Jeżyk

Jeżyk

Znowu?! wykrzyknęła Lena, czytając wiadomość w grupie przedszkolnej i rzuciła telefon na kanapę.

Co tam, mamo? Julia oderwała się od zeszytu i spojrzała na matkę.

Konkurs znowu! Mam już tego naprawdę serdecznie dość! Po co komu to wszystko?! I jeszcze oddać trzeba pojutrze. A ja jutro mam dyżur 24h. Kiedy ja mam to wszystko robić?

Chcesz, to ja zrobię? Julia przesunęła na bok podręcznik do matematyki. Z lekcjami jestem prawie na finiszu. Tylko matematyka mi została, ale to i tak jutro od Pauliny spiszę. Zadanie jest bez sensu, nic nie rozumiem i może mi coś wyjaśni.

Nie ma mowy, córko, zajmij się swoimi sprawami. Brakuje jeszcze tylko tego! Zaraz koniec semestru i testy na karku.

A co z Wojtkiem? Znowu będzie smutny. Pamiętasz, jak ostatnio płakał, gdy wszystkim rozdano dyplomy, a jego pracy nawet nie obejrzano? Robił ją przecież sam

Dlatego jej nie obejrzano! Leny zmarszczyły się jeszcze bardziej. U nas przecież sami Malczewscy i Kobro. A jak malują, to jakby zaraz do Beksińskiego trafić. I to nie dzieci, tylko rodzice działają. Naprawdę, czy dziecko zrobiło te cuda na konkurs? Ale to nie to mnie najbardziej denerwuje.

A co?

To, że panie wychowawczynie wspólnie próbują mi wmawiać, że to wszystko prace wykonane przez dzieci. Ty byś to zobaczyła! Nawet dorosłemu nie zawsze by się udało…

Mamo, a czemu wszyscy milczą? Nikt się nie buntuje? Robią i robią. U mnie w pierwszej klasie tak było, dopóki jakaś mama nie powiedziała, że dość tej szopki i niech dzieci same robią.

To jak wasza pani Irena zrezygnowała z prowadzenia plastyki?

No! Julia parsknęła śmiechem. Jak się cieszyliśmy! A potem pani Sylwia powiedziała, że wszystko robimy SAMI. I dała nawet dwóję Ninie, co przyniosła maskotkę, zrobioną przez mamę na szydełku. Najpierw ją pochwaliła, a potem kazała wszystkim przynieść włóczkę i szydełko. Pamiętasz?

A jakże! Po co ja wtedy o dziesiątej w nocy latałam po sąsiadach? Pewnie, że pamiętam.

No właśnie! Ninę posadziła przed klasą i poprosiła, żeby zrobiła kółeczko. Nie umiała, dostała dwóję. Nie pamiętasz?

Zapomniałam… To przecież lata temu.

Takie konkursy powinny nagradzać rodziców, nie dzieci, żeby dzieci nie płakały mówiła Julia, odkładając długopisy do piórnika i wstając. Może zrobić ci herbaty? I Wojtkowi opowiem bajkę?

A wiesz co, poproszę! Lena podeszła i objęła Julię, całując w skroń. Ale wyrosłaś! Już nie sięgnę do czubka głowy, jak kiedyś. Cała w ojca…

Daj spokój, mamo odparła Julia, lekko się odsunęła. Nie mówmy o nim.

No to nie będziemy. Idź, nastaw wodę, a ja jeszcze muszę wykonać jeden telefon. Dałaś mi świetny pomysł.

Przytuliła jeszcze raz córkę, po czym lekko ją popchnęła.

Leć!

Patrząc na prostą jak od linijki sylwetkę Julii, Lena zadumała się. Co za przeklęta genetyka Ona sama była krępa, blondynka o kobiecych kształtach, a Wojtek też był cały w nią jasne włosy i solidna budowa. Za to Julia żywy posąg, smukła, jakby wykuta dłutem, cała energia i ruch. Nienaganna postawa, długa szyja, delikatne nadgarstki. Cała ojca i babcię ze strony taty. Teściowa Leny była kiedyś baletnicą. Nie gwiazdą, raczej Trzynasta łabędzica z Jeziora Łabędziego. Ale i ona miała tę samą plecy, żelazną wolę no i pracowitość. Tylko usposobienie inne, bo Julia wyssała z mlekiem matki serdeczność, a nie zawziętość.

