Boże, Jurek! Jak ty jesteś trudnym człowiekiem! Jak z tobą ciężko! Dlaczego po prostu nie możesz zrobić tak, jak cię proszę?
Te słowa, wypowiedziane przez moją żonę, zapadły mi w pamięci na długo. Patrycja była piękną kobietą. To za mało powiedziane była zjawiskowa: długie nogi, granatowe oczy i figura tak idealna, że mężczyźni odwracali się na jej widok podczas spacerów po alejkach parku obok hotelu. Ja, w przeciwieństwie do niej, nie prezentowałem się szczególnie. Byłem prawie o głowę niższy od żony, z posturą przypominającą beczkę, długimi rękami, krótkimi nogami i coraz większą łysiną. Moje oczy były jedyną rzeczą, którą mógłbym uznać za atrakcyjne bystre, żywe, jakby widziały przez człowieka na wylot. Ludzi dziwiło, że jesteśmy razem: ona kapryśna piękność, ja trochę dziwak, który wszystko o niej wiedział…
Tworzyliśmy parę przypominającą Hefajstosa i Afrodytę, z tą różnicą, że zamiast młota najczęściej trzymałem na rękach naszą córeczkę. Mała Zosia była do mnie podobna jak dwie krople wody nikt nie miałby wątpliwości, że jestem jej ojcem. Po mamie odziedziczyła tylko kolor oczu i niesforne, miedziane loki, których Patrycja nawet nie próbowała ujarzmić. Zosia, mając jakieś pięć lat, biegała po hotelu jak ruda błyskawica, oglądając się od czasu do czasu, czy tata nadąża.
Patrycja, jeśli tak bardzo chcesz jechać na tę wycieczkę, to jedź sama. Wydaje mi się, że Zosia jest jeszcze za mała na takie atrakcje. Daleko, gorąco… Zacznie płakać, marudzić i popsuje ci cały wypoczynek. Wiesz, jak jest.
A ty mi do czego? Jurek! Przyjechałam tu z mężem! Już i tak nie mam chwili spokoju w hotelu. Ciebie to nie obchodzi?! Jej głos stawał się coraz bardziej histeryczny. Zosia wtuliła się mocno we mnie, chowając twarz w mojej szyi.
Oj, kochanie! Ja cię strasznie kocham i jestem zazdrosny! uśmiechnąłem się leciutko, głaszcząc Zosię po głowie. Może wymyślimy coś innego? Może przejażdżka łódką po jeziorze? Albo nurkowanie? Czego byś chciała?
Chcę piramidy! fuknęła Patrycja i odwróciła się na pięcie. Skoro nie chcecie, to jadę sama!
Awantura była przeprowadzona z iście teatralnym kunsztem. Wzruszyłem ramionami, kiedy żona ruszyła do basenu, zupełnie zapominając zarówno o mnie, jak i o dziecku.
Przywykłem już do takiego zachowania Patrycji. Nasze małżeństwo było podobne do innych wokół nas. Ja zapracowany i ustawiony materialnie, ona młoda piękność, która pozwalała się kochać i prowadzić przez życie.
Nigdy specjalnie nie radziłem sobie z kobietami. Wygląd nie odgrywał tu wielkiej roli po prostu nie potrafiłem się z nimi dogadać, jeśli nie były moimi współpracownicami. Tu nie było problemów: byłem uprzejmy, miałem poczucie humoru. Ale kiedy zakochiwałem się, traciłem głowę. Czułem się tak nieswojo, że z czasem porzuciłem wszelkie próby ułożenia sobie życia osobistego. Żyłem pracą, odwiedzałem mamę na wsi i doszedłem do wniosku, że może taki mój los zostać starym kawalerem.
Od czasu do czasu zdarzały się znajomości zdrowotne, jak mawiała moja mama, ale to nie było żadne życie.
Gdyby nie moja mama, pani Irena, pewnie wszystko zostałoby po staremu.
Jurek, przyglądam ci się już wystarczająco długo. Sam się nie ożenisz! Potrzebujemy swatki!
Swatki? O mało nie zadławiłem się herbatą z domową malinową konfiturą, którą piłem na werandzie rodzinnego domu pod Warszawą.
Zepsułeś marynarkę… skwitowała z zamyśleniem Irena, mierząc mnie uważnym wzrokiem. Jureczku, jesteś wspaniałym człowiekiem! Inteligentnym, kulturalnym, odnosisz sukcesy, lecz co z tego, jeśli tylko ja mam z tego radość? To źle! Marzyłam o wnukach. I to takich, których ty weźmiesz na ręce. Wtedy zrozumiesz, co to znaczy szczęście. To najważniejsze w życiu. A te domy, rzeczy to wszystko przemija. Liczy się życie, uczucia i pamięć…
Pokręciłem głową, ale mama nie odpuszczała. Kazała mi spisać, jaką to żonę sobie wyobrażam. Śmiałem się, lecz do wieczora jej nie przegadałem. Wszystkie moje życzenia i lęki spisały się na kartce niemal profesjonalnie.
