Czerwona kokarda

Czerwony kokard

Nina stała przy kuchence i patrzyła, jak z garnka leniwie unosi się para nad kaszą gryczaną. Nie była to ta złocista, duża z lokalnego sklepu, ale najtańsza, kupiona w kartoniku po 3 złote za woreczek, drobna, o goryczkowatym smaku. Zamieszała ją łyżką, na chwilę przykryła pokrywką i oparła się plecami o stary lodówko-zamrażarkę Polar, która jak zwykle zabuczała z aprobatą, wwiercając się jej znajomym brzmieniem w ciszę kuchni.

Za oknem biegła ulica Budowniczych. Pięciopiętrowe blokowiska, szpalery topoli, których puch każdej wiosny utykał w framugach okien, kwiaciarnia na rogu. Nina mieszkała tu od dwunastu lat i ta ulica dawno wrosła w jej codzienność jak nagniotek na pięcie, jak wiedza, że czwarty stopień na klatce skrzypi od dziesięciu lat.

Borys wszedł do kuchni bez zapowiedzi, jak zwykle. Potrafił się pojawiać. Wysoki, szeroki w ramionach, w nowej szaroniebieskiej koszuli, której Nina nie widziała wcześniej. Dopiero po chwili zorientowała się, że to jej pierwszy raz. Najpierw uderzył ją zapach. Delikatny, kwiatowy, z czymś słodkim u podstawy. Nie jej, nie męski dezodorant, ani nie zapach fotela z jego samochodu.

No i jak tam, moja Spartanko? Borys zajrzał do garnka i skrzywił się z przekąsem, choć dobrotliwie. Znowu sama woda i chleb?

Gryczana mruknęła Nina. Z cebulką.

Z cebulką? To już luksus. Poklepał ją po ramieniu. Wytrzymaj jeszcze trochę. Niedługo wszystko się zwróci. Brzozowy Zakątek nie zniknie, zobaczysz.

Nina skinęła głową. Potrafiła kiwać tak, by wyglądało to na zgodę, choć była to tylko zwykła zmęczona rezygnacja. Znów kręciło jej się w głowie już trzeci dzień z rzędu, lekko, jakby ktoś tylko trochę przechylił pokój. Wiedziała, że to przez dietę. Wiedziała i milczała.

Jadłaś coś dzisiaj? spytała.

W robocie był lunch pracowniczy. W porządku.

Nalał sobie szklankę wody z kranu, wypił, odstawił i poszedł do pokoju. Nina patrzyła jeszcze przez chwilę na szklankę, potem wyłączyła gaz i zaczęła nakładać kaszę do talerzy.

Przez trzy lata oszczędzania zdążyła przywyknąć do wielu rzeczy. Że ser kupuje tylko najtańszy, a kurtkę, którą nosi piąty sezon, sama łata na łokciu. Że fryzjera widziała ostatni raz dwa lata temu w listopadzie. Włosy podcinała sama, nad umywalką w łazience, prawie nie spoglądając w lusterko. Czasem wychodziło całkiem nieźle. Czasem gorzej.

Trzy lata temu Borys pokazał jej zdjęcia. Niewielki domek w Brzozowym Zakątku, czterdzieści minut pociągiem z Łodzi. Cegła, poddasze, jabłonie w ogródku, stara studnia już nawet nie działająca, tylko ozdoba. Zielone okiennice, drewniany ganek, ławka pod krzakiem bzu.

Zobacz powiedział, podsuwając jej laptopa. Co myślisz?

I Nina patrzyła. Czuła wtedy coś ciepłego w środku. Nie radość, ale coś podobnego możliwość. Mieszkała całe życie w miejskich mieszkaniach, w obcych murach, oddychając cudzym powietrzem. A tam, na zdjęciu, były jabłonie.

Musimy przez trzy lata ostro oszczędzać oznajmił Borys. Policzyłem. Jeśli co miesiąc odłożymy tyle, a ty jeszcze trochę sobie odejmiesz…

Ile to kosztuje?