W Leninym domu nigdy nie brakowało zwierząt, które Julia systematycznie przynosiła z ulicy, leczyła i oddawała w dobre ręce.

Z licznego małego zwierzyńca został w domu tylko stary, ogromny kot, znaleziony przez Julię poprzedniej zimy. Były takie mrozy, że odwołano lekcje nawet w podstawówkach. Julia została z Wojtkiem w domu, bo przeziębił się poważnie. Lena poszła na nocny dyżur, a Julia przygotowywała zupę i okazało się, że w domu nie ma cebuli. Spojrzała groźnie na Wojtka: Oglądaj bajki i nie rusz się z kanapy! wyłączyła płytę grzewczą i poleciała do sklepu obok. Wracając, poślizgnęła się przy schodach i zobaczyła czujne, miodowe spojrzenie. Na górnym stopniu siedział kot. Wielki, czarny niczym noc. Futro miał w dredy, gałki oczne załzawione, miejscami zdrowo łysy. Kocur miał tak obojętną minę, że Julii zrobiło się przykro, otarła łzy i zapytała:

Zmarzłeś? Chcesz ze mną?

Kot nic nie powiedział. Owinął łapy pod siebie i patrzył jej prosto w oczy, jakby pytał Po co komu ja?

Julia przykucnęła na zimnych schodach.

No chodź, nie bój się… Zginiesz tu. A ja cię naprawdę potrzebuję.

Kot patrzył długo, w końcu stuknął rozlazłą łepetyną w jej dłoń i powoli podniósł się.

No, tak! Julia się ucieszyła i wstała, mimo bolących pleców. I nie bój się Wojtka. On głośny, ale jeszcze nikomu nigdy nie zaszkodził.

Lena, kiedy zobaczyła następnego dnia to łysiejące cudaczysko, tylko machnęła ręką.

On pewnie długo nie pożyje…

Mamo, ale chociaż w cieple, prawda?

Nie powiedziałam, że nie… Niech zostanie.

Nie miała siły protestować. W ogóle energia Leny była na oparach mechanicznie chodziła do pracy, coś tam w domu robiła, próbowała dbać o dzieci, ale miała wrażenie życia w galarecie, która zlepia i odkleja wszystko, co wokół, było lepkie, kłopotliwe i średnio potrzebne. Poza Julią i Wojtkiem. Dzieci były motorem napędowym.

Mąż Leny nie odszedł z dnia na dzień. Przez ponad rok miał dwie rodziny i wiecznie rozważał, gdzie mu lepiej. Leny obecność już od dawna nie cieszyła, ale on wyjść nie zamierzał.

Ty może nie pałasz miłością, ale dzieci mnie potrzebują.

Mieszkali więc osobno, na szczęście mieszkanie na warszawskim Ursynowie było wystarczająco duże. Julia słowem się nie zająknęła, gdy mama wprowadziła się do jej pokoju i rozłożyła się na wąskiej wersalce. Julia rozumiała więcej niż niejedna dorosła pani.

Lenie było wiadomo, że były małżonek ma już nowego syna, chyba pół roku młodszego od Wojtka, i kobietę blondynkę w stylu Warszawa, Mokotów, dwa auta na kredyt. Konkurować z nią Lenie nie przeszło nawet przez myśl. Szczupła, wymodelowana, z designerskim chłopcem. Znowu blondynka… Lena prychnęła z goryczą, oglądając ex-męża z nową rodziną.

