"Powiedz mi prawdę," powiedziała Danuta Ostrowska. "Ile czasu mu zostało."
Michalina Wójcik nie odpowiedziała od razu. Patrzyła na niebieską teczkę, którą trzymała na kolanach, na strony pomarszczone na rogach od tych wszystkich razy, kiedy sama Danuta przeglądała je nocami w domu. Osiemnaście lat pracuje jako pracownik socjalny w wojewódzkim szpitalu w Katowicach, a mimo to to zdanie wciąż jej zastyga w gardle każdy kolejny raz.
"Najbliższe dwa tygodnie dużo pokażą," powiedziała w końcu. "Ale nie mogę pani niczego obiecać."
Danuta nie płakała. Wyjęła z torebki foliową torebkę z rogalikami z makiem, przełamała jeden na pół i podała połowę Michalinie, nie pytając, czy chce. "Wie pani, o czym myślę cały ranek?" powiedziała. "Nie o chorobie. Myślę o tamtym razie, kiedy zapomniał o naszej rocznicy ślubu, a ja się na niego złościłam przez cały tydzień. Teraz wydaje mi się to takie głupie, że złościłam się o taką drobnostkę." Żuła rogalika powoli, jak ktoś, kto żuje coś, żeby nie powiedzieć już ani słowa więcej.
Telefon Michaliny zawibrował w kieszeni fartucha. Zerknęła na ekran — numer siostry — i włożyła go z powrotem do kieszeni bez odbierania. Nie teraz.
Później tego dnia spotkała Justynę Krawczyk, trzydziestojednoletnią mieszkankę Chorzowa, po niedawnym rozwodzie, która przyszła z córeczką na kontrolę po przedwczesnym porodzie. Justyna siedziała z telefonem otwartym na kolanach, przesuwając palcem w tę i we w tę po tym samym zdjęciu — córeczka z małą kanką z tlenem w nosku. Nie podnosiła głowy, kiedy mówiła. "Płaczę co noc ze strachu, że ona nie przetrwa," powiedziała, a potem obróciła telefon, żeby Michalina zobaczyła. "Ale niech pani zobaczy, jak patrzy w obiektyw. Oglądam to zdjęcie ze sto razy dziennie."
Michalina podpisała formularze, umówiła termin na następną kontrolę, a wychodząc z pokoju zobaczyła, że Justyna wciąż tam siedzi, nie rusza się, przesuwa palcem po ekranie w kółko.
Zjechała do piwnicy, do pokoiku bez okna, który wszyscy nazywają "kawiarenką personelu". Siedział tam Robert Kaczmarek, ratownik medyczny już dziewiąty rok, obracając kubek z czarną kawą, która ostygła, bo nawet nie zdążył jej wypić. Nie podnosił oczu, kiedy mówił.
"Wyjazd na wypadek na czterdziestce, o piątej rano. Kierowca, dwadzieścia dwa lata, samochód dachował. Robiliśmy resuscytację w drodze. Dojechał do nas żywy." Zamilkł, odstawił kubek, podniósł go znowu, nie pijąc. "Dwa lata temu odpuściłbym ten przypadek w duchu. Pomyślałbym, kolejne ciało." Nie dokończył. Wstał, wylał zimną kawę do zlewu i wyszedł bez słowa.
Michalina została sama w pokoju. Telefon zawibrował znowu — siostra, po raz drugi. Tym razem odebrała.
"Michalina." Głos siostry był płaski, przygotowany. "Ta pani Ostrowska — była u ciebie dzisiaj, tak? Rodzina zadzwoniła na oddział. Mąż zmarł godzinę temu."
Michalina stała z telefonem przy uchu, wpatrując się w pusty kubek, który Robert zostawił na stole. Nie powiedziała nic. Po zakończeniu rozmowy usiedziała jeszcze minutę w piwnicy, sama, aż przyszła sprzątaczka opróżnić kosz i wtedy wstała.
Wieczorem wróciła do domu na katowicki Załęże, do mieszkania na ulicy Krasińskiego, niedaleko parku. Wpadła do osiedlowego sklepu pana Grzegorza, kupiła mleko, którego nie potrzebowała, a w drodze słyszała dzieci grające w piłkę na parkingu. Weszła do mieszkania, postawiła torbę na stole bez otwierania i przez długą minutę tam stała.
Potem podeszła do szafy i spod stosu pościeli wyjęła starą kajetę matki — ścisłe pismo, bez okładki, zwyczajny zeszyt w linię, w którym mama pisała każdego wieczoru przed śmiercią, pięć lat temu, na drugim piętrze tego samego szpitala.
Otworzyła na ostatniej stronie, którą mama zapisała dwa tygodnie przed śmiercią: "Dziękuję za ten ranek, za kawę, która wystygła, zanim zdążyłam ją wypić, i za syna, który zadzwonił i nie wiedział, co powiedzieć, i po prostu został na linii."
Michalina przewróciła jeszcze jedną stronę do tyłu, i jeszcze jedną, szukając głosu matki między wierszami, aż trafiła na czystą stronę. Usiadła na kuchennym krześle, wzięła pióro z szuflady i napisała na górze strony: 26 października.
Pod datą napisała: "Danuta opowiedziała mi dzisiaj o rocznicy ślubu, o której on zapomniał. Zmarł wieczorem." Pióro się zatrzymało. Popatrzyła na te słowa, przekreśliła krótką linią pod "wieczorem" i nie napisała już nic więcej tej noc. Zeszyt został otwarty na stole, obok kubka z herbatą, który wystygł, choć nawet nie zdążyła go dotknąć.







