Co za los, żeby to akurat Zosia musiała rodzić w samym środku śnieżnej zamieci! Miała jeszcze trzy tygodnie do terminu, można by poczekać, aż zawieja się uspokoi, mrozek chwyci wtedy łatwiej byłoby dotrzeć do szpitala. Ale nie, uparła się rodzić teraz! A właściwie nie ona ten mały w środku, co mu się już ciasno zrobiło, a wichura i zasypane drogi wcale mu nie przeszkadzają.
W taką pogodę żadna karetka do wsi nie przejedzie, zaspy takie, że czasem do pasa zapadasz. Śnieg pod oknem jakby się ktoś na niebie rozsypał worek z mąką: wszystko białe, wszystko wiruje. Nawet wyjść na podwórko to wyczyn wiatr prosto w oczy, lodowy pył natychmiast wszystko zasypuje.
A mały właśnie wtedy postanowił pojawić się na świecie. Od świtu Zosia czuła się nieswojo raz ciągnęło w krzyżu, raz niewygodnie, a jak już się położyła, to nie mogła znaleźć sobie miejsca. Wstawała i chodziła, chodziła Teściowa jej ruchy od razu wyłapała:
Zosiu, chyba się zaczyna co tak się miotasz? zapytała.
Nie wiem, mamo, ale jakoś mi nieswojo
Pokaż brzuch.
Teściowa sama niewiele się na tych sprawach znała, teraz wszystko lekarze robią, szpitale, porodówki, stare babki już rzadko kto umie zastąpić. We wsi tylko jedna akuszerka została, a kiedyś to trzy były.
Zdaje mi się, że brzuch ci już opadł, Zosiu. Chyba się dziecko spieszy.
Ale przecież jest za wcześnie! przestraszyła się Zosia.
To już nie my decydujemy, córko, jak Pan Bóg zechce, tak będzie.
Dziewczynie łzy stanęły w oczach. Pierwszy poród czego się spodziewać, nikt nie wytłumaczy. Teściowa swojego syna urodziła dwie dekady temu, nic nie pamięta.
Zosiu, pójdę po babkę Elżbietę. Tu ci wstawię garnek na piec, jak woda się zagotuje, to wyłącz. Jeśli dasz radę, przygotuj czyste ręczniki i prześcieradła. Wiesz, gdzie leżą, zorganizuj wszystko, ale się nie przemęczaj. Ja jak Krzysia rodziłam, babka Elżbieta kazała mi chodzić po pokoju, głęboko oddychać podobno szybciej idzie. Idę zawołać też twoją mamę, Marysię. Trzymaj się, dziewuchno, babka Elżbieta zna się na rzeczy. Do niej to się z całej okolicy zjeżdżali, nie jedna chciała z nią rodzić.
Teściowa ubrała się, wzięła trzonek od łopaty na podparcie i wyszła w śnieżycę.
Zosia została sama. Strach coraz większy a jak już teraz zacznie rodzić i nikogo nie będzie? A jak teściowa nie wróci, zgubi się w tej zawiei? Co jeśli mama nie zdąży?
Wiedziała tylko tyle trzeba chodzić i oddychać. Tylko jak tu oddychać, kiedy przy bólu powietrze staje w gardle?
Brakowało tylko, żeby Krzysiek był w domu, żeby przytulił, dodał otuchy. Ale on przez tę cholerną zamieć nie może wrócić z miasta żaden autobus nie rusza, drogi zasypane. Nawet nie wie, że już zaraz urodzi mu się córeczka albo synek. A krzyż boli coraz mocniej
Do kuchni, cała oszroniona, wtoczyła się w końcu mama, Marysia.
Córeczko! Zosiuniu! Teściowa mówiła, że już czas.
Tak, mamo…
Już, już, zaraz do ciebie przyjdę. Wzięłam suszone owoce, zaraz zaparzę kompot, napijesz się. Trzeba zagotować wodę…
Po godzinie wróciła i teściowa z babką Elżbietą. Akuszerka, krępa starsza pani, obejrzała Zosię i orzekła:
Rano będzie rodziła.
Jak to rano? przestraszyła się Zosia Przecież jeszcze południa nie ma, a ja już od wczoraj czuję bóle
To dopiero znak, kochana. Niekiedy kilka dni to trwa. Rozwarcie dopiero na pół palca. Spokojnie, do jutra urodzisz. Ja do domu pójdę.
Zostań, proszę, babciu Elu niemal błagała Zosia tylko pani się tu zna, z panią mi raźniej.
Stara, doświadczona akuszerka zlitowała się:
No dobrze, jeszcze trochę z wami pobędę. Jak matka spokojna, to i dziecku lepiej.
Zosia nie wiedziała, że znaki to dopiero początek potem zaczynają się kwiatki, na które zupełnie nie była gotowa.
Ból z każdą falą gorszy, jakby ktoś ją od środka rozdzierał, nie sposób odetchnąć ani kroku zrobić. Ani leżeć, ani chodzić tylko cierpieć.
Teściowa z Marysią nie wiedziały co robić chodziły nerwowo, żałując Zosię, ale nie potrafiły pomóc. Akuszerka kazała im prasować pościel, by nie krzątały się po izbie.
W nocy zrobiło się cicho. Babka Elżbieta sprawdziła na cztery palce się otwarło. Wolno, ale pierwszy poród, wszystko jeszcze dziewicze dziecku i matce ciężko. Sił już nie starczało. Fale bólu trochę przycichły, więc nawet udało się coś zjeść. Babka ułożyła Zosię do snu, żeby nabrała sił.
