Klinika na trzecim piętrze, pokój bez okna

„Powiedz mi prawdę" — powiedziała Danuta Wróbel. „Ile czasu mu zostało."

Magda Kowalska nie odpowiedziała od razu. Patrzyła na niebieską teczkę, którą trzymała na kolanach, na kartki pomięte na rogach od tych wszystkich nocy, kiedy sama Danuta przewracała je w domu. Osiemnaście lat pracuje jako pracownica socjalna w Szpitalu Wojewódzkim we Wrocławiu i mimo to to zdanie wciąż więźnie jej w gardle za każdym razem od nowa.

„Najbliższe dwa tygodnie dużo pokażą" — powiedziała w końcu. „Ale nie mogę ci niczego obiecać."

Danuta nie płakała. Wyjęła z torebki foliową torebkę z rogalikami z makiem, przełamała jeden na pół i podała połowę Magdzie, nie pytając, czy ta ma ochotę. „Wiesz, o czym myślę od samego rana?" — powiedziała. „Nie o chorobie. Myślę o tym, jak zapomniał o naszej rocznicy ślubu, a ja się obraziłam na cały tydzień. Teraz to wydaje mi się takie głupie, że złościłam się o coś tak małego." Żuła rogalika powoli, jakby ktoś żuł coś, żeby nie musieć powiedzieć jeszcze jednego słowa.

Telefon Magdy zawibrował w kieszeni fartucha. Spojrzała na ekran — numer siostry — i schowała go z powrotem do kieszeni, nie odbierając. Jeszcze nie teraz.

Później tego dnia spotkała Karolinę Nowak, trzydziestojednoletnią rozwódkę z Bielan, która przyszła z córeczką na kontrolę po przedwczesnym porodzie. Karolina siedziała z telefonem otwartym na kolanach, przesuwając palcem w przód i w tył po tym samym zdjęciu — dziewczynka z małą rurką tlenową w nosku. Nie podnosiła głowy, kiedy mówiła. „Płaczę co noc ze strachu, że ona nie da rady" — powiedziała, po czym odwróciła telefon, żeby Magda mogła zobaczyć. „Ale zobacz, jak patrzy w obiektyw. Oglądam to zdjęcie ze sto razy dziennie."

Magda podpisała dokumenty, umówiła kolejną wizytę kontrolną i wychodząc z gabinetu, zobaczyła, że Karolina wciąż tam siedzi, nieruchoma, znów przesuwając palcem po ekranie.

Zeszła do piwnicy, do pozbawionego okien pokoju z automatem do kawy, który wszyscy nazywają „pokojem personelu". Siedział tam Marek Zieliński, ratownik medyczny w pogotowiu od dziewięciu lat, obracając kubek czarnej kawy, która już wystygła, bo nie zdążył jej wypić. Nie podniósł wzroku, kiedy zaczął mówić.

„Mieliśmy wyjazd na wypadek na obwodnicy o piątej rano. Kierowca, dwadzieścia dwa lata, dachował. Robiliśmy reanimację w karetce. Dojechał żywy." Zamilkł, odstawił kubek, po czym znów go podniósł, znowu nie pijąc. „Dwa lata temu odpuściłbym ten przypadek w duchu. Pomyślałbym: kolejne ciało." Nie dokończył zdania. Wstał, wylał zimną kawę do zlewu i wyszedł bez słowa.

Magda została sama w pokoju. Telefon znów zawibrował — siostra jeszcze raz. Tym razem odebrała.

„Magda." Głos siostry był płaski, przygotowany. „Danuta Wróbel — była dziś u ciebie, prawda? Rodzina dzwoniła na oddział. On zmarł godzinę temu."

Magda stała z telefonem przy uchu, patrząc na pusty kubek po kawie, który Marek zostawił na stole. Nic nie powiedziała. Po zakończeniu rozmowy siedziała jeszcze minutę w piwnicy, sama, aż przyszła sprzątaczka wynieść kosz i dopiero wtedy wstała.

Wieczorem wróciła do domu na Krzykach, do mieszkania przy ulicy Grabiszyńskiej niedaleko parku. Wstąpiła do osiedlowego sklepiku pana Kowalskiego, kupiła mleko, którego wcale nie potrzebowała, a po drodze słyszała dzieciaki grające w piłkę na podwórku. Weszła do mieszkania, postawiła torbę na stole, nie otwierając jej, i stała tak przez długą chwilę.

Potem podeszła do szafy i spod stosu pościeli wyciągnęła starą zeszyt swojej matki — gęste pismo, bez okładki, zwykły zeszyt w linie, w którym matka pisała co wieczór, zanim umarła, pięć lat temu, na drugim piętrze dokładnie tego samego szpitala.

Otworzyła na ostatniej stronie, którą matka zapisała dwa tygodnie przed śmiercią: „Dziękuję za ten poranek, za kawę, która wystygła, zanim zdążyłam jej się napić, za syna, który zadzwonił i nie wiedział, co powiedzieć, i po prostu został na linii."

Magda przewróciła jeszcze jedną stronę wstecz, i jeszcze jedną, szukając głosu matki między wierszami, aż dotarła do pustej kartki. Usiadła na kuchennym krześle, wyjęła długopis z szuflady i napisała u góry strony: 29 września.

Pod datą napisała: „Danuta opowiedziała mi dziś o rocznicy, o której zapomniał. On zmarł wieczorem." Długopis się zatrzymał. Patrzyła na te słowa, przekreśliła cienką kreską pod „wieczorem" i tej nocy nie napisała już nic więcej. Zeszyt został otwarty na stole, obok kubka herbaty, który wystygł, zanim zdążyła go dotknąć.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Klinika na trzecim piętrze, pokój bez okna