W starym mieszkaniu przy ulicy Dąbrowskiego w Poznaniu, na trzecim piętrze, kot Bzik przestał udawać, że śpi. Leżał na parapecie, owijał ogonem doniczkę z uschniętym geranium i patrzył na Nerona. Pies siedział tuż przy drzwiach, z łapami na chłodnej podłodze, sierść na karku zjeżona jak szczotka do butów.
— Czujesz to samo? — Nero nie otworzył pyska, tylko drgnął nozdrzami.
Bzik zeskoczył na podłogę. Podszedł do szpary pod drzwiami, przyłożył do niej nos. Długo nic nie mówił. Za drzwiami Ewa się śmiała — tak jakoś za głośno, jakby ktoś ją podłączył do prądu. A obok jej śmiechu kręcił się drugi oddech. Ciężki, rwany, jakby człowiek zmuszał płuca do pracy.
— Męski. Obca skóra — mruknął kot. — I strach. Ten gość boi się własnych butów.
Nero obrócił łeb w stronę pokoju. — To po co przyszedł?
Bzik oblizał się powoli. — Żeby zabrać. Pytanie tylko co.
—
Ewa Lipińska, wdowa od trzech lat, mieszkała sama. Córka Martyna skończyła studia w Gdańsku, wyszła za mąż za informatyka z Gdyni i dzwoniła w każdą niedzielę po obiedzie. Ewa nie chciała jej mówić, że wieczorami boi się wracać do ciemnej kuchni, do garnka z wczorajszą zupą, do szumu tramwaju linii 5 za oknem. Więc nie mówiła. Zamiast tego zaczęła gromadzić zwierzęta.
Najpierw znalazła Nerona przy bazarze na Jeżycach. Mokry kundel z pękniętym ogonem i jednym okiem półprzymkniętym, jakby ktoś mu już raz nie zdążył zrobić krzywdy do końca. Ewa kupiła mu pasztetową w sklepie mięsnym i wróciła z psem do domu, choć miała w torebce tylko czterdzieści siedem złotych. Potem sąsiad z naprzeciwka, emeryt z plamami po occie na koszuli, przyniósł w kartonie po bananach czarnego kota. — Moja wnuczka go znalazła za śmietnikiem, proszę pani. U mnie nie może, bo chemię biorę na serce. Ale u pani…
Tak we trójkę ułożyli sobie jakoś życie. Kot sypiał na kaloryferze, pies na wycieraczce. Ewa doczytała do końca wszystkie książki o psach i kotach, które wypożyczyła z osiedlowej biblioteki przy ulicy Zwierzynieckiej.
Kiedy Marek pojawił się u niej po raz pierwszy, zwierzęta zamknięto w sypialni. Ewa założyła świeży obrus w kratę, wyjęła talerze z pawim oczkiem, które trzymała od osiemnastu lat dla specjalnych okazji. Marek przyniósł gwiazdki anyżowe i sok z pigwy z targu. Pies drapał w drzwi. Kot leżał na poduszce, zadem do szpary, ale jedno ucho miał postawione.
— Nie podoba mi się — powiedział Nero, kręcąc się w kółko. — Nie podoba mi się, jak ona mu dolewa herbaty.
— Mnie też nie. Ale cicho. Jesteśmy w sypialni, a nie w radiu.
Marek był wdowcem. Pracował jako kierowca autobusu, ale od pół roku na zwolnieniu. Mówił, że po wypadku na trasie do Swarzędza boi się wsiąść za kierownicę. Ewa słuchała i robiła mu kanapki z serem topionym, które on zjadał w trzy sekundy, nie zostawiając nawet okruszka.
—
Za drugim razem Ewa już ich nie zamknęła. Chciała, by przywitały go jak domownika. Nero obwąchał mu buty — czarne, z pęknięciem na przyszwie, przyniesione jakby z peronów dworca Poznań Główny. Bzik okrążył Marka kilka razy, zjeżając się za każdym razem, gdy mężczyzna wyciągał dłoń.
— Ten kot ma coś z diabłem — zażartował Marek, a w jego głosie coś zadrżało, jak pęknięta struna w pianinie Ewy.
— On tylko nieufny. Ale uroczy, zobaczy pan.
Bzik wskoczył na stół, kiedy Marek sięgał po cukiernicę, i trącił łapą filiżankę. Herbata chlusnęła na obrus. Ewa poderwała się, zaczęła zbierać łyżeczką płyn. Marek w tym czasie patrzył na kota z dołu, a jego twarz zrobiła się jak zmięta chusteczka higieniczna.