Podał kwotę. Nina zamilkła.

To sporo.

To dom, Nina. Nasz dom. Ogród, świeże powietrze, cisza. Myślisz, że takie rzeczy są tanie?

Zgodziła się. Nie od razu, ale jednak. Założyli wspólne konto. Nina co miesiąc wpłacała dokładnie połowę emerytury i to, co dorobiła jako księgowa na pół etatu w małej firmie. Niewiele, ale zawsze coś. Borys twierdził, że przelewa trzy razy tyle z pensji.

Nina mu wierzyła.

Tego nauczyła się w życiu. Ufać. Nie z głupoty, lecz z przyzwyczajenia. Łatwiej jest żyć, kiedy się wierzy. Inaczej musisz ciągle sprawdzać, a to męczy.

Pierwsza zima minęła znośnie. Jadła skromniej, ubierała się prosto, traktowała to trochę jak zabawę. Jak wtedy, gdy w dzieciństwie nie było pieniędzy na loda i wymyślało się inną nagrodę i przez to ona wydaje się nawet cenniejsza. Gotowała zupy z tego, co najtańsze, testowała przepisy z forum kuchnia oszczędna, cieszyła się promocjami. Było w tym coś z radości.

Drugi rok był trudniejszy. Ciało zaczęło się upominać. Nienachalnie, swoim językiem. Słabość w nogach. Senność, której nie przepędzała noc. Zdarzało się, że w autobusie traciła poczucie celu trasy, patrzyła w okno, nie myśląc o niczym. Do lekarza nie szła prywatnie za drogo, a w przychodni kolejki, sił brak.

Może powinnam zrobić badania powiedziała do Borysa kiedyś.

Prywatnie?

Tam przynajmniej bez kolejek.

Wiesz, jak co dziesięć tysięcy złotych teraz się liczy? Idź na NFZ.

Poszła. Wyniki ledwie na granicy. Hemoglobina prawie za niska, lekarz poradziła: więcej czerwonego mięsa, witaminy, żelazo.

Kupiła najtańsze witaminy. Mięso nie mieściło się w budżecie.

W trzecim roku przestała się już ważyć. Lustro mówiło wystarczająco dobitnie. Twarz ostrzejsza, pod oczami żółcie, matowe włosy. W second handzie na Lesznej znalazła ładny granatowy płaszcz, prawie bez śladu użycia. Sprzedawczyni, starsza, rudawa:

Dobry płaszcz. Jeszcze pochodzisz.

Wiem odpowiedziała Nina.

My tu wszystkie wiemy uśmiechnęła się sprzedawczyni tak, jak potrafią tylko te, które mają podobne doświadczenia.

Nina wyszła z płaszczem. Przechodząc obok witryny sklepowej, zobaczyła własne odbicie. Stała krótką chwilę. Poszła dalej.

Borys zachęcał ją dalej. Miał do tego talent wywoływał poczucie, że już za rogiem coś lepszego, trzeba tylko wytrzymać jeszcze trochę. Powtarzał jeszcze tylko chwilę tak często, że dla Niny te słowa stały się jak muzyka w tle. Słyszalne, ale przezroczyste.

Jesteś dzielna mówił, widząc, że je najskromniejszą kolację. Jesteś prawdziwa Spartanina. Szanuję cię za to.

Odwzajemniała uśmiech, ale już bez radości. Po prostu mięśnie twarzy wiedziały, co zrobić.

Czasem dzwoniła do córki. Córka mieszkała w innym mieście w Poznaniu, z mężem i dwójką dzieci. Dzwoniła rzadko, była zajęta.

Jak tam, mamo?

Dobrze. Odkładamy na dom.

Nadal to samo?

Już prawie. Już niedługo.

No to super.

Potem rozmowy schodziły na dzieci, pogodę, zwyczajne sprawy. Nina odkładała słuchawkę i szła do kuchni.

