Ostatni transport z Lasu Kozienickiego

Siedemnaście lat i dłonie pełne odcisków — tak zapamiętał tamten czerwiec Bronisław Kwiryn, syn leśniczego z Puszczy Kozienickiej. Miał na imię Bronek, choć nikt go tak już od dawna nie nazywał — po wojnie wszyscy mówili na niego "panie inżynierze", bo skończył w końcu leśnictwo, ale to inna historia. Ta zaczyna się w roku 1936, kiedy do wsi Augustów pod Radomiem przyjechała ciężarówka z żołnierzami Junackich Hufców Pracy.

Ojciec Bronka, Kazimierz, prowadził leśniczówkę odziedziczoną po swoim ojcu. Puszcza obok niej wyglądała jak po pożarze, choć żaden pożar tam nie szalał — po prostu dwudziestolecie międzywojenne, kryzys, bieda, i ludzie wycinali, co się dało, na opał i na sprzedaż. Świerki padały jeden za drugim, ziemia pękała latem jak spieczony chleb. Kazimierz pisał raporty do starostwa, nikt nie odpisywał. W chałupie brakowało na naftę do lampy, a co dopiero na sadzonki.

Junackie Hufce Pracy powstały w tym samym roku co pomysł, żeby dać coś do roboty bezrobotnym chłopakom z miast i wsi — od siedemnastego do dwudziestego pierwszego roku życia, bez pracy, bez perspektyw, czasem bez butów na nogach. W obozie pod Augustowem stanęło ich stu dwudziestu. Spali w barakach z desek, jedli z blaszanych menażek kapustę i kaszę, dostawali dwadzieścia złotych miesięcznie — piętnaście szło od razu do rodziny, do domu, gdzie matka liczyła każdy grosz na chleb i na buty dla młodszego rodzeństwa.

Bronek pamiętał komendanta, niejakiego sierżanta Rogozińskiego, który krzyczał od świtu, ale wieczorem siadał z chłopakami przy ognisku i grał na harmonii. Pamiętał też Feliksa, chudego chłopaka z Łodzi, który przed obozem nie widział lasu inaczej niż z okna pociągu, a po trzech miesiącach umiał rozpoznać ślad dzika od śladu sarny.

— Ty, Feliks, ty tak kopiesz, jakbyś złoto szukał, a nie dołek pod sadzonkę — rzucił kiedyś Rogoziński.

— A może i szukam — odparł Feliks, nie podnosząc głowy. — W Łodzi złota nie było. Może tu jest.

Kazimierz przychodził codziennie sprawdzać robotę. Chłopcy sadzili sosny rzędami, po sto metrów, potem znów sto, aż do granicy z sąsiednim nadleśnictwem. Kopali rowy przeciwpożarowe, budowali most na strumieniu Zwolance, bo stary spłynął wiosną. Praca była ciężka, słońce prażyło, komary żarły żywcem, a jednak w listach do domu chłopcy pisali, że po raz pierwszy w życiu jedzą trzy razy dziennie regularnie.

Nie wszystko szło gładko. W sierpniu wybuchł spór o to, czy hufiec ma prawo wycinać stary dąb, pod którym niby to jeszcze za czasów powstania styczniowego ktoś ukrywał broń — miejscowi twierdzili, że drzewo jest święte, chłopcy z obozu mówili, że jest chore i zagraża pożarem. Kazimierz stanął pośrodku, obejrzał pień, znalazł hubę i zgniliznę w środku, i kazał drzewo ściąć, ale korę zachować, a z pnia zrobić ławkę przed leśniczówką. Ta ławka stoi podobno do dziś, choć nikt już nie pamięta dlaczego akurat tam.

Do 1939 roku, kiedy program zawieszono z powodu mobilizacji, przez obóz pod Augustowem przewinęło się prawie tysiąc czterystu chłopców. Zasadzili razem, według zapisków, które Kazimierz prowadził w zeszycie oprawionym w płótno, dwieście dwanaście tysięcy sadzonek sosny i świerku na obszarze przekraczającym sto hektarów. Zbudowali cztery mosty, dwadzieścia kilometrów dróg leśnych i wieżę przeciwpożarową, z której do dziś widać całą dolinę.

Feliks z Łodzi zginął we wrześniu trzydziestego dziewiątego pod Kutnem — Bronek dowiedział się o tym dopiero po wojnie, od matki chłopaka, która przyjechała kiedyś do leśniczówki z pytaniem, czy zostało po nim coś w papierach obozu. Zostało jedno zdjęcie, na którym Feliks stoi oparty o łopatę, uśmiechnięty, z błotem po kolana.

Bronisław Kwiryn dożył dziewięćdziesięciu trzech lat. Zanim umarł w 2011 roku, spisał wszystko, co pamiętał, w zeszycie identycznym jak ten ojca — kupił taki sam w sklepie papierniczym w Radomiu, bo uparł się, że musi być ten sam kolor okładki. Jego wnuczka, Marta, znalazła ten zeszyt dopiero rok po pogrzebie, sprzątając strych. Pojechała do Puszczy Kozienickiej, znalazła leśniczówkę — teraz ośrodek edukacji leśnej — i tę ławkę z dębowego pnia, wypolerowaną przez dziesiątki lat siedzenia na niej turystów.

Zapytała leśniczego, czy wie, skąd ta ławka. Wzruszył ramionami, powiedział, że stoi tu odkąd pamięta, i nikt mu nie umiał wyjaśnić dlaczego akurat w tym miejscu, tuż przy starej wieży obserwacyjnej. Marta nie powiedziała mu nic — usiadła tylko na chwilę, dotknęła kory, i wróciła do samochodu po zeszyt, żeby przepisać go na czysto, zanim atrament wyblaknie do końca.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Ostatni transport z Lasu Kozienickiego