— Nie lubi mnie pani kot, no trudno. Może przyniosę mu coś smacznego następnym razem.
Kot zeskoczył i podreptał do kuchni. Po drodze potrącił miseczkę z wodą. Ewa wytarła podłogę ścierką, która pachniała płynem do naczyń. Nie zauważyła, że Marek w tym czasie sprawdzał palcem, czy klamka od balkonu nie jest poluzowana.
—
Trzeciej nocy Marek został. Ewa otworzyła butelkę wina z sokiem z czarnego bzu, które trzymała od imienin jeszcze za męża. Wypiła lampkę. Potem drugą. Nero patrzył, jak jej ruchy robią się wolniejsze, jak odkłada kieliszek i uśmiecha się, choć w kącikach ust ma pianę od wina. Bzik od początku wiedział, że coś jest nie tak.
Kiedy Ewa zaprowadziła ich do sypialni, żeby mieli spokój na noc, Bzik schował pod poduszkę małą drzazgę, którą wyciągnął z ramy okna popołudniem. Gdy drzwi się zamknęły, kot wsunął drzazgę pod skrzydło i popchnął. Zamek nie zaskoczył do końca.
Nero stanął przy nim. — Nie śpisz?
— Nie. Słuchaj. On teraz coś robi z kranem w łazience. Słyszałem, jak odkręcił wodę, ale tylko na chwilę.
Zwierzęta czekały. Za oknem przeszedł nocny tramwaj, zaburczał jak stary autobus. W mieszkaniu zgasło światło. Potem zapadła cisza, ale nie taka, po której się śpi. Taka, po której się zbiera siły.
Bzik pierwszy wyśliznął się na korytarz. Nero za nim. W sypialni paliła się mała lampka nocna z aniołkiem, którą Ewa dostała od córki na Gwiazdkę. Kot wskoczył na komodę i spod zmrużonych powiek zobaczył, co się dzieje.
Ewa leżała na łóżku, oddychała jak po tabletkach nasennych. Marek stał przy szafie. Wyciągał z jej wnętrza szarą tekturową szkatułkę po butach. W środku był plik banknotów — 18 000 złotych, które Ewa odkładała wnukom na kolonie, chociaż wnuków jeszcze nie miała. Obok szkatułki położył kopertę z aktem ubezpieczenia i srebrny łańcuszek z krzyżykiem po mamie Ewy. Wszystko wpychał do czarnej sportowej torby z logo drużyny Lecha Poznań.
Bzik nie czekał. Skoczył mu na plecy. Wbił pazury w skórę na karku. Marek zawył, rzucił się na ścianę, uderzył kota plecakiem, który miał na ramieniu. Bzik zleciał na podłogę, uderzając łbem o kant szafki. Zaczęło mu się kręcić w głowie, ale nie odpuścił.
Nero wpadł do sypialni. Rozpędzony, warknął z głębi trzewi. Chwycił Marka za nadgarstek i zacisnął szczęki. Marek wrzasnął tak, że szyba w starym oknie zabrzęczała. Próbował wyciągnąć rękę, ale pies trzymał. Mężczyzna rzucił torbę, torba upadła, banknoty rozsypały się po podłodze jak liście.
Napastnik rzucił się do okna. Otworzył je na oścież, chwycił się parapetu. Nero puścił nadgarstek, ale skoczył mu do łydki. Marek kopnął psa w żebra, wreszcie wdrapał się na parapet. Trzecie piętro. Kamienica Jeżycka, na dole chodnik z płyt trotuarowych, obok słup ogłoszeniowy.
— Stój! — wrzasnął Nero, ale Marek już leciał.
Na dole trzasnęły gałęzie sumaka, który rósł przy chodniku. Potem głuchy huk. Pies został przy oknie, patrzył w dół. Kot leżał przy szafce i nie ruszał się.
—
Sąsiedzi zadzwonili na numer 112, bo w starych kamienicach słychać wszystko przez cienkie ściany. Przyjechała policja i dwa zespoły ratownictwa. Jeden zabrał Marka, który skręcił kręgosłup i złamał nogę w kostce. Drugi znalazł Ewę śpiącą, ale dającą się obudzić — w winie był proszek, który Marek dosypał, gdy szła po ciasto.
