Dziennik osobisty. Piątek, 15 marca
Często wracam myślami do tych wszystkich trudnych chwil, które bez ostrzeżenia zmieniły moje życie o 180 stopni. Skończyłam 45 lat i zaczęłam mieć wrażenie, że grunt usuwa mi się spod nóg mąż odszedł, przekonał do siebie naszego syna Krzysia, a ja zostałam zupełnie sama, w czterech ścianach, będąc tylko cieniem samej siebie. Aby utrzymać się na powierzchni, musiałam podjąć pracę jako sprzątaczka w podstawówce tutaj, w Poznaniu. Zarabiałam wystarczająco, by móc płacić rachunki i dalej mieszkać w tym samym małym mieszkaniu. Ale nieustający stres związany z rozwodem i wizyty w sądzie nie pozwalały mi odpocząć. Po kilku miesiącach dyrektorka wezwała mnie na poważną rozmowę i pożegnałam się z pracą.
Obudziłam się wtedy do bólu samotna, opuszczona bez wsparcia, pieniędzy czy stabilizacji. Pamiętam tamte długie spacery wieczorami po Jeżycach. Czułam się przezroczysta, niezauważalna, jak kurz sprzątany każdego ranka z korytarzy szkoły. Pewnego popołudnia, pogrążona w czarnych myślach, prawie wpadłam pod samochód oślepił mnie reflektor, pisk opon rozległ się na całej ulicy. Zamarłam kompletnie, serce waliło mi jak szalone, a zza kierownicy wyszedł wysoki mężczyzna w niebieskim kombinezonie. Ze zdumieniem zapytał: Czy pani jest świadoma, co się właśnie stało?. Nic nie odpowiedziałam ze strachu.
Wtedy zza rogu pojawiła się starsza pani z jamnikiem, Stanisławą. Zwróciła się miękko do kierowcy: Może trzeba jej pomóc zamiast krzyczeć, każdy czasem potrzebuje wsparcia. Dziwne, te proste słowa sprawiły, że naprawdę poczułam, że nie jestem całkiem sama.
Stanęłam wtedy na rozdrożu. Wkrótce poznałam nauczycielkę Teresę, która była wolontariuszką w poznańskim schronisku dla bezdomnych i bardzo mi pomogła. To ona dała mi szansę na tymczasową pracę mogłam choć na chwilę poczuć się komuś potrzebna. W schronisku poznałam Macieja, byłego psychologa, człowieka dobrego jak chleb, który od razu zobaczył we mnie kogoś więcej niż tylko pogubioną kobietę w kryzysie. Uwierzył we mnie i stał się moim przewodnikiem jego rady zaczęły leczyć moje zranione serce powoli, ale skutecznie.
Pod jego opieką zaczęłam chodzić na darmowe spotkania grupy wsparcia, uczestniczyłam w warsztatach z arteterapii i uczyłam się nowych rzeczy o sobie i innych. Po raz pierwszy od miesięcy puściłam przeszłość i zrozumiałam, że zaufanie do ludzi da się odbudować, a moja wartość nie zależy tylko od błędów z dawnych lat. Głęboko uwierzyłam, że nawet po największej życiowej burzy można znów zacząć oddychać swobodnie.
W tamtym trudnym okresie powoli zmieniał się mój syn Krzyś. Przestał patrzeć na świat przez pryzmat ojcowskiej niechęci dzięki rozmowom z terapeutą zrozumiał, że nasze rozstanie nie było tylko moją winą, a każde z nas popełniło błędy. Po raz pierwszy pozwolił sobie znów mi ufać zaczęliśmy się znowu dogadywać, rozmawiać prosto o tym, co nas bolało.
Po paru miesiącach zdobyłam posadę w osiedlowej bibliotece. Miejsce okazało się schronieniem nie tylko dla książek, ale i dla kobiet takich jak ja każda z nas niosła swoją historię. Wspólna kawa, rozmowy, wymiana doświadczeń pomogły mi być silniejszą. Przyszła wiosna i z nową energią przyjęłam zaproszenie od Lidii młodej liderki poznańskich ruchów wspierających kobiety, które doświadczyły przemocy lub wykluczenia. Lidia natychmiast zobaczyła we mnie chęć zmiany. Powiedziała: Siła i determinacja do pracy nad sobą to najważniejsze rzeczy, od których wszystko się zaczyna.
