Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć, co ostatnio dzieje się u Zosi. Zawsze, kiedy Wojtek przychodził do niej w gości, aż głupiała z radości serio, śmiała się, latała po mieszkaniu jak poparzona, zaczynała poprawiać makijaż, chować na łóżku ciuchy, które przed chwilą przymierzała specjalnie dla niego, wyplątywała wałki z włosów Potem biegła do łazienki, żeby się uczesać, pociągnąć usta szminką i w końcu, jak już była gotowa i szczęśliwa, wychodziła do niego cała promienna.
I w sumie nic dziwnego, że tak się cieszyła, nie? Sytuacja była taka Zosia samotna mama, właściwie to nigdy nawet formalnie nie była mężatką. Miała tylko taki prawie-związek z jakimś Mateuszem, co to pobyli razem z dwa miesiące, a potem on się zawinął z Krakowa gdzieś w swoje rodzinne strony. Nawet do końca nie wiedziała, skąd dokładnie jest czy z jakiejś dziury pod Radomiem, czy spod Lublina, bo u nich przez jakiś czas handlował na rynku jabłkami albo czymś takim. No i tyle go widzieli.
Zanim się zorientowała, została sama i już z małym lokatorem na pokładzie, że tak powiem. Bo wtedy miała może dwa tygodnie ciąży i sama jeszcze o tym nie wiedziała. Jak Mateusz już się nie pojawił przez prawie miesiąc, to Zosia już była przekonana tak, została z tym wszystkim sama.
No i urodziła, w swoim czasie synka, prawdziwą kruszynę! Ale ładny był, jak z obrazka. A nie mogło być inaczej Zosia sama śliczna, a Mateusz też niczego sobie. Synka nazwała Sławek, bo jak była w ciąży, obejrzała przypadkiem jakiś stary film Czterej pancerni i pies, i tam był taki Sławek i już nie było dla niej innej opcji. W akcie urodzenia wpisała: Sławomir Mateusz Żurawski. Sama to imię parę razy przed snem powtarzała i cieszyła się, jak ładnie brzmi.
Mały Sławek to był taki promyk radości. Zosia miała szczęście: dziecko spokojne, spało dużo, budziło się tylko na karmienie, które trwało tyle, ile trzeba. Na szczęście Zosia mleka miała wystarczająco, jak porządna krowa w gospodarstwie. Spokojnie wykarmiłaby drugiego.
Jak większość dzieci, Sławek prawie nie chorował, omijały go te wszystkie niemowlęce przypadłości. Zawsze, kiedy musiała coś zrobić w kuchni albo posprzątać, rozkładała mu koc na podłodze, obstawiała krzesłami i do środka tej twierdzy wsadzała Sławka. Dostawał do zabawy stary portfel mamy, wałki do włosów i jakieś szmatki siedział, bawił się w ciszy, bez marudzenia. Nawet kiedy raz utknął głową pomiędzy nogami krzesła chciał chyba przejść na drugą stronę nie płakał, tylko cicho sapał i próbował się wydostać tymi swoimi pulchnymi rączkami.
Jak Sławek podrósł, problemów z nim nie było. Wypuszczała go na podwórko przed blokiem, tylko zawsze kazała, żeby co dziesięć minut wybiegał pod okno na parterze i wołał: Mamo, jestem tu!. Zegarka nie miał, więc przylatywał co trzy minuty, aż się Zosia nie pokazała i nie odpowiedziała: Dobrze, synku! Ale on i tak czekał i patrzył, aż się do niego uśmiechnie. Jak nie, to pytał: No, czemu się nie uśmiechasz? Musiała się wtedy uśmiechnąć naprawdę, żeby znowu pobiegł do dzieci na plac zabaw.
Pewnego popołudnia woła z podwórka Mamo, jestem tu!, a jak Zosia wygląda przez okno, to widzi, że syn mocno tuli kotka.
Mamo, pani mi dała tego kotka, mówi, że ma na imię Izydor opowiada przejęty. I jeszcze powiedziała, że będziesz się cieszyć, i żebyśmy razem o niego dbali.
Tak był szczery, że Zosia tylko się uśmiechnęła i mówi:
Izydor na pewno zgłodniał, zabieraj go do domu, dam mu mleka!
Sławek wpadł więc z kotkiem do klatki schodowej, szczęśliwy cały. I jak Ci powiem, tylko kotek był trochę mniej zadowolony na początku.
Tak sobie żyli we trójkę, znaczy się do czasu, aż Zosia poznała Wojtka. Chłop ten sam wiek co ona, kawaler jeszcze, w porządku facet, stanowczy, i zarabiał dobrze w fabryce mebli. W soboty przychodził do Zosi na noc gadał mało, jadł sporo, pił umiarkowanie. Zosia specjalnie dla niego schładzała w zamrażalniku flaszkę wódki i dawała mu do tego taki specjalny kieliszek z grubego szkła lubił je bardzo.
Tamtego wieczoru wszystko było po staremu. Wojtek przyszedł, przywitał się ze Sławkiem, usiadł na kanapie i czekał, aż Zosia odstawi swoje przedprzygotowania. Potem zjedli obiad we trójkę a właściwie w czwórkę, bo Izydor już też się zaliczał. Sławek trzymał go na kolanach.
Po obiedzie tradycyjnie wszyscy przysnęli przed planowanym wieczornym spacerem po parku. I potem, jak Zosia zakładała Sławka spać i opierała głowę o ramię Wojtka, pierwszy raz zaczęli poważniej rozmawiać:
Myślę, że na razie zamieszkamy u Ciebie, później coś większego ogarniemy, może moją kawalerkę wynajmiemy, żeby było trochę ekstra złotych Tylko wiesz, Zosia, powiem szczerze kotów nie lubię. Trzeba będzie znaleźć jakiś dom dla waszego Izydora.
Izydor się nazywa poprawiła Zosia, trochę się spiąwszy w środku.
No, właśnie. Izydora zamyślił się na chwilę, po czym dodał poważnie, jakby już to dawno przemyślał:
A Sławka wyślemy do mojej mamy na wieś. Co? Świeże powietrze, szkoła na miejscu, a my jeszcze młodzi, narobimy sobie własnych dzieci ile wlezie.
W tym momencie głowa Zosi aż zesztywniała na jego ramieniu cisza przez parę minut. W końcu wstała, owinęła się szlafrokiem, wzięła jego spodnie z fotela i wręczyła mu:
No to weź swoje gacie. Załóż je i jazda.
Ale gdzie?
Do swojej mamy, na wieś. Tam świeżego powietrza Ci nie zabraknie. Nam trzem wystarczy tlen z krakowskiego parku.






