Jabłuszko

Jabłuszko

– Jesteś dokładnie taka jak twoja matka!

– Jaka, babciu? zapytałam z lekkim niepokojem. Sama nie wiedziałam, po co napinam się, jakby trzeba było się bronić przecież to babcia!

– Taka sprytna! Ona też nigdy nikogo nie słuchała! I ty taka sama!

– Ale czego powinnam słuchać?

– Mnie! Powinnaś mnie słuchać! I szanować! Bo jestem starsza i wiem więcej o życiu! Rozumiesz?

Patrzyłam zaskoczona na babcię Zofię – trochę rozczochraną, zarumienioną ze złości, z drżącym palcem niemal u mojego nosa. Skąd w niej takie wymagania względem mnie? Przyszła znikąd i od razu roztoczyła nad domem swoją władzę.

Zaczęłam nerwowo przebierać palcami, jakbym miała w dłoniach moją ulubioną gumkę. Gdyby tak uprościć ten dzień! Dodać tu światła, tam cienia Nie lubię spięć, krzyków mama zawsze powtarzała, że rozsądni ludzie słuchają i potrafią usłyszeć drugiego.

– Słuchaj uważnie, Marysiu! powtarzała mama. Tak, jak króliczek! Wiesz, dlaczego króliczki tak dobrze słuchają? Bo lis potrafi skradać się po cichutku jak odwróci uszka, źle słucha, to zaraz lis go dogoni i … zje!

– Nie trzeba! wtedy, mając pięć lat, patrzyłam z przerażeniem na mamę.

– No właśnie, nie trzeba! Dlatego króliczki muszą dobrze słuchać i być szybkie! Wtedy lis ich nie dopadnie.

Zostało mi to w pamięci. Teraz, gdy byłam już niemal dorosła, przyznawałam mamie rację, choć w dzieciństwie uznawałam, że przesadza.

Babci Zofii nie znałam właściwie do tamtego roku. Mieszkałam z mamą w małym miasteczku nad Bałtykiem, chodziłam do przedszkola, kłóciłam się, a potem godziłam z Anią i Jagodą, a potem razem biegałyśmy na lody na niewielką promenadę. Potem była szkoła, Kuba, pierwszy pocałunek przy zachodzie słońca.

I zawsze była mama…

Ścisnęłam w dłoni wielką kulkę udającej turkus, zawieszoną na bransoletce własnoręcznie zrobionej przez mamę.

– Może nieprawdziwa powtarzała ale patrz, jaka ładna! Czasem, Marysiu, to, co jest prawdziwe, potrafi być bardzo gorzkie i nieprzyjemne. Zastępstwo bywa lepsze niż nic.

– Ale dlaczego?

– Pamiętasz, po co pokłóciłaś się z Anią?

– Bo powiedziała, że jesteśmy biedni i dlatego nie mam markowych trampek, tylko szyte przez wujka Marka. Powiedziała, że ona wie, jak wyglądają prawdziwe trampeki.

– I miała rację. Twoje trampeki rzeczywiście są od wujka Marka. Ale nigdy nie mówiłam, że to jakieś oryginały, prawda?

– No nie.

– Ale są z dobrej skóry, ładne i uszyte z sercem. Wujek Marek inaczej nie potrafi. Lubisz je?

– Bardzo!

– No to co za różnica, czy mają metkę? Ludzie lubią udowadniać wyższość znaczkami i logo. To tylko pozory. Najważniejsze, czego nie widać.

Długo o tym myślałam. Wymyłam własny pokój i maminy, zanim przyszłam do kuchni, gdzie mama robiła moje ulubione morelowe powidła, i zapytałam:

– Mamo, to Ania nie jest moją przyjaciółką? Skoro raz jest miła, a raz dogaduje? Wiem, że jej się moje trampki podobały, tylko się nie przyznała.

– Skąd wiesz?

– Jagoda mi powiedziała. Ania zrobiła awanturę w domu, aby mama kupiła jej jeszcze ładniejsze buty.

– Oj, Marysiu mama odstawiła drewnianą łychę i przytuliła mnie. Nie bądź zbyt surowa. Ania też jest jeszcze dzieckiem.

– Ja nie jestem dzieckiem!

Uniosłam się, patrząc mamie w oczy. Byłam zła na siebie, że pomyślałam o przyjaciółce źle.

– Dla mnie zawsze będziesz moją dziewczynką pogłaskała mnie mama po włosach. Ja swoją mamę straciłam jeszcze wcześniej i bardzo bym chciała mieć jeszcze szansę stać się znowu dzieckiem, które można przytulić…

Od dawna już nie miałam do kogo się przytulić…

Zabrakło wtedy mamy. Potem pojawiła się babcia Zofia, ot tak, niespodziewanie.

Nie wiedziałam, że mama zaczęła z nią korespondować i zaprosiła ją, bo sama zaczęła chorować.

– Dzień dobry, Krystyno! Już myślałam, że się nie spotkamy! babcia Zofia wtoczyła się w upalny czerwiec przez furtkę, sapiąc ze zmęczenia. Gorąco, na Mazurach lepiej było!