Pierwszy raz od pół roku poszła pieszo przez Łazienki, ciesząc się ciepłą, suchą jesienią. Kopała kolorowe liście, wdychała orzeźwiające powietrze i myślała, czy da się jeszcze jakoś tę układankę złożyć od nowa. Po półgodzinnej grze w myśli zrezygnowała z tabletek na uspokojenie śmiała się przy wiewiórkach gonionych przez psa na smyczy. Tak, jej były facet kiedyś będzie właśnie takim siwowłosym panem z postawą byłego wojskowego. Przy nim będzie nowa żona, nie ona. Nie będzie żadnych rosołów na działce, weekendów nad morzem, skoków w góry… Nic już nie będzie.

Zawróciła na pięcie i omijając męża z rodziną, ruszyła do wyjścia, decydując: od dziś zaczynam nowe życie.

Tego samego wieczoru spakowała jego walizki i gdy zaczął się produkować, powiedziała spokojnie:

Idź już.

Raczej byłby dalej dyskutował, ale zza pleców wyszła Julia i powtórzyła cicho jak echo:

Idź

Gdy za nim zamknęły się drzwi, Lena osunęła się po ścianie na podłogę.

Mamo, co się dzieje?! Julia patrzyła z przerażeniem.

Lena przymknęła oczy, wzięła oddech i rzuciła:

Nastaw wodę. Herbata dobrze mi zrobi…

Dzieci zniosły rozstanie różnie. Wojtek był jeszcze mały i mama mu w zupełności wystarczała, bo ojciec i tak spędzał z nim mało czasu. Gorzej z Julią. Przestała się odzywać, by nie martwić mamy, ale po nocach przewracała się w łóżku i liczyła cienie liści na suficie, szukając w nich sensu. To i zmęczenie w końcu doprowadziło ją do rozklejenia. Lena zapisała ją do psychologa, bez większego skutku. Dopiero gdy pojawił się kot Kazio sytuacja się poprawiła.

To dzieci nadały mu imię, a przywiązały się do tego potwora na tyle, że nawet Lena zaczęła z nim prowadzić nocne Polaków rozmowy. Kazio nie miauczał, nie pchał się na kolana, lecz siedział obok, a Lena mogła wyszeptać mu wszystko: smutki, żale, plany i niepowodzenia. I, dziwnie, kot nigdy nie uciekł. Spoglądał miodowymi ślepiami, jakby rozumiał wszystko.

Kiedy Julia stała się spokojniejsza, Lena miała pewność, że i ona zwierza się Kazikowi. Jakby od niechcenia rzuciła do córki:

Jakbyś chciała oddać kota, to nie zgadzam się. Zostaje z nami.

Po roku Kazio, wypielęgnowany i wykarmiony, wyglądał już zupełnie po domowemu. Kiedy koleżanki pytały Lenę o życie uczuciowe, ona żartowała:

Najlepszy facet już ze mną mieszka. Nie chodzi w skarpetkach, zupę zostawia na drugi dzień i zawsze mnie wysłucha.

Po rozstaniu nawet nie myślała o nowych związkach. Czuła się jak lalka z uszkodzonymi stawami wszystko w niej było sztywne i wykrzywione. Jedyną radością zostali dzieci.

Przez jakiś czas przedszkole Julii wspominała tylko miło wszystko to bal przebierańców, kiecki, buciki, kokardki. Ale z Wojtkiem było trudniej. Kadra przedszkola nowa, rodzice zafascynowani działalnością społeczną, wszyscy chcieli się popisać, tylko czasu nikt nie miał.

Były mąż, wyrzucony za drzwi, oznajmił urzędowo, że Lena może zapomnieć o alimentach bez wyroku sądowego. I tyle, proszę bardzo, radź sobie sama. Wiedział, że jej pielęgniarska pensja nie pozwoli utrzymać dzieci na dawnym poziomie. Myślał, że wróci na kolanach. Tymczasem Lena po dwóch miesiącach ostrej oszczędności znalazła drugą pracę. Energii nie miała, ale przynajmniej nie musiała go już o nic prosić. Tylko… czasu na przedszkolne konkursy miała już zero.

