Jestem pielęgniarką na oddziale geriatrycznym w Bielsku-Białej, dwadzieścia dwa lata stażu. Widziałam tysiące pożegnań, ale to jedno wracało do mnie przez cały tydzień, więc opowiem, bo ktoś powinien.
Pani Danuta leżała u nas od jedenastu dni. Sto trzy lata, złamanie szyjki kości udowej, serce już nie to samo. Syn odwiedzał ją co drugi dzień, przynosił jabłka, siadał na krześle pod oknem i sprawdzał telefon. Nie miałam mu tego za złe — pracował w firmie transportowej, zmiany miał nienormowane, a matka nie zawsze go poznawała.
We wtorek, jakoś koło dwudziestej, kończyłam dyżur i szłam korytarzem sprawdzić kroplówki. Drzwi do sali sto dwanaście były uchylone, telewizor mruczał wiadomości, a syn siedział przy łóżku z telefonem w ręku. Nie musiałam podsłuchiwać, on po prostu mówił na głos, nie zauważając mnie w progu.
— Mamo, jak wrócę do domu, muszę zadzwonić do notariusza w sprawie działki po tacie. I do tej pani z banku, bo rata mi ucieka.
Ona nic nie odpowiedziała. Nie mogła — od dwóch dni prawie nie mówiła. Ale spojrzał na nią, jakby czekał na reakcję, jakby te sprawy naprawdę chciał z nią omówić, choć wiedział, że nie usłyszy odpowiedzi. To mnie zatrzymało w progu na dłużej, niż powinnam.
Weszłam sprawdzić kroplówkę, powiedziałam dzień dobry — właściwie dobry wieczór — i wtedy on, jakby się tłumaczył, powiedział coś, czego nie zapomnę:
— Wie pani, ona całe życie mówiła, że nie ma czasu na rozmowy, bo trzeba było zająć się gospodarstwem. A teraz to ja nie mam czasu. Przyjeżdżam, siedzę godzinę i biegnę do pracy. Cztery godziny w jedną stronę z Częstochowy, bo tam ją przewieźli do specjalisty, a potem tutaj do nas.
Powiedział to bez łzy, po prostu, jak się mówi o rozkładzie autobusów. Ale ręka, którą trzymał na kołdrze przy jej dłoni, drżała trochę, kiedy sprawdzałam ciśnienie.
Zapytałam, czy ma rodzeństwo. Powiedział, że siostra mieszka w Niemczech, przyjedzie na pogrzeb, jeśli będzie trzeba, bo bilet lotniczy z Dortmundu kosztuje niecałe czterysta złotych, ale urlopu nie ma teraz jak wziąć.
Zostawiłam ich samych, poszłam robić obchód dalej. Za oknem parkingu ktoś zatrzasnął drzwi samochodu, słychać było przez uchylone okno, a w telewizorze leciała reklama proszku do prania — z tych, które puszczają w kółko po dwudziestej pierwszej.
Wróciłam po dwóch godzinach, bo saturacja u pani Danuty zaczęła spadać. Syn już spał na krześle, głowa oparta o framugę łóżka, telefon wypadł mu z ręki na podłogę, ekran się nie zapalił, bateria musiała siąść. Obudziłam go delikatnie. Powiedziałam, żeby zadzwonił do siostry.
Zadzwonił z korytarza, z telefonu dyżurki, bo swój musiał naładować. Rozmawiał krótko, po niemiecku wtrącał jakieś słowa, chyba nie chciał, żebym rozumiała, ale ja i tak nie znam niemieckiego. Wrócił do sali, usiadł, wziął matkę za rękę i zaczął mówić — o tym, jak jeździła traktorem, kiedy ojciec był w szpitalu, o tym, jak upiekła sernik na jego osiemnastkę, choć nie było pieniędzy na rodzynki, więc dała bakalie z komunijnego pudełka po cukierkach.
Zmarła kwadrans po trzeciej w nocy. Byłam przy tym, bo saturacja nie wracała i musiałam wypisać kartę. Syn nie płakał głośno, tylko powtarzał cicho jej imię, dwa razy, jakby sprawdzał, czy jeszcze zareaguje.
Rano przyszła pani z administracji z papierami do podpisania. On usiadł przy stoliku w poczekalni, wyjął z portfela kartę do bankomatu i telefon z otwartą aplikacją banku, sprawdził saldo — sto dwadzieścia tysięcy złotych zostało po sprzedaży gospodarstwa, matka trzymała je na koncie oszczędnościowym, "na czarną godzinę", jak mówiła. Podpisał zgodę na przewiezienie ciała do zakładu pogrzebowego w Częstochowie, gdzie mieszkała siostra ojca, bo tam był grób rodzinny.
Zapytał mnie, ile kosztuje przewóz taksówką na dworzec, bo zostawił samochód na strzeżonym parkingu przy szpitalu i nie chciał wracać po niego od razu. Powiedziałam, że około czterdziestu złotych do dworca PKP, a stamtąd bilet do Częstochowy to jakieś sto dwadzieścia. Podziękował, wstał, złożył papiery do teczki — tej samej, w której trzymał wcześniej wyniki badań matki — i wyszedł na korytarz.
Zanim wyszedł ze szpitala, wrócił jeszcze do dyżurki, oddał mi ładowarkę, którą pożyczyłam mu w nocy. Powiedział tylko: "Dziękuję, że pani zostawiła nas samych, kiedy dzwoniłem do siostry." Nic więcej. Odwrócił się i poszedł do windy, teczka pod pachą, telefon już naładowany w kieszeni.
Nie wiem, co dalej zrobił z tą działką po ojcu ani czy siostra zdążyła na pogrzeb. Wiem tylko, że stał w progu sali sto dwanaście z telefonem w drżącej ręce, mówiąc do matki o notariuszu, bo nie umiał jej powiedzieć niczego innego — a ona, gdyby mogła, pewnie i tak by go poganiała, żeby jechał do pracy, zamiast tracić czas na siedzenie przy niej.