A zamieć nie odpuszcza jeszcze gorzej niż wcześniej.
O czwartej nad ranem Zosia zerwała się z łóżka. Ciemno, przy niej drzemała babka Elżbieta.
Boże, pomóż szeptała Zosia, zwracając się do świętych obrazków na ścianie niech już to będzie koniec, niech dziecko się urodzi.
I wszystko zaczęło się od nowa. Ból, który zakrywa wszystko. Babka Elżbieta wstała, sprawdziła rozwarcie ledwo na pięć palców. Długo to jeszcze potrwa, ale tak już jest przy pierwszym porodzie. Zosia jednak walczy dalej.
Gdy za oknem zaczęło świtać, Zosia była ledwo żywa koszula przyklejona do ciała, oczy nieobecne, włosy splątane.
Już niedaleko mówi babka Elżbieta już główka blisko.
Babciu, pomóż mi jęknęła Zosia Babciu, pomóóóóż!
Zosia, co się dzieje? wystraszyła się mama Przecież nie ma tu babci, masz omamy? Babcią nazywałaś zawsze swoją prababcię Zofię, nie? tłumaczyła mamie Marysia jak Zosia była mała, nie potrafiła powiedzieć babcia, tak już zostało. Babcia Zofia ją najbardziej kochała, pierwsza prawnuczka, sama miała tylko synów.
Zosiu, już widać czubek głowy. Trzymaj się, kochana. Ostatni raz, przyciśnij! Tak, tak, puff, puff, puff! oddychała razem z nią babka.
Zosia z całych sił krzyknęła, parła, jak nauczyła babka i urodziła. Chłopczyk, drobny, od razu głośno wrzeszczał w pomarszczonych dłoniach akuszerki.
Może to ostatnia dusza, którą odbieram pomyślała babka Elżbieta, uśmiechając się do nowego życia. Położyła synka na brzuch Zosi:
Syn, Zosiu, syn. Patrz, jaki ładny, zdrowy chłopaczek ci się urodził. Głośny taki, pewnie będzie prezesem, wszyscy będą wokół niego tańczyć.
Zosia płakała ze szczęścia, całowała drobne paluszki. Jak to możliwe, że takie cudo się w niej mieściło? Ach, szkoda, że Krzyśka nie ma w domu. Zobaczyłby, jaki mają piękny syna, najlepszy na świecie.
Jasiek, mój Jasiek szeptała.
Jak to Jasiek? zdziwiła się teściowa miałaś dać Wojtek, jeśli chłopak.
No co ty, on przecież jest Janek, nie Wojtek uśmiechnęła się Zosia Janek Krzysztofowicz.
Babka Elżbieta tylko zebrała swoje rzeczy zmęczona już, choć szczęśliwa, że była częścią nowego życia. Teraz też sama musi przedrzeć się przez śnieżycę do domu.
Zosia i mały Janek zasnęli. Marysia też wróciła do siebie, całą dobę nie było jej w domu. Zawinęła się w chustę, pożegnała z cicha z rodziną i wyszła na dwór.
Zobacz, zawieja słabnie, śnieg już nie sypie tak gęsto, tylko drobny pyłek. Może Krzysiek jutro już wróci. Do domu niedaleko. A zajdę jeszcze do babci Zofii pomyślała trzeba ją ucieszyć nowiną. Może czego jej trzeba? Może chleba? Niby zanosiłam ostatnio, ale babcia je mało…
Babcia Zofia, prababcia Zosi, mieszka za dwiema chałupami staruszka, w lipcu dziewięćdziesiąt trzecią rocznicę będzie miała. Od lat sama, do nich mieszkać nie chce, cicha, godzi się na samotność, sama sobie radzi. Zawsze są blisko pomagają, dokarmiają.
Marysia jakoś poradziła sobie z furtką pewnie Krzysiek odwiedzał babcię, widać łopatę opartą o płot. Odgarnęła śnieg spod drzwi, weszła do środka.
Babciu Zofio! Babciu Zosiu! krzyknęła, tupiąc i otrzepując śnieg z kozaków. Starowinka już słabo słyszy, trzeba wołać głośno. To ja, Marysia, przyszłam zobaczyć, jak się masz.
Nie było odpowiedzi, babcia spała. A może już nie Marysia zdjęła kożuch, zdjęła buty, weszła do sieni a tam…
Na łóżku leżała babcia, ręce złożone na piersiach, ubrana cała na czysto. Marysia od razu poznała, że nie widziała jej w tej sukni, chusta śnieżnobiała, nowa. Podeszła, otarła łzy. Przysunęła powieki, poprawiła pościel.
Na stoliku leżało zdjęcie Zosi, obok ikona św. Jana Pawła II i resztka świeczki.
Dziękuję Ci, Babciu. Pomogłaś Zosi. Urodziła synka. Jaśkiem go nazwała. Ale ty już to wiesz, Babciu pocałowała staruszkę w zasuszone policzki. Dziękuję ci…
Tego dnia uświadomiłem sobie, jak bardzo życie i śmierć przeplatają się w rodzinie. Przyszło nowe, odeszło stare. I choć serce ściska żal i radość naraz, wiem, że każda chwila z bliskimi jest cenniejsza od wszelkich skarbów. Życie trzeba przeżyć ze spokojem, bo wszyscy jesteśmy jak śnieg na wietrze przez chwilę na ziemi, potem dalej.