Na początku jakoś to było bałwanka czy wycinankę zrobi się w pół godziny. Julia pomagała ile mogła, Wojtek spinał się, że on sam wszystko zrobi. Ale dziecko raz, drugi poświęciło czas, a opiekunki jego pracę rzuciły w kąt i nawet nie pochwaliły. Potem matka została wywołana na dywanik i zjechana za to, że nie angażuje się wystarczająco w życie przedszkola. Była oburzona, ale rodzice przerwali monolog wychowawczyni i wyrazili uzasadniony sprzeciw.

Proszę państwa, rozpoczęła pani Alina, nasze dzieci to nasze przyszłe społeczeństwo! Jeśli nie poświęcacie im pół godziny na zrobienie pracy, to… jakimi jesteście rodzicami? Przecież dzięki takim akcjom można spędzić razem czas!

Dalej już nie słuchała. Przed oczami stanął jej Kazik i jej własna kuchnia, gdzie za chwilę, z herbatą w ręce, dzieci opowiedzą jej co się działo w szkole i przedszkolu I to będzie jej czas, nie na głupoty.

Po zebraniu uciekła, nawet nie słuchając pytań przewodniczącej rady rodziców.

Lena, zadzwonię do ciebie!

W duchu postanowiła wyłączyć dźwięk w telefonie.

Minął tydzień od zebrania, a dziś przyszła kolejna wiadomość o konkursie. Lena się zagotowała. Dość! Jeśli konkurs dla dzieci to dzieci go robią! Jeśli dla rodziców proszę uprzejmie. Pogadała z trzema mamami i jednym tatą z grupy Wojtka, pomysł się spodobał.

W dniu imprezy Lena szła do przedszkola w świetnym humorze. Jeśli się nie uda trudno, ale od dziś nie pozwoli już nikomu robić z siebie wyrodnej matki.

Praca Wojtka, jak zwykle, stała w najdalszym kącie na najwyższej półce. Lena podeszła, przesunęła damulkę z masy solnej, odsunęła origami, po czym postawiła jeżyka syna w centralnym miejscu.

Pani Leno, co pani robi? spytała zaskoczona pani Alina. Za chwilę zacznie się wystawa.

Właśnie dlatego chcę, żeby praca mojego syna, wykonana przez niego, była widoczna. Lena poprawiła plakietkę i odsunęła się.

Widziała, jak wychowawczyni poczerwieniała, ale nie śmiała ruszyć jeżyka. Wojtek był zachwycony, widząc, że inni doceniają jego robótkę, nawet ktoś pochwalił, słyszał to wyraźnie i pęczniał z dumy.

Sala stopniowo wypełniała się dziećmi i rodzicami, wszyscy ogarniali zamieszanie, stroje, fryzury. W końcu przenieśli się do sali muzycznej, gdzie odbył się występ.

Koncert wyszedł cudownie. Wojtek wyrecytował wiersz, który wyuczyła z nim Julia, zatańczył z Basią walczyka. Lena pomyślała nawet, że tancerz z niego niezgorszy, może odziedziczył coś po babci baletnicy. Z rozmyślań wyrwała ją pani Alina, ogłaszająca wyniki konkursu. Dzieci po kolei odbierały dyplomy i czekoladki od rady rodziców Wojtka wśród nagrodzonych nie było, tak samo, jak innych, co próbowali sami.

A teraz pani Alina kończyła już ceremonię, gdy Lena wstała i, bez pytania, weszła na scenę.

Teraz głos mają rodzice!

Część rodziców uśmiechała się, wiedząc o co chodzi. Część patrzyła zdezorientowana. Lena po drodze wzięła od mamy Szymka plik dyplomów i zawołała mamę Zosi z torbą pełną słodyczy.

Najpierw dziękujemy wszystkim paniom z przedszkola za cudowną imprezę! Doceniamy, że wam się CHCE! rzuciła Lena, na co sala jednomyślnie odpowiedziała oklaskami.

Ale! Skoro nagrodziliśmy wszystkie cudowne rękodzieła nagradzamy też dzieci, które nie zdobyły nagród, choć starały się jak mogły. BRAWO!