W tamtą jesień, trzecią w cyklu ich oszczędzania, zapachy stały się intensywniejsze. Później pomyślała, że to ciało tak reaguje gdy ma się niewiele, zmysły wyostrzają się jak u zwierzęcia. Pierwszy raz zapach perfum na koszuli Borysa poczuła początkiem października, mieszając kaszę. Postanowiła sobie, że to przypadek. Może ktoś w autobusie przeszedł obok i zapach został.

Drugi raz w listopadzie. Borys wrócił później niż zwykle, roześmiany, tłumaczył, że zebranie się przeciągnęło. Pomagała mu zdjąć kurtkę, a od niej bił tamten sam zapach. Kwiatowy, drogi, przenikliwy. Chantal. Nie wiedziała, jak się nazywa, ale wiedziała, że to damskie i nie jej.

Zmęczony? zapytała.

Bardzo. Siedzenie trzy godziny. Ziewnął, poszedł do łazienki.

Nina powiesiła kurtkę. Zatrzymała się przy wieszaku, po czym poszła podgrzewać kolację.

Umiała nie myśleć o tym, o czym nie chciała się zastanawiać. To też był jej talent. Umiała kierować myśli jak wodą w rowie gdzie inny nurt, tam spłyną. Nie dlatego, że była słaba, tylko bała się, co się stanie, jeśli pozwoli sobie myśleć. Bała nie Borysa, nie kłótni życia, które mogłoby się rozsypać.

Wspólne konto rosło Borys pokazywał wyciąg, cyfry przybywały. Wiosną, może, pierwszy krok mówił. Rozmowa z właścicielami Brzozowego Zakątka, negocjacje, trzeba ogarnąć szczegóły.

Nina przytakiwała. Szczegóły to była jego sprawa. On od papierów i spotkań. Ona od oszczędzania.

W grudniu zaczął częściej zostawać po pracy. Firmowe spotkania. Grudzień, wszyscy siedzą tłumaczył nie można się wychylać z kolektywu. Nina rozumiała. Chyba zawsze rozumiała.

W połowie grudnia wrócił z imprezy o pierwszej w nocy. Był dziwnie wypoczęty. Nie jak ktoś, kto przesiedział siedem godzin nad kieliszkiem. Oczy miał jasne, ruchy spokojne, policzki różowe jakby od świeżego powietrza, a nie od wódki.

Poszalałeś? spytała.

Taka robota. W Brzozowym Zakątku nie będzie już takich okazji mrugnął, ucałował ją w skroń i poszedł spać. Nina długo jeszcze siedziała w kuchni. Za oknem padał śnieg, a Polar buczał.

W styczniu znalazła paragon.

Przypadkiem, jak to bywa z ważnymi rzeczami. Chciała wyczyścić jego marynarkę tę nową, granatową, na święta. W kieszeni leżał prostokątny papierek.

Wyjęła. Spojrzała.

Restauracja Ostrygi na Piotrkowskiej. Data: 28 grudnia. Kwota.

Długo patrzyła na tę liczbę. Porównała dwa razy, by się nie pomylić. Odłożyła paragon, spojrzała przez okno. Ulicą Budowniczych szła kobieta z psem. Pies ciągnął smycz. Kobieta nie spieszyła się.

Kwota równała się ich miesięcznemu budżetowi na jedzenie. Na wszystko. Tym, co Nina dzieliła na gramy, żeby starczyło do nowego przelewu.

Włożyła paragon z powrotem do kieszeni marynarki. Powiesiła w szafie. Wróciła do kuchni.

Polar zabuczał.

Nalała sobie wody, wypiła. Odstawiła szklankę. Wzięła znowu. Odstawiła.

Borys był w pracy. Ona robiła dokumenty online, czasem nie miała zlecenia, więc siedziała sama.

Zastanawiała się, kto i dlaczego chodzi do Ostryg na Piotrkowskiej w grudniu. Sama nigdy tam nie była znała tylko z reklam na przystankach: sala z białymi obrusami. To nie była tania knajpa.

Tego dnia Borys mówił, że idzie do kolegi, Igora. Wrócił o dziesiątej, pachniał nie winem, a znów tym zapachem.

Nina nie wyciągała wniosków. Umiała trzymać myśl na dystans. Może był sam, może służbowy wieczór.

Wieczorem, gdy Borys wrócił, popatrzyła już inaczej nie wrogo, nie przenikliwie, tylko po prostu. Patrzyła.

Jak dzień? zapytał, zdejmując buty.

Dobrze odparła. Jadłeś coś?

Przegryzłem coś w pracy.

Podgrzałam zupę.

Dawaj.

Usiadł do stołu, jadł zupę, przeglądał telefon. Nina siedziała naprzeciw z herbatą i patrzyła. Był spokojny jeśli grał, to dobrze.

Borys… zaczęła.

Hm?

W Ostrygach na Piotrkowskiej jest drogo?

Podniósł wzrok na sekundę.

Skąd mam wiedzieć? Nie byłem tam.

Aa rzuciła Nina. Z reklamy mi się rzuciło w oczy.

Powrócił wzrokiem do telefonu.

Nina piła herbatę.

Luty tamtego roku był zimny i cichy. Nina chodziła w swoim granatowym płaszczu, grzała dłonie o kubek, marzła w autobusie. Zawroty głowy silniejsze. Zapisała się do przychodni lekarz powtórzył to samo: dolna norma, trzeba lepiej jeść, witaminy.

Biorę zapewniła.

Jakie?

Wymieniła nazwę. Lekarka milczała.

To te najtańsze. Można, ale jeśli jest taka możliwość

Nie ma ucięła Nina.

Lekarka nie naciskała.

W lutym Borys był dziwnie ożywiony. Kupił nowy pasek, potem nowe buty brązowe, szyte z drobnym brzegiem. Ładne. Droższe niż dotąd.

Nowe? pytała, widząc buty.

Była wyprzedaż. Stare się rozpadły.

Wyprzedaż powtórzyła.

Nie z butiku przecież.

Przytaknęła.

W marcu, na samym początku, zobaczyła powiadomienie na jego telefonie. Leżał na stole, ekran się podświetlił. Borys był w łazience. Nina siedziała z książką nie czytała jej.

Salon samochodowy: AutoMiasto.

Treść: Pański CityCruiser gotowy do odbioru. Czerwony kokard według zamówienia. Zapraszamy.

Opuściła książkę.

CityCruiser, duży SUV. Drogi. Daleko poza ich standardem. Czerwony kokard, zrozumiała nocą, gdy Borys spał. W salonach przy prezentach zdobią auto wielką kokardą. Z reklam: Podaruj bliskiej prezent.

Leżąc na łóżku, myślała o gryczanej z cebulką.

O witaminach za 10 zł za paczkę.

O płaszczu z second handu.

O tym, kiedy ostatni raz była u fryzjera.

O wspólnym koncie.

Potem już nie myślała. Po prostu leżała, słuchając oddechu Borysa.

Następnego dnia zadzwoniła do banku po saldo. Usłyszała je. Podziękowała.

Było dwa razy mniej, niż powinno być wg ich planu.

Dwa lata oszczędzania. I połowa kwoty.

Siedziała przy stole, patrzyła na ceratę w kwiaty. Maleńka plamka po kawie trze ją od miesięcy, nie schodzi. Zwyczajne miejsce.

Nina! zawołał Borys z pokoju. Zrobisz herbatę?

Już robię odpowiedziała.

Podniosła się, nalała wody do czajnika, postawiła na kuchence.

Tego dnia miała wyjątkowo słabe nogi.

Nie zaczęła go śledzić od razu. Słowo śledzenie jej nie pasowało, drażniło. Ale raz w czwartek, gdy oznajmił, że po pracy idzie na spotkanie, wyszła pół godziny po nim. Ot, spacer. Tak się przekonywała.

Samochód Borysa stara szara osobówka stała nie przy biurze i nie przy restauracji, tylko pod centrum handlowym na Alejach Kościuszki. Nina minęła ją, weszła do środka.