Mama znalazła mi żonę. Wyglądem Patrycja była niemal z moich wyobrażeń, ale z czasem okazało się, że pod spodem jest pusto. Szybko zorientowałem się, że nasz związek to coś w rodzaju kontraktu. Tyle tylko że dotyczącego wspólnego życia, podróży i bywania razem dla ludzi. Nie chciała siedzieć w domu, gotować mi zup albo przesiadywać w kuchni. Wzięliśmy po ślubie dom pod Warszawą, ale szybko okazało się, że musimy mieć oddzielne sypialnie, bo Patrycji przeszkadzał mój… rzekomy chrap. Byłem w stanie zrobić dla Patrycji wszystko, choć niekiedy miałem wrażenie, że stawiam na głowie cały świat.
Dziecka też nie planowała, ale uznała, że to część umowy i poprosiła o kilka lat zwłoki.
W końcu pojawiła się Zosia. To była chwila, kiedy mogłem powiedzieć, że jestem naprawdę szczęśliwy. Po pracy biegłem do domu, żeby spędzić z córką każdą możliwą minutę. Jedynym, co mnie martwiło, była dość obojętna postawa Patrycji jako matki.
Karmić piersią nie będę! Potem będę musiała iść pod nóż, żeby poprawić biust? Szukaj mleka gdzie indziej albo będzie kaszka. Ty też byłeś na sztucznym i wyrosłeś! Problem?
Nie przetłumaczyłem jej tego ja ani jej matka. Zosia zadowolona ciagnęła butelkę, a ja szukałem opiekunki.
Zwariuję! Całe dnie w czterech ścianach z dzieckiem, a ty masz wszystko gdzieś, bo siedzisz w pracy! Chcesz, żebym dostała depresji? wypominała mi Patrycja.
Matka Patrycji, pani Maria, kiedy dowiedziała się, że szukam niani, stanowczo się sprzeciwiła.
Po co obca osoba? Ja mogę pomóc, być babcią dla wnuczki.
Dla mnie to była ulga, choć wtedy po raz pierwszy poważnie pokłóciłem się z żoną.
Po co ci mama tutaj? Będzie mi życie układać? Potrzebuję twojego wsparcia, nie jej!
Kocham cię, ale dziecko też kocham. Przynajmniej będzie mieć kogoś, kto obdarzy ją czułością.
Nie przesadziłem. Patrycja niewiele interesowała się córką. Dbała o to, by Zosia miała najlepsze zabawki i ubrania, a pokój dziecięcy był jak z katalogu, ale na tym praktycznie kończyła się jej rola. Zosia spała w mojej sypialni. Tam stało jej łóżeczko i wszystko, co było potrzebne.
Kocham ją na swój sposób! Patrycja, chyba pierwszy raz od ślubu, naprawdę się rozpłakała, ale nie potrafiłem jej wtedy współczuć.
Twoja mama zostaje. Ty zdecydujesz, czy chcesz sama zajmować się Zosią, wtedy pogadamy. Na razie zostaje tak, jak ja chcę.
Patrycja szybko uznała, że lepszy taki układ, niż ciągłe konflikty, a jej mama nie była najgorszym rozwiązaniem. Maria zamieszkała z nami, a Zosia zyskała prawdziwą babcię i przyjaciółkę. Mamę znała, wytrzymywała u niej kilka minut dziennie, kiedy ta chciała pochwalić się córką przed znajomymi, ale zaraz biegła szukać mnie albo babci.
Zosia rosła, chodziła najpierw na balet, potem do przedszkola, które chętnie dowoziła babcia. Zwiedziła z nami kawał świata i była przyzwyczajona do lotów, nowości, bo zawsze była z tymi, którzy kochali ją bezwarunkowo.
Ta podróż nie różniła się od innych aż do dnia, gdy Zosia dostała gorączki i zaczęła się skarżyć na ból głowy.
Świetnie, cały urlop stracony! Patrycja chodziła po pokoju, czekając na lekarza, którego wezwałem.
Co ty gadasz, Patrycja? Dziecko choruje!
Zwykłe przeziębienie. Ostrzegałam cię, nie dawaj jej lodów! Ty jak zwykle spełniasz każde jej zachcianki. I co teraz?
Czekamy na lekarza.
Tym razem mój ton ją uciszył.
Lekarz nie widział w tym nic złego.