Weterynarz, młody chłopak z przychodni przy ulicy Jana Pawła II, przyjechał do mieszkania po tym, jak Bzik nie otworzył jednego oka przez pół godziny. Położył kota na stole, przemył ranę, zszył trzy szwy. Nero siedział przy nim, dyszał mu w szyję, nie odszedł nawet, gdy sanitarz chciał go odciągnąć.
— Weźmie go pani do obserwacji na noc — powiedział weterynarz, bo Ewa już stała w koszuli nocnej, cała roztrzęsiona, trzymając w jednej dłoni szklankę wody, a w drugiej saszetkę mokrej karmy, której nie umiała otworzyć.
Bzik odzyskał przytomność nad ranem. Pierwsze, co zrobił, to kichnął Nero prosto w nos.
— Śmierdzisz weterynarzem — wychrypiał kot.
Nero położył łeb na stole, tuż przy łapach przyjaciela. — Ty śmierdzisz szwami. Leż. Nie ruszaj się, bo ci się skóra na czole zbierze.
—
Ewa siedziała na podłodze wśród rozsypanych banknotów i szczątków ramy okna. Pies leżał obok, pysk na jej kolanach. Kot spał w pudełku po butach, zawinięty w stary polar z kapturem.
— No i co my teraz zrobimy? — zapytała, patrząc na nich. — Zostało nas troje i nie ma nikogo, kto by nas pilnował.
Nero podniósł łeb. — Odebrała mi pani głos. To pani zawsze mówiła, że pies to najlepszy sąsiad.
Bzik otworzył jedno oko. — Pies gada głupoty. Trzeba wziąć się do roboty.
Ewa nie rozumiała, ale podniosła się, przestawiła doniczkę z geranium na parapet, gdzie nie było już szyby. Potem otworzyła szafkę po lekach. Wyjęła z niej kopertę z dokumentami. Na spodzie leżał dowód osobisty jej męża. Dotknęła go palcem, odłożyła.
Trzy tygodnie później Marek zadzwonił do drzwi. Stał pod nimi z adwokatem, na kuli, w ortezie na kostce. Ewa otworzyła, ale nie szeroko — tyle, żeby widzieć ich przez łańcuch.
— Pani Ewo, mój klient żąda odszkodowania za doznany uszczerbek — zaczął adwokat, rozkładając teczkę na chodniku.
Ewa słuchała. Potem wyjęła z kieszeni fartucha złożoną kartkę. Było to potwierdzenie przelewu. 18 000 złotych. Na konto fundacji „Cztery Łapy na Jeżycach”, z której przed rokiem przyjechał wolontariusz przywieźć karmę dla bezdomnych kotów i zostawił ulotkę.
— Nie mam już nic, panie mecenasie — powiedziała Ewa, rozprostowując kartkę. — Te pieniądze, o które panu Markowi chodziło, teraz karmią porzucone psy i koty. Może pan sprawdzić numer przelewu.
Marek oparł się ciężko na kuli. Jego twarz zrobiła się szara jak ściana kamienicy.
Ewa z kieszeni drugiego fartucha wyjęła pęk nowych kluczy. — Wymieniłam oba zamki. Wczoraj. Czterysta osiemdziesiąt złotych z montażem. Chce pan adres ślusarza?
Adwokat zaczął coś mówić o postępowaniu karnym, ale Ewa zdjęła łańcuch. Powoli, bez pośpiechu, zamknęła drzwi na nowy zamek. Klucz obróciła dwa razy. Zatrzask kliknął, głośno, jak wystrzał z kapiszona.
Nero podszedł do niej, zadowolony. Bzik, z blizną na czole i jednym uchem lekko przypłaszczonym, wskoczył na szafkę przy drzwiach. Patrzył, jak spod drzwi ucieka cień Marka wsiadającego do windy.
— Dwa razy przekręcić — mruknął kot do psa. — Tego się nie zapomina.
— Cicho. Może teraz pójdziemy spać. Na swoje legowiska, nie na podłogę.
Ewa przeszła do kuchni. Nalała do czajnika wody, włączyła go. Na oknie stał słoik z miodem po sąsiedzku. Otworzyła go, powąchała. Potem usiadła na stołku, a Nero położył się przy jej stopach. Bzik wskoczył na stół i wtulił nos w jej dłoń, która pachniała miodem i nowymi kluczami.







