Kiedy Walerian przychodzi do Zinaidy, ona niemal natychmiast robi się rozkojarzona z radości. To przecież szczęście zamienia ją w dziewczynę lekko nieprzytomną. Krząta się po mieszkaniu, poprawia włosy, ukrywa pod poduszkami porozrzucane ubrania, które przymierzała przed jego wizytą, i szybko wyciąga z włosów wałki. Następnie biegnie do łazienki, tam się czesze i maluje usta. Gotowa, w pełni wystrojona i czarująca, w końcu wychodzi do niego.
Trudno się dziwić, że Zinaida jest taka szczęśliwa. Zastanówcie się sami.
Zinaida jest samotną matką; tak naprawdę nigdy nie była żoną. Ot, trochę się “zaręczyła” z swoim Sergiuszem, ale potrwało to zaledwie miesiąc czy dwa. Potem Sergiusz wyjechał z Krakowa na swoją “historyczną ojczyznę” której nazwy Zinaida nawet nie zapamiętała. Może był z Mołdawii, może z Ukrainy. Tutaj handlował na targowisku, kim dokładnie Zinaida nie dociekała.
Tak więc, Sergiusz, światło jej oczu, zniknął, zostawiając Zinaidę lekko w ciąży. Troszeczkę ledwie dwa tygodnie, więc sama jeszcze nie była pewna. Jednak gdy Sergiusz nie wrócił na noc, ani przez następny miesiąc się nie pojawił, zrozumiała, że została… no cóż, sama z dzieckiem.
A po dziewięciu miesiącach urodziła ślicznego chłopca. Zupełnie jak ona piękny i urodziwy, a Sergiusz to był przecież prawdziwy niczym książę.
Trzeba przyznać, trafiło jej się spokojne dziecko. Spał niemal przez cały czas, a gdy się budził, uważnie i cierpliwie ssał matczyną pierś. Na szczęście mleka u Zinaidy było pod dostatkiem, jak u porządnej, wiejskiej krowy. Mogłaby bez problemu wykarmić jeszcze jednego niemowlaka.
Młody Staś wcale prawie nie chorował, nie łapał typowych dziecięcych przypadłości.
Imię dla niego wybrała przez przypadek Stanisław, na cześć Stanisława Mikulskiego, bo gdy była jeszcze w ciąży, trafiła w telewizji na stary film “Czterej pancerni i pies”. Zobaczyła tam porucznika, który przypominał jej trochę Sergiusza. “Nie miałam wyboru”, myślała Zinaida. Więc w metryce zapisała: “Stanisław Sergiusz Kowalczyk”. Powtarzała to potem wielokrotnie sama do siebie i za każdym razem brzmiało to jak najpiękniejsza muzyka temat z opowieści.
Staś był pogodnym dzieckiem. Gdy Zinaida musiała przygotować obiad albo posprzątać, rozkładała na podłodze koc, obstawiała wszystko krzesłami, i robiła w tym minipensjonacie miejsce dla Stasia. Dawała mu swoją starą torebkę, wałki do włosów, jakieś szmatki do zabawy, i dziecko siedziało cicho, bawiąc się godzinami. Nawet kiedyś, gdy Zinaida zagląda do pokoju i widzi, że głowa Stasia utknęła między krzesłami (chciał się wydostać zapewne), on nie płacze, tylko próbuje grubymi rączkami rozsunąć krzesła.
Gdy mały rósł, problemów z nim nie przybywało. Mama pozwalała mu wychodzić na podwórko, byle co dziesięć minut podchodził pod okno (mieszkanie Zinaidy miało parter) i wołał: “Mamo! Jestem tu!”
Zegarka Staś nie miał, więc podbiegał pod okno co trzy minuty, wołał: “Mamo! Jestem tu!”, aż w końcu mama odpowiadała: “Dobrze, synku!” Ale on nadal stał pod oknem. Wtedy Zinaida pytała: “Czemu nie bawisz się dalej?” A Staś odpowiadał: “Nie uśmiechnęłaś się do mnie…” więc mama prawdziwie się uśmiechała i Staś wracał do dzieci.
Pewnego razu zawołał z dworu swoje “mamojestemtu”, a kiedy Zinaida wychyliła się przez okno, zobaczyła, że przytula kotka:
Mamo, ciocia mi go dała. Powiedziała, że nazywa się Jeremi. I dodała, że będziesz szczęśliwa i że mamy go z tobą wspólnie pilnować.
Staś patrzył wtedy na mamę tak szczerze, że nie mogła zrobić nic innego, tylko posłać mu uśmiech. Po chwili dodała:
Jeremi pewnie głodny. Chodźcie do domu, dam mu mleka.
I Staś pobiegł z kotkiem na klatkę schodową. Szczęśliwy Staś. Jeremi jeszcze nie wyglądał na bardzo szczęśliwego.