Również wtedy zainteresowałam się psychologią i pracą socjalną. Na kursach poznałam Różę doświadczoną społeczniczkę, która nauczyła mnie jak stawiać granice, dbać o siebie i nie lękać się przyszłości. Dzięki niej jeszcze mocniej poczułam, że mogę być wartościową osobą.
Z czasem Krzyś i ja odnaleźliśmy wspólny język, on dorastał, coraz chętniej dzielił się swoimi sprawami. Spacery po Cytadeli, wspólne rozmowy o marzeniach to budowało mosty, których kiedyś nam brakowało. Każdego dnia czułam się dzięki niemu ważna rodzina i zaufanie wróciły na swoje miejsce.
Natchniona nową siłą zaczęłam udzielać się jako wolontariuszka w świetlicy, pomagając dzieciom z rodzin w trudnej sytuacji. Chciałam przekazać im tyle wsparcia i serdeczności, ile sama kiedyś otrzymałam. Stopniowo okazało się, że moja historia inspiruje inne kobiety. Wraz z Lidią i Różą założyłyśmy grupę wsparcia na osiedlu dzieliłyśmy się doświadczeniami, uczyłyśmy się od siebie i wspólnie mierzyłyśmy się z wyzwaniami.
Pewnego dnia zgłosił się do mnie młody chłopak, który tak jak kiedyś ja pragnął lepiej rozumieć dzieci z trudnych domów. Zgodziłam się mu pomóc; byłam dla niego mentorką i to także mnie motywowało do działania.
Moje życie zaczęło wracać do równowagi, a nawet zyskiwać nowy sens. Zaczęłam pisać artykuły, występować na spotkaniach organizowanych przez lokalne NGOsy, dzieląc się swoim doświadczeniem i zachęcając innych, by nie poddawali się strachowi. To dziwne, jak bardzo satysfakcjonujące jest, gdy twoje słowa komuś pomagają.
Krzysiek, obserwując moją przemianę, sam uwierzył w swoje możliwości. Dostał się na ekonomię na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu, zaczął realizować własne plany. Znów byliśmy drużyną, wspierającą się nawzajem i gotową na niejedno wyzwanie.
Włączyłam się do pracy przy projektach dla młodych mam i kobiet w kryzysie organizowałam warsztaty, prowadziłam prelekcje i służyłam wsparciem tym, które potrzebowały pomocy w najtrudniejszych chwilach. Każdy sukces, każda zmiana w życiu tych kobiet była dla mnie powodem do dumy.
Pewnego dnia dostałam zaproszenie do wystąpienia na dużej konferencji w Warszawie dotyczącej sprawiedliwości społecznej i wsparcia grup defaworyzowanych. Opowiedziałam swoją historię, swoje lekcje i inspiracje i poczułam, jak moje przesłanie dociera do innych, wywołując łzy wzruszenia.
W życiu prywatnym coraz mocniej budowałam relację z Krzyśkiem jako z dorosłym, niezależnym i mądrym człowiekiem. Często wyjeżdżaliśmy razem za miasto, snuliśmy plany, śmialiśmy się jak dawniej. Zrozumiałam wtedy, że największe wartości, to właśnie miłość, rodzina i umiejętność dzielenia się ciepłem.
Wkrótce zaczęłam pisać teksty i książki skierowane do kobiet w kryzysie. Chciałam, żeby poczuły, że zmiana jest możliwa, jeśli tylko się nie poddadzą. Moja twórczość zaczęła docierać do kolejnych osób, inspirować i pomagać.
Zawsze powtarzam sobie teraz jedno każde doświadczenie, nawet najbardziej bolesne, może być początkiem nowej drogi, pełnej nadziei i lepszych dni. Ważne, by doceniać każdy krok i wierzyć w siłę dobrych zmian, które czynią życie piękniejszym i wartościowszym.
Tak dziś wygląda moja ścieżka pełna wybojów, ale i niezwykłych odkryć. Codziennie dziękuję za ten czas próby, bo to dzięki niemu jestem teraz silniejsza i gotowa patrzeć w przyszłość z optymizmem. Przede mną kolejne strony tego pamiętnika i kolejne, jaśniejsze rozdziały.







