mieszkaniu.
Nikt nie otwierał.
Pani Zofio! zawołał. Pani Zofio, to ksiądz Marek!
Cisza.
Przyłknął ucho do drzwi. Może nie słyszy? Wiek robi swoje.
Ale w środku było zbyt cicho.
Przysiadł na piętach, spojrzał na Bajkę. Kotka nie spuszczała wzroku z drzwi.
Drżącymi palcami wyciągnął telefon i wykręcił numer dzielnicowego tego samego, co rok temu pomagał, gdy bezdomny próbował wejść nocą do kościoła.
Halo, panie Andrzeju? Tu ksiądz Marek z parafii. Potrzebuję pomocy. Starsza pani nie otwiera drzwi. Boję się, że musimy wejść.
Głos funkcjonariusza był rzeczowy:
Adres?
Mickiewicza 8, trzecie piętro, mieszkanie 33.
Już jadę.
Ksiądz schował telefon i usiadł na podłodze, plecami do ściany.
Bajka podeszła, przylgnęła do sutanny, zanuciła żałosne mruknięcie.
Pogłaskał ją po miękkiej sierści.
Mądra jesteś szepnął. Zawołałaś mnie.
Kotka położyła się obok.
Siedzieli tak w milczeniu.
A Marek rozmyślał, jak rzadko odwiedzał tę cichą staruszkę. Jak nie zauważył, że mogła czuć się gorzej, niż pokazywała. Że może czekała.
Przebacz, pani Zofio. Przepraszam.
Komendant dotarł w kwadrans.
Andrzej Nowak korpulentny facet z podkrążonymi oczami z trudem wszedł po schodach. Zaskoczony ujrzał księdza siedzącego na korytarzu:
Ksiądz Marek? Co się stało?
Pani Zofia nie otwiera. Obawiam się głos mu się załamał.
Funkcjonariusz skinął głową. Wiedział, co robić.
Proszę zaczekać.
Zawarczał pięścią o drzwi, donośnie i służbowo.
Zofia Dąbrowska! Policja! Otworzyć!
Cisza.
Andrzej wyjął ze schowka krótki łom. Wsunął w szczelinę, naparł ramieniem, mocno nacisnął.
Chrupało, jęczało, drewno w końcu puściło.
Jeszcze jedno pchnięcie i zamek ustąpił.
Drzwi się otworzyły.
Z wnętrza uderzył stęchły zapach, woń leków i gęsta, niepokojąca cisza.
Ksiądz Marek przeżegnał się i poszedł za funkcjonariuszem.
Przedpokój znał dobrze. Na wieszaku zwisał kaszmirowy płaszcz pani Zofii, przetarty na mankietach. Przy drzwiach stały kapcie, równo ustawione.
W głębi korytarz i pokój po prawej.
Andrzej otworzył drzwi i zamarł.
Marek zaglądnął mu przez ramię.
Serce mu zamarło.
Pani Zofia siedziała w swoim fotelu przy oknie. Opatulona kocem. Ręce złożone na piersi. Głowa pochylona.
Wyglądała, jakby drzemała.
Tylko twarz jak z wosku, nieruchoma.
Jezu szepnął ksiądz Marek.
Funkcjonariusz podszedł bliżej, sprawdził nadgarstek, pokręcił głową:
Już kilka dni. Może trzy, może więcej.
Trzy dni.
Ksiądz Marek osunął się na kolana w progu.
Trzy dni leżała tu sama. W pustym mieszkaniu. Nikt nie przyszedł. Nikt nie pytał.
Córka w innym mieście, wnuki też daleko. Sąsiedzi? Kto dziś myśli o sąsiadach
Tylko Bajka.
Tylko ona została. Siedziała przy pani nie odeszła, chociaż okno było uchylone.
A potem, gdy wszystko zrozumiała, poszła do kościoła.
Znał pan ją dobrze? spytał patrolowy, wyciągając telefon.
Tak ksiądz z trudem przełknął ślinę. To moja parafianka. Dobra kobieta.
Trzeba powiadomić rodzinę. Dokumenty?
Chyba w szufladzie przy biurku Panie Andrzeju, sam zadzwonię do córki. Mam numer, zostawiła na wszelki wypadek.
Dobrze. Ja wezwę karetkę.
Marek podszedł do fotela i przyglądał się twarzy Zofii: spokojnej, jasnej.
Nie cierpiała. Bóg zabrał ją cicho, pewnie we śnie.