Przemęczenie. Odpoczynek i sen, przejdzie.
Zaraz po wyjściu lekarza wydałem decyzję:
Wracamy do domu.
Ale czemu, Jurek? Lekarz mówił, że nic się nie dzieje.
On nie jest nieomylny. Coś mi się nie podoba. U pięciolatki nie powinno boleć głowa. Wracamy. I tyle!
Badania w warszawskiej klinice wykazały, że miałem rację. Przez następne tygodnie, miesiące bywałem już tylko przy łóżku Zosi. Pracę oddałem asystentowi, spędzałem z nią całe dnie i noce. Patrycja siedziała czasem przy dziecku, ale lekarze szybko zorientowali się, że jest tylko ozdobą; nie znała ani szczegółów leczenia, ani stanu córki, tylko kiwała głową, ukrywając łzy. Wszelkie pytania padały do mnie.
Patrycja nie aż tak się zamartwiała Zosią. Widziała, że lekarze robią, co mogą i wiedziała, że od niej nic nie zależy. Bardziej tęskniła za dawnym stylem życia, rozrywkowym, wolnym. Nie cierpiała zapachu szpitali, nawet jeśli to były najlepsze kliniki, na jakie mnie stać.
Miarka się przebrała, gdy usłyszała, że sprzedaję nasz dom.
Po co, Jurek? Nie masz pieniędzy?
Tak.
Ale przecież miałeś…
Miałem dużo pieniędzy. Ty przez to ze mną byłaś? Teraz nie mam. Bo leczenie Zosi kosztuje fortunę. Czeka ją operacja, musimy jechać za granicę. Wszystko pójdzie pod młotek dom, biznes, wszystko. Najważniejsze, żeby była zdrowa!
A ja? Co ze mną? Patrycja płakała cicho, wiedząc, co usłyszy.
A ty? Przecież widzę, że się męczysz. Dam ci wolność. Wystarczająco pieniędzy, samochód, mieszkanie żebyś mogła żyć jak lubisz. Ale pod jednym warunkiem: pojawisz się u Zosi raz, dwa razy w tygodniu w szpitalu, pojedziesz z nami na operację, bo choćbyś nie wiem jaka była jesteś jej matką. Jest ci potrzebna, egoistko! Wykaz trochę uczuć, choćby dla pozoru.
Po raz pierwszy nie wytrzymałem i powiedziałem, co myślę, przestałem ją oszczędzać. Tak się bałem… Bo wszystko, co najważniejsze, leżało w tamtym pokoju szpitalnym. Zosia skuliła się z ukochanym misiem, machając ręką, do której podłączona była kroplówka. Wiedziałem, że patrzę na jedyne, co nas z Patrycją jeszcze łączy: dziecko.
Dosyć. Idź się ogarnij i nie strasz Zosi. Musi być spokojna, rozumiesz? Dostaniesz, co chcesz, ale odpracujesz. Rusz się! Nie każ mi powtarzać.
Coś się we mnie zmieniło. Gdybym miał patrzeć jej oczami zobaczyłaby faceta silnego jak skała. Odwróciła się i poszła, a ja wszedłem do Zosi.
Tata…
Maria siedziała przy wnuczce. Wyszła za mną do korytarza.
Jureczku, jeśli mogę zostać…
Pani Mario! Co pani mówi? Jakie pozwolenie? Przytuliłem ją mocno. Dziękuję pani. Bez pani bym nie wytrzymał.
Wstyd mi, Jurek, bardzo wstyd… To moja wina. Nie wychowałam… Była zawsze taka urocza, wygadana dziewczynka, wiedziała co powiedzieć, żeby dostać, czego chce. Teraz czuję, jakbym straciła dziecko. Może nie widziałam, co się z nią działo… Jak to się stało?
Gdyby człowiek widział naprzód… Ja też nie jestem bez winy. Ale czy ona naprawdę nie kocha Zosi? Przecież pani była Patrycji dobrą matką.
Trzeba zawczasu rozkładać słomę, Jureczku. Ale teraz nie czas na żale! Zosia zaraz coś wykombinuje, a jej spokój teraz najważniejszy. Połóż ją spać, a ty idź po lody. Ona dziś słabo jadła, może chociaż to sprawi jej radość. I nie działaj pochopnie, Jurek. Daj Patrycji czas. Chcę wierzyć, że jeszcze coś się zmieni…
Zosię operowano dopiero po paru miesiącach. Mama rzuciła pracę i pojechała z nami, by być wsparciem.
Po pół roku Zosia wróciła do domu ze mną i babciami. Patrycja została w Europie.