– Dzień dobry, pani Zofio odpowiedziała mama z dziwną nutą w głosie, której nigdy wcześniej nie słyszałam.

– To jest Marysia? Babcia zmierzyła mnie wzrokiem. Nic po tacie! Jesteś pewna, że to Szymona córka?

Mama tylko uśmiechnęła się półgębkiem, a mnie jakoś przeszedł lekki dreszcz. Skoro mama żartuje, musi być ok

Ale babcia nie przypadła mi do gustu. Głośna, gwałtowna, nieznośnie porządkująca wszystko na swoją modłę.

– Wieczny bałagan! Jak chcesz wychować dziewczynę, jaką z niej zrobisz żonę? Pierwszy lepszy z domu ją wygoni!

Mama tylko wzruszała ramionami i ze spokojem patrzyła, jak babcia przestawia dom na swoją modłę. Koty cierpliwe przez nią wytrzymały dzień, a potem pouciekały na dwór. Tylko Benio pies, podarunek od wujka Marka, najpierw czmychnął pod werandę i tylko szczekał, gdy babcia podnosiła głos.

– No nareszcie ktoś rozsądny w tym domu! Psy nie są do mieszkania! zauważyła babcia. Koty zniknęły z oczu.

Wtedy po raz pierwszy postawiłam się babci wygarnęłam, że koty i Benio zostają, bo tu jest ich dom, a babcia jest gościem. Mama była w szoku, ale babcia… tylko się uśmiechnęła i komentowała po swojemu.

– Jednak nasza krew! Porządne jabłko od jabłoni nie upada daleko! Krystyno! Mogłaś moją wnuczkę utemperować!

Od tamtej pory koty mogły spać na kanapie, choć babcia dalej na nie fukała.

Ale potem wszystko przyspieszyło lekarze, szpitale, nowi znajomi… Czas zaczął pędzić, a ja nie umiałam go zatrzymać, choć bardzo tego chciałam. Mama była jeszcze taka młoda! Była mi tak bardzo potrzebna…

Wiosną, już po powrocie mamy ze szpitala i pierwszych ciepłych dniach, gdy uchyliłam okno, by poczuć powiew znad morza, szeptałam do niej:

– Mamo, twoja wiśnia zaraz zakwitnie!

– Chciałabym ją zobaczyć, Marysiu… Spróbuję…

Ale już nie zdążyła. Zabrakło jej pewnego marcowego poranka.

Po mamie zostały mi tylko zapiski i list, który babcia Zofia oddała mi czterdziestego dnia.

– Weź, teraz możesz. Przeczytaj dokładnie poleciła.

Na kopercie widniało tylko Marysi. Zajrzałam do środka już na osobności, w swoim pokoiku, z Pączkiem, moim kotem, położonym mi na kolanach.

*

“Marysiu! Przestań płakać! Jesteś dzielna dziewczyna, po co te łzy? Życie jest piękne i trzeba je doceniać! Nie trać czasu na to, czego nie możesz zmienić. Pewnie uważasz, że miałyśmy za mało czasu… a ja sądzę odwrotnie. Dostałyśmy od losu bardzo dużo. To twoja historia masz prawo znać ją w całości.

Może zacznę od tego, jak poznałam twojego tatę. Był wyjątkowy. Jak go pierwszy raz zobaczyłam, od razu się zakochałam, choć przyjaciółki pytały: ‘Naprawdę? Przecież rudzielec!’ Ale dla mnie był jak promień słońca. Trochę masz po nim piegi, oczy, nos. Cała reszta jest moja.

Twoja babcia Zofia to dobra kobieta, tylko niełatwa. Zawsze była emocjonalna, głośna, czasem szorstka, ale szczera i uczciwa.

Czemu jej nie znałaś? To już moja wina. Pokłóciłyśmy się, kiedy byłaś mała. Z twoim tatą było nam dobrze, do chwili, gdy wybrał sobie inną kobietę. Tak się zdarza, Marysiu…

Nie dlatego, że nie kochał mnie, albo ciebie. Po prostu odnalazł swoje miejsce. A prawdy nie potrafił udawać, był lojalny, chociaż to wtedy bolało. Babcia Zofia chciała nas pogodzić. Jednak się pokłóciłyśmy tak bardzo, że potem nie umiałam zrobić kroku wstecz i powiedzieć przepraszam. Nawypowiadałyśmy sobie wiele bzdur…

A przecież powinnam pamiętać, jak to ona wspierała mnie gdy leżałam w szpitalu w ciąży i lekarze nie wróżyli najlepiej. To ona pomagała w domu, troszczyła się i uczyła mnie gotować na parze.

Babcia Zofia zaakceptowała nową kobietę ojca pokochała też ich dzieci. Masz rodzeństwo. Jeśli zechcesz, babcia wam siebie przedstawi. Rozważ to. Im więcej masz wokół siebie bliskich, tym lepiej.