Przepraszam szepnął. Że nie zdążyłem odwiedzić. Że nie przyszło mi na myśl
Ostrożnie dotknął siwych włosów.
Przeżegnał ją i cichutko zaczął modlitwę za zmarłych. Słowa płynęły same, jak łzy.
A w drzwiach Bajka. Wzrok utkwiony w swoją panią.
W tej chwili Marek zrozumiał: ta kotka była przy Zofii bliżej niż ktokolwiek z rodziny.
Bliżej niż córka, która dzwoniła raz w miesiącu.
Bliżej niż wnuki, które odwiedzały raz w roku.
Bajka nie zostawiła jej nawet w ostatniej chwili.
Potem sama wybrała się do kościoła, zawołała pomoc.
Ksiądz ukląkł przed kotką i delikatnie wziął ją na ręce.
Kotka nie protestowała, przytuliła się i zaczęła mruczeć gardłowo, cicho.
Już dobrze wyszeptał. Zaopiekuję się tobą. Uroczystość będzie godna, po chrześcijańsku. A ty zostaniesz ze mną? Zgadzasz się?
Rozpłakał się.
Łzy kapały na popielatą sierść, a on głaskał ją i myślał, że prawdziwa miłość to nie słowa, a czyny.
Pogrzeb odbył się po trzech dniach.
Przyjechała córka blada, z zapuchniętymi oczami, cała w czerni. Wnuków nie przywiozła za daleko, mają szkołę, powiedziała.
Przyszło dwadzieścia osób z parafii głównie te same starsze panie, które ją znały. Śpiewali Wieczny odpoczynek cicho, drżącym głosem.
Ksiądz Marek prowadził uroczystość. Odmawiał modlitwy i patrzył na spokojną twarz Zofii pod białą chustką.
Przebacz, służebnico Boża. Za obojętność i zapomnienie.
A pod samą trumną, na zimnej posadzce kościoła, leżała zwinięta w kłębek Bajka.
Przyszła sama o świcie, gdy przywieziono trumnę.
Położyła się i nie odchodziła.
Córka próbowała ją przegonić, machnęła chustką:
Kysz! To nie miejsce dla zwierząt!
Ale Marek powstrzymał ją łagodnie:
Proszę zostawić. Niech pożegna swoją panią.
Kobieta chciała coś odpowiedzieć, ale spojrzenie księdza ją uciszyło.
Na cmentarzu też zabrali Bajkę. Nie zostawiłby jej samej. Trzymał ją na rekach podczas całej drogi.
Po pogrzebie córka podeszła do niego:
Dziękuję za wszystko. Że pan znalazł, poinformował
Nie mnie proszę dziękować odparł. Bajce. To ona mnie zawołała.
Kobieta patrzyła długo na kota z jakimś dziwnym wyrazem twarzy.
Niech ją ksiądz weźmie. Ja mam alergię, nie mogę.
I tak bym to zrobił uśmiechnął się Marek blado.
Córka kiwnęła głową i odeszła, nawet się nie odwracając w stronę świeżego grobu matki.
Ksiądz stał jeszcze chwilę.
Patrzył na wilgotną mogiłę, na tymczasowy krzyż.
Zofia Weronika. Cicha. Samotna.
Ilu ich w mieszkaniach i domach? Żyją, starzeją się, odchodzą i nikt nie zauważa. Nikomu niepotrzebni.
Tylko koty zauważają. I Bóg.
Pogłaskał Bajkę:
Chodźmy do domu?
Kotka mruknęła cichutko.
Od tamtej pory, w kościele na parapecie przy ołtarzu, zawsze leżała popielata, puszysta kotka.
Parafianie przynosili jej smakołyki, głaskali, szeptali:
Jaka mądra, święta duszyczka.
Ksiądz Marek tylko się uśmiechał.
A wieczorem, przed snem, siadał w fotelu, brał Bajkę na kolana i głaskał delikatnie po sierści.
Kotka przymykała oczy i mruczała.
A w jej żółtych oczach odbijało się światło wiecznej lampki przed ołtarzem.
Ciche. Niegasnące. Wieczne.
Nauczyłem się wtedy czegoś ważnego: dobroć mierzy się czynem, nie słowem, a wierność bywa większa u zwierzęcia niż u człowieka. I nie wolno zapominać o tych, którzy żyją samotnie to na nich najbardziej czeka Pan Bóg.