Rozdała dyplomy i lizaki, dzieci rozpromienione, znikła obraza. Wtedy Lena kontynuowała:

No i… teraz nagrody specjalne dla NAJPIĘKNIEJSZYCH prac dorosłych! Gratulacje dla rodziców za udział! wręczyła ogromnego lizaka pani przewodniczącej, która kompletnie nie wiedziała, czy się śmiać, czy płakać.

Lena, co ty robisz?

Spokojnie, sama nie wygrałaś! mrugnęła i kontynuowała rozdawanie prezentów.

Nikt nie wyszedł bez dyplomu i nagrody, a po imprezie wystawa została rozdzielona na dwie półki: jedna tylko dla dzieł rodziców, druga ZROBIŁEM SAM!, z napisem wykonanym przez Julię, na której dumnie siedział jeżyk Wojtka.

Gdy Lena z Wojtkiem wychodzili do domu, on przytulił swój dyplom.

Mamo?

Co, kochanie? Lena spojrzała na szczęśliwego syna.

Jak dali mi dyplom, to znaczy, że mój jeżyk ładny?

Pewnie! Najlepszy! Sam go zrobiłeś, nawet Julia nie pomagała.

Ale trochę krzywy

Za to Twój!

Wojtek szedł w podskokach, próbując dotrzymać kroku.

A jesteś ze mnie dumna?

Lena zatrzymała się gwałtownie, a Wojtek prawie przewrócił się z rozpędu. Uklękła przy nim, patrząc prosto w oczy.

Jestem z ciebie bardzo dumna! Jesteś samodzielny i nie prosiłeś o pomoc, choć mogłeś! Pomagasz mi, chociaż wiem, że czasem nie jest łatwo. Przecież to ty wczoraj pozmywałeś, nie Julia. Bardzo ci dziękuję. Rośniesz na prawdziwego mężczyznę!

A co to znaczy?

Lena zamyśliła się.

To ktoś, kto sam rozwiązuje swoje kłopoty, umie podziękować za pomoc, wie, że nie ma obowiązków tylko damskich ani tylko męskich. Kto dba o rodzinę i daje czas innym. Jak mycie naczyń wczoraj Julia mogła dzięki temu zdać sprawdzian z chemii!

A jak mieć czas?

O tym opowiem ci kiedy indziej.

Może zorganizujemy sobie dziś małe święto?

Tak!

To trzeba kupić tort?

Koniecznie!

Tego wieczoru Lena, z ulubioną herbatą z tymiankiem (nie z torebki z ogródka!), patrzyła jak dzieci żartują, Kazio mruży ślepia w kącie, i pomyślała, jak łatwo uszczęśliwić kogoś małego wystarczy powiedzieć jesteś ważny.

Telefon uciszony powędrował na dno torebki; z grupowego czatu wypisała się następnego dnia poprosiła mamę Zosi, by informowała ją tylko o najważniejszych rzeczach. Potem jeszcze długo śmiały się z tego, jakie miny mieli wszyscy dorośli na tym pamiętnym wręczaniu lizaków.

Dwa lata później Wojtek zostanie kadetem, a jego krzywy jeżyk będzie stał na kuchennej półce obok imbryka, który przywiezie Lena od Julii z Warszawy.

Lena zaś, samotna tylko przez chwilę, pozna nowego partnera niepodobnego zupełnie do pierwszego męża pana Ignacego Kalinę. Nie wysoki, przy kości, wesoły. Da jej dokładnie to, o czym w sekrecie marzyła: spokój, troskę i miłość na późnozakwitłej działce z grillami i różami, wakacje w Sopocie, wspólne spacery nad Wisłą. I jeszcze… pokocha dzieci jak swoje. Gdy Julia przyjedzie na święta, zobaczy jak jej matka z panem Ignacym idą przez park za ręce, śmiejąc się i rozrzucając kolorowe liście. I pomyśli, że chciałaby mieć w życiu dokładnie to samo: z kimś, kto słyszy sercem choćby milcząc i czasem wystarczy tylko wspólna herbata.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Jeżyk