A teraz przyszłość: ucz się! Wiem, że jesteś zdolna i masz talent do rysowania. Nie pozwól nikomu decydować za siebie, sama wybieraj swoją drogę. Ja poprosiłam Zofię, żeby ci pomogła. Mam też niewielkie oszczędności wystarczą na początek. Potem sama dasz radę. Pamiętasz, jak malowane przez ciebie torby chętnie kupowali turyści? W Gdańsku czy Warszawie pójść ci jeszcze lepiej! Realizuj marzenia. Wierzę, że przyjdzie dzień, gdy twój wernisaż odbędzie się w którejś z wielkich galerii i będę mogła być z ciebie dumna, patrząc z góry.

Wytaruj łzy! Kocham cię! Będę czuwać…”

Twoja mama

*

Długo jeszcze siedziałam na podłodze, Pączek spał na dywaniku, a ja próbowałam zebrać myśli i wziąć się w garść. Mama powiedziała: nie płacz!

W końcu przyszła babcia, zapaliła światło i powiedziała konkretnie:

– Wstawaj! Zrobimy herbatę i pogadamy życiem trzeba żyć, nie płakać!

Jej “artystycznych” pomysłów nie popierała, suszyła głowę, że “księgowa zawsze sobie poradzi, a artystka, to nie wiadomo”. Ale nie przejmowałam się babcia tylko pokrzyczała, zaraz potem marudziła, kiwała głową i mówiła coś o krnąbrności odziedziczonej po matce. Powiedziała też, że miała trudność mnie odnaleźć, bo mama zmieniła mi nazwisko i imię.

– To wujek Marek nam pomógł tłumaczyłam.

– Jeszcze z nim pogadam! warczała, ale zaraz na nowo martwiła się o mnie i szykowała kanapki.

Patrzyłam na nią wdzięczna bo mimo burczenia była blisko. Kiedy postawiłam sprawę jasno chcę studiować na ASP, a nie rachunkowość tylko pokiwała palcem:

– No to dobrze! Pojeżdżę z tobą i dopilnuję, żeby coś z ciebie było! Obiecałam twojej mamie, to muszę dotrzymać słowa!

*

Kilka lat później, w małej galerii na warszawskiej Starówce, chodziliśmy razem wśród mojego pierwszego wernisażu. Babcia rudowłosa i trochę dziarska, ja z synkiem Stasiem na rękach, mój chłopak Maciek (długa szyja, krzywe okulary, uroczy typek).

– No to jak? zapytałam, chociaż już sto razy obiecałam sama sobie, żeby nie dopytywać o opinię.

Babcia fuknęła, otarła wnuczkowi nosek, podtrzymała go i mruknęła:

– Dobrze! I ramy ładne, i całość w porządku! Ale trochę tych farb szkoda, nie mogłaś mniejszych obrazów? A w pracowni bałagan, jak zwykle! Maciek, pilnujesz ty czegoś w ogóle?

– A co znowu? Przecież wszystko jest ok…

– Ona niewyspana, a młody też. Dziś zabieram Stasia do siebie. Wy odpocznijcie. Po niedzieli widzimy się znowu, jasne? Dawajcie się wreszcie ogarnąć!

Przechodząc obok mnie, babcia położyła rękę na moim policzku i szepnęła:

– Twoja mama byłaby z ciebie dumna. Ja też. Wiesz o tym?

Uśmiechnęłam się przez łzy:

– Wiem, babciu. Jabłuszko przecież nie pada daleko od jabłoniBabcia ścisnęła moją dłoń, jakby zatrzymywała we mnie całą odwagę, którą sama trzymała na czarną godzinę. Patrzyłyśmy razem przez wielkie, słoneczne okno galerii na gwar Starówki, gdzie przeplatały się historie ludzi, powiewy lipcowego wiatru i zapach kawy.

A potem zagrzmiała swoim mocnym głosem do Stasia:

– Dawaj no, chłopaku, pokażemy tym warszawiakom, jak się maluje po babcinemu!

Staś zaśmiał się perliście, a ja poczułam ciepło, które rozlewa się, gdy nagle wiesz, że nic cię nie ominęło. Że choć jabłuszko spadło daleko, to drzewo zawsze stoi blisko korzeniami w sercu, gałęziami w chmurach, a owocem w tych, którzy idą dalej.

I wtedy pomyślałam, że moja mama naprawdę była tutaj nie tylko w obrazach, nie tylko w starym liście, ale w nas wszystkich. We mnie, która w końcu umiała wybaczyć i kochać na swój sposób. W babci, która potrafiła zostać choć życie długo pędziło ją w inną stronę.

Uśmiechnęłam się do siebie i do nieba wiedząc, że droga się nie kończy. Że czasem życie jest jak powidła z moreli trochę słodkie, trochę kwaśne, ważne, by znaleźć własny smak.

A kiedy babcia machnęła kijem do szalika i pociągnęła Stasia w stronę drzwi, jeszcze raz spojrzałam na mój największy obraz, ten z ukrytą piegowatą twarzą wśród kwitnącej wiśni. I wiedziałam już naprawdę, gdzie jest mój dom.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Jabłuszko