I tak żyli sobie we troje, dopóki Zinaida nie poznała Waleriana.
Był w jej wieku, również nigdy nie żonaty, poważny facet, jeszcze całkiem młody. Pracował w zakładzie meblarskim i zarabiał nieźle. W soboty zwykle wpadał do Zinaidy na noc. Gadał mało, jadł dużo, pił niedużo. Zina zawsze przygotowywała dla niego wcześniej schłodzoną wódkę, podając ją w małym, ozdobnym kieliszku na krótkiej nóżce. Walerian szczególnie lubił te kieliszki.
Tym razem wszystko przebiega jak zwykle. Walerian wchodzi, wita się w przedpokoju z Stasiem. Siada na kanapie w pokoju, podczas gdy Zinaida kończy swój przygotowawczy rytuał. Potem cała czwórka Staś z Jeremim na kolanach siadają razem przy stole oglądają telewizję, po czym zasiadają do obiadu.
Po obiedzie, zgodnie z tradycją, wszyscy kładą się na krótką drzemkę, planując wieczorem spacer po parku.
Kiedy Zinaida zamyka drzwi do pokoju Stasia i wtula się pod kołdrę obok Waleriana, kładąc głowę na jego ramieniu, pierwszy raz zaczyna się rozmowa o przyszłości:
Myślę, żebyśmy na razie mieszkali u ciebie zaczyna Walerian. Potem się przeprowadzimy gdzieś razem, żeby było więcej miejsca. Albo może wynajmiemy moje mieszkanie, to będzie dodatkowy dochód Ale wiesz, Zinaida, powiem ci jedno Kotów nie znoszę. Będziemy musieli oddać tego waszego Jeremiego
Jeremi poprawia Zinaida, wyraźnie spięta, słucha z uwagą.
No tak, waszego Jeremiego milknie na chwilę, po czym poważnie dodaje: A Stasia wyślemy do mojej mamy na wieś. Po co ma tu siedzieć? Tam powietrze świeże, szkoła porządna. My przecież jeszcze młodzi jesteśmy, swoich dzieci będziemy mieli całą gromadę.
Głowa Zinaidy opiera się ciężko o jego ramię i już się nie porusza. Trwają tak w milczeniu przez kilka minut. W końcu Zinaida wstaje, błyskawicznie narzuca na siebie szlafrok, idzie do fotela, podnosi jego spodnie i wyciąga w jego stronę.
No to weź swoje niewyprane portki Zakładaj je i zmykaj
Dokąd?
Do swojej mamy, na wieś. Tam świeże powietrze A nam trojgu świeżego powietrza wystarcza tutaj, w naszym parkuWalerian przez chwilę wpatruje się w Zinaidę, zaskoczony, jakby szukał słów i uzasadnień. Potem zbiera swoje rzeczy, zakłada marynarkę, mruczy pod nosem coś niezrozumiałego i wychodzi, zamykając drzwi znacznie ciszej, niż by się mogło wydawać po takiej rozmowie.
Zinaida przez chwilę stoi, patrząc w przestrzeń, aż do pokoju po cichu zagląda Staś z kotem na rękach.
Mamo, Walerian nie będzie z nami mieszkać?
Zinaida pochyla się, bierze Stasia na kolana i tuli mocno, aż Jeremi zamiaucza z oburzeniem. Patrzy chłopcu prosto w oczy.
Widzisz, Stasiu, czasami dorośli nie rozumieją, co to znaczy dom. Ale my już to wiemy, prawda?
Staś kiwa głową, uśmiechając się szeroko, a kiedy kot gramoli się zirytowany na podłogę i przeciąga się, Zinaida czuje lekkość. On pierwszy wieczór bez przelotnego cienia smutku w sercu rozlewa się w ich trójkę uśmiechów, mruczenia, dziecięcego chichotu.
Tego wieczoru robią naleśniki, potem otwierają okno, wpuszczając letni wiatr. Siedzą we trójkę przy kuchennym stole: Staś lepi miny swoim naleśnikiem, Jeremi łapie muchę, a Zinaida patrzy na nich jej własnych, prawdziwych ludzi. Ich dom, który wybrała sama, i którego nikt jej nie zabierze.
Bo przecież szczęście to nie liczba pokoi i meblowe plany. Szczęście ma właśnie twarz dziecka czekającego pod oknem, ciepłe futro kotka na kolanach i dom pachnący świeżym ciastem.
I wreszcie, kiedy za oknem gaśnie światło dnia i rozbłyska pierwsza złota latarnia, Zinaida uśmiecha się do siebie. Nic więcej jej nie potrzeba. Wystarczy tutaj tu, gdzie zawsze ktoś na nią czeka.