Przez dwa lata rehabilitacji żyliśmy nadzieją, która tliła się raz jaśniej, raz słabiej. Życie co chwila się zatrzymywało, by po chwili ruszyć znów do przodu. W końcu, gdy lekarz odłożył okulary, uśmiechnął się: Udało się.
A życie znów ruszyło swoją drogą…
Patrycja pojawiła się w życiu córki w dniu jej piętnastych urodzin. Nadal piękna, zadbana, jakby czas jej nie dotknął, cmoknęła Marię w policzek, przywitała się ze mną i od razu ruszyła do tłumu kolegów Zosi, która wtedy już wyrosła na nastolatkę.
Córciu…
Oczy, takie same jak jej, uśmiechały się zawadiacko.
Mamo…
Patrycja próbowała coś tłumaczyć, ale Zosia uciszyła ją jednym gestem.
Uspokój się. Pogadamy później.
Ale ja chciałam…
Wiem. Poczeka, mamo.
Zosieńko…
Dobrze. Chodź do mojego pokoju.
Zosia zabrała ją do gabinetu ojca, usiadła na parapecie i wzruszyła ramionami:
Słucham cię.
Boże, jaka ty jesteś podobna do ojca…
Co, mamo? Też taki człowiek ciężki?
Nie to miałam na myśli.
Ale ja tak. I wiesz co? Ten, którego uważałaś za niegodnego siebie, nigdy nie powiedział o tobie złego słowa. Nigdy! Nawet nie przyprowadził innej kobiety do domu, bo nie chciał mnie krzywdzić. Nie rozwiódł się z tobą, ciągle twierdził, że mam mamę, choć cię praktycznie nigdy nie było. Wiesz, co ci powiem, mamo?
Patrycja zadrżała.
Tata nauczył mnie najważniejszej rzeczy. Nauczył mnie przebaczać. Powtarzał, że nie wolno nosić w sobie żalu. Jeszcze nie wiem, jak mi to wychodzi ale jestem jego córką i jak coś robię, to do końca. Może tym razem się zdecyduję. Prawie cię nie pamiętam. Nie mam specjalnej potrzeby się z tobą spotykać. Mam tatę, mam babcie to mi wystarczy. Ale dla taty dam ci szansę i zobaczę, jak będzie. Dam ci możliwość stać się człowiekiem, mamo.
A kim byłam do tej pory…?
Kimkolwiek. Lalką, piękną wizytówką, wydmuszką. Brzmi brutalnie? Przecież dobrze pamiętam, jak zasypiałam w szpitalu trzymając nie ciebie, a tatę za rękę. Jak babcia Maria płakała, gdy ścinali mi włosy, a babcia Irena przyniosła różowy kapelusz i śmiałyśmy się tak, że nie zdążyłam pobiec do łazienki. Jak w później do szkoły poszłam rok później, jak babcie na zmianę odrabiały ze mną lekcje, bo tata pracował i wracał bardzo późno. Jak babcia szyła mi baletową spódniczkę, chociaż wiadomo było, że już nie zatańczę na scenie. Tańczyłam przed nimi w domu i takiego aplauzu nie ma nawet Opera Narodowa. Jak babcia Irena nauczyła mnie malować. To mój obraz, dostał I miejsce na wystawie i podarowałam go tacie na urodziny. A ciebie nie było…
Ale teraz jestem…
A po co? Dlaczego ci nie wierzę? Zosia zapytała, kreśląc palcem esy na szybie. Poniżej stałem na podwórku, patrząc na nią. Pomachała mi i zwróciła się do matki: Nie wiem, mamo, nie chcę o tym myśleć. Sprawdź się! Jak mi udowodnisz, że mama może być mi potrzebna, zastanowię się, czy warto wybaczać. A teraz witaj. Rozgość się. Tort za godzinę. Idę do gości. Przepraszam.
Zosia poprawiła zasłonę i przy drzwiach odwróciła się jeszcze:
No i co, mamo? Trudny ze mnie człowiek?
Patrycja patrzyła na nią, bojąc się spłoszyć ten nagły promyk nadziei.
No i dobrze! Znaczy, że jestem jak tata. A to już coś! Dziękuję. Lepszego komplementu nie mogłaś mi zrobić. Chyba jestem gotowa się zastanowić. Do zobaczenia!
Rude loki zniknęły za drzwiami, a Patrycja podeszła do okna i oparła dłoń w miejscu, gdzie chwilę wcześniej rysowała Zosia.
Dziś, pisząc te słowa, wiem jedno: najciężsi ludzie wcale nie są trudni do kochania. Trzeba tylko nauczyć się słuchać ich serca i pozbyć się własnych oczekiwań. Dzięki temu potrafię być dla mojej córki prawdziwą skałą. I już wiem, czym jest szczęście.







