Wiesz co, muszę Ci coś opowiedzieć, coś bardzo osobistego, co wydarzyło się kilka lat temu. To był okres, kiedy życie wywróciło mi się do góry nogami, a ja sama byłam cieniem człowieka. Wtedy trafiłam do domu dziecka w Warszawie miałam tam zrobić zdjęcia dzieciom, które najtrudniej było umieścić w rodzinie.
Wchodzę do grupy i patrzę siedzi maleńka dziewczynka z ponurą, pofałdowaną twarzyczką, jakby postarzała się za wcześnie. “Jaka brzydka dziewczynka…” pomyślałam w pierwszym odruchu, aż mi teraz wstyd. Ale potem zaczęłam ją fotografować. I wtedy ją zobaczyłam. Przez tę nieruchomą, zrezygnowaną maskę. Ona nagle ożyła.
Trudno jest uchwycić wzrok dziecka, które nie zna miłości. A ta dziwna dziewczynka patrzyła prosto w obiektyw, nie odrywając oczu. I wtem zobaczyłam jej duszę. Samotną, tak przeraźliwie samotną. Cierpiącą. Tam nie było nawet nadziei tylko pierwszy w jej życiu moment, kiedy ktoś ją zauważył. Zauważył duszę odrzuconą, rozumiejącą więcej, niż powinna. Taką samą, jak moja. I potem odwróciła wzrok, a w jej oczach zebrały się łzy.
Pytam opiekunkę: “Co możesz mi powiedzieć o Iwonce? Muszę coś napisać”. “Ale co tu mówić?” odpowiada. “Co potrafi? Co mówi?” “Ona nic nie potrafi. Nic nie mówi. Cały czas tylko siedzi w szpagacie i buja się aż do podłogi. Jak się buja, to jęczy. Nic o niej nie opowiem. Ona jest… żadna”.
Dwa miesiące przed tym spotkaniem zmarła nam najmłodsza córka. Wiesz, cały mój świat runął wtedy na ścianę, wszystko, co znałam, po prostu się skończyło. Ale my byliśmy żyliśmy dalej, w jakimś innym życiu, tym PÓŹNIEJ. Chodziliśmy, mówiliśmy, jedliśmy udawaliśmy normalnych, żeby nie przestraszyć reszty dzieci. Żeby dać nadzieję, której sami prawie nie mieliśmy. Jechałam wtedy na zdjęcia, ryczałam w samochodzie, potem wycierałam twarz śniegiem i szłam, niby zwykła kobieta, rozmawiałam normalnym tonem, uśmiechałam się na siłę. To wszystko było na pokaz
Wcale nie szukałam żadnego dziecka na miejsce tej, którą straciliśmy. Ja po prostu chciałam przeżyć. I wtedy pojawiła się Iwonka ze swoją samotnością i rozpaczą, jakby była stworzona do tego, żeby trafić w moją pękniętą duszę. Chociaż przecież tysiące razy widziałam w tych projektach dziecięcą samotność, czekanie dzieci na kogoś… a ta była jakaś moja.
W domu powiedziałam mojemu złotemu mężowi: “Nie wiem, jak zacząć tę rozmowę i co mi jest, ale zrobiłam dziś zdjęcia jednej dziewczynce, cały czas o niej myślę… Może powinnam przynajmniej zaproponować, żebyśmy ją zobaczyli?”. Paweł mówi: “Ty chyba nie jesteś sobą. Jaka dziewczynka? My ledwo oddychamy”. “Tak, wiem, nie jestem sobą. Ale chyba nigdy już nie będę. Trzeba nauczyć się żyć tak, jak jest”.
Pojechaliśmy do domu dziecka zobaczyć Iwonkę. Opiekunka ją przyprowadziła. Była drobniutka, z tą samą dziwną, płaską buzią, ledwo człapała bokiem. Zamiast nosa miała wieczną zieloną smarkatą smugę. Myślę: “Boże, jaka ona brzydka, przecież to prawie jak niedorozwinięty zarodek człowieka…”. Sama nie wiem, co wtedy we mnie zobaczyłam…
Iwonka dotknęła zabawki, którą przynieśliśmy, opadła na pupę, rozstawiła nogi i zaczęła się bujać szybko, niemal sięgając czołem podłogi.
W tym czasie pani dyrektor mówiła podniosłym tonem:
“Pani Lado, przecież to dziecko nie jest nawet lekko opóźnione! To głęboka niepełnosprawność intelektualna! Tu nie ma żadnych rokowań. My ją kierujemy do OPS-u. Ona jest kompletnie niezdolna do nauki, od niej zrezygnowało SIEDEM rodzin. Nic nie robi, nie mówi, tylko siedzi w szpagacie i się buja. My ją nazywamy Naszą Wolińską taki nasz przypadek”
I wtedy mój mąż na którego bałam się spojrzeć powiedział: “Wie pani co, a nam się ta dziewczynka podoba. My ją weźmiemy”.
Potem pytałam: “Czemu tak powiedziałeś? Przecież nie chciałeś?”. Paweł odpowiedział: “Zrozumiałem, że trzeba ją uratować. I że poza nami nikt już nie pomoże”.
Adoptowaliśmy Iwonkę i zostawiliśmy dom dziecka w konsternacji.
Iwonka była w głębokiej depresji. Nie wierzyła w świat dla niej świat był wrogi, zimny, zdradliwy. Przez dwa lata jej nikt nie zauważał. I przez te dwa lata nie miała żadnego wpływu na otoczenie. Nie potrafiła prosić. Nie umiała się bawić. Wszystko niszczyła i łamała. Bała się wszystkiego, wpadała w histerię aż do utraty tchu. Jadła tylko papki. Ledwie chodziła. Bała się wody, nocnika, taty, ciemności, wiatru, windy, samochodu
We mnie wyło moje własne cierpienie. Na zewnątrz wyła Iwonka. Wiem, czemu nie zaleca się adopcji dziecka w żałobie człowiek nie ma już sił. Wszystko idzie na to, żeby się samemu nie rozpaść. A dziecko potrzebuje ogromnych sił. A ja czerpałam swoje z naszej tragedii.
Powtarzałam sobie: “Twoje nieszczęście to nic przy bólu tego dziecka. Straciłaś córkę, ale masz syna, córkę, męża, mamę, przyjaciół, dom, pracę. Iwonka nie miała nic. Nic. Jej jest dużo ciężej”.
Wiesz, kim okazało się to rachityczne, przygasłe, przekreślone, bezustannie jęczące, depresyjne stworzenie, które wzięliśmy do rodziny w stanie zamroczenia?
Okazało się naszą cudowną córeczką Iwonką. Bajka się krótko opowiada, a w praktyce 9 lat minęło, odkąd jest z nami.
Iwonka stała się kimś, kim zawsze miała być według Bożego zamysłu lekką, radosną, trochę flirtującą z życiem, dobrą i cierpliwą, czułą, wrażliwą i bardzo wyrozumiałą dziewczynką o pięknym sercu. Uczy się w zwykłej szkole w klasie logopedycznej. Chodzi na… nurkowanie! Nurkowanie, wyobrażasz sobie?
Opowiada mi: “Mamo, tym razem z nurkowaniem od razu nauczyłam się oddychać i zmienić ustnik pod wodą”. I w tym momencie zawsze płaczę.
Teraz Iwonka jest na obozie nurkowym w Trójmieście. Poleciała tam samolotem, ma 11 lat. Dzwoni i szczebiocze: “Mamo, tu jest przecudnie, kąpaliśmy się, tylko był sztorm i morze się wyziębiło! Ale już ciepło, przywieźli nam pianki, jutro znowu schodzimy pod wodę! Na kolację była ryba, oddaliśmy ją kotom, tu jest tyle kotów, a wiesz, nie lubię ryby! Ale jadłam puree. Byliśmy na spacerze w górach, 13 kilometrów, prawie nogi mi odpadły Jest tu ślicznie i są drzewa z Czerwonej Księgi! Poznałam fajne dziewczyny! Kupiłam krakersy za te pieniądze, które mi dałaś, i wszystkich częstowałam, bujamy się na hamaku Tęsknię za Tobą!”.
Bo ją uratowaliśmy. Uratowaliśmy ją i siebie nawzajem. Razem, na tej łupince dobijającej do brzeguCzasem myślę, że Iwonka uratowała też mnie. Dała mi powód, żeby znów oddychać głęboko, nawet jeśli wciąż boli. Bo widzę, jak cud potrafi wykiełkować z czyjegoś najgłębszego pęknięcia jak tam, gdzie się najbardziej boimy spojrzeć, czeka nowe życie. Może nie do końca takie, za jakim tęskniliśmy, ale własne, odważne i pełne miłości, choćby czasem w strupach i niedoskonałościach.
Przypominam sobie pierwsze zdjęcie Iwonki, to z zaciśniętą buzią i smutnymi oczami. Dziś, kiedy patrzy prosto w obiektyw widzę uśmiech, zobaczyłam prawdziwe światło. I jeśli ktoś mnie zapyta, czy cudem można nazwać spotkanie dwóch potłuczonych dusz, zawsze odpowiem: można. Bo takie cuda piszą zwykli ludzie, kiedy się nie poddają.
Czekam na nią przy oknie, wyobrażając sobie, jak wraca z tego morza, opalona, roześmiana już nie ta żadna, ale nasza własna, jedyna. I myślę sobie, że czasem największą siłą jest po prostu objąć kogoś i nie puścić. Nawet jeśli na początku tylko się trzymacie, żeby nie utonąć. A potem okazuje się, że nauczyliście się razem pływać, oddychać, żyć tak mocno, jak nigdy przedtem.
Cisza wieczoru otula dom, a ja, po tylu latach, już się nie boję. Bo wiem, że wszystko, co najważniejsze, jest tutaj z nami.