Znalazła go przy stoisku jubilerskim na drugim piętrze. Rozmawiał z młodą kobietą około trzydziestki, może starszą. Jasne włosy w kok, beżowy płaszcz. Rozmawiali z bliska za blisko, jak ludzie, których łączy coś nieformalnego.

Nina nie podeszła. Przystanęła za kolumną, udawała, że pisze SMS.

Borys mówił, kobieta się śmiała. Sprzedawczyni podała im biżuterię na podsuwce z aksamitu Nina nie widziała, czy to łańcuszek, czy bransoletka. Borys kiwał głową, płacił kartą.

Kobieta odebrała torebkę, zapięła płaszcz, wyszli razem.

Nina jeszcze chwilę stała za kolumną.

Przechodzili ludzie. Ktoś z dziećmi, ktoś rozmawiał przez telefon. Radio grało cicho. Pachniało kawą z baru obok.

Wyszła z centrum.

Na zewnątrz usiadła na ławce był marzec, ziemia mokra, ławka sucha. Patrzyła na ruch uliczny, wielką kałużę. Nie płakała. W środku czuła skamielinę nie pustkę ani ból.

Wstała i wróciła do domu.

Następne dni żyła jak dotąd. Gotowała, pracowała, oglądała telewizję. Borys taki sam raz zabiegany, raz zamyślony. Ciągle mówił o Brzozowym Zakątku. Że wiosną pojadą obejrzeć dom.

Wiesz mówił pewnego wieczoru chyba da się uzgodnić raty. To wygodne, nie trzeba tyle na raz zbierać.

Raty? powtórzyła Nina.

Tak. Część od razu, reszta później.

To ile mamy na koncie?

Powinno być dobrze, trzeba sprawdzić.

Sprawdź

Jeszcze nie teraz przerwał i włączył telewizor.

Nina wyszła do kuchni.

Tego wieczoru zadzwoniła do córki.

Mamo, wszystko dobrze? spytała córka. Dziwnie brzmisz.

Zmęczona jestem.

Znowu zbieracie?

Tak.

Mamo, po co Wam ten dom? Kup cie lepiej mieszkanie w okolicy, po co Brzozowy Zakątek?

Borys chce.

A ty?

Milczała.

Ja też. Są tam jabłonie, jest bez.

Oj, mamo westchnęła córka z mieszanką troski i lekkiego politowania.

Wszystko jest dobrze zakończyła Nina. A u was?

Dalej rozmowa zeszła na wnuki, sprawy domowe. Po zakończeniu Nina siedziała chwilę z telefonem w ręce, myśląc o jabłoniach. Czy w ogóle tam były prawdziwie, nie tylko na zdjęciu. Może to tylko jakiś obrazek z internetu.

Tego nie czuła jako myśl, raczej jako powiew chłodu pod kolanami.

Po trzech dniach zadzwoniła do AutoMiasto. Ot, żeby zapytać o CityCruisera.

Bardzo dobry wybór, proszę pani zapewniła konsultantka. Jeden egzemplarz właśnie wydano z wielką czerwoną kokardą. Mężczyzna dla pani… Takie to romantyczne.

Prezent powtórzyła Nina.

Tak, wszystko z najwyższej półki. Pan zamówił specjalne wykończenie.

Dziękuję. Odłożyła słuchawkę.

Zagotowała czajnik. Czekała w ciszy.

Potem włączyła laptop. Zalogowała się na wspólne konto by miała dostęp, ustalili to na początku.

Przeglądała wpłaty. Jej regularnie, po równo. Jego nieregularnie, czasem połowa zadeklarowanego.

Potem wypłaty. Daty, kwoty. Regularne, nie wszystkie wyjaśnione.

Wyjęła zeszyt, w którym skrupulatnie notowała wszystkie wydatki. Zaczęła spisywać.

Liczyła długo, dwie godziny. Polar brzęczał, za oknem robiło się ciemno.

Kiedy skończyła, zamknęła zeszyt, postawiła na stole.

Uchwyciła obraz całości. Trzy lata odkładała: co miesiąc sumiennie, przez trzy lata kasza, tanie makarony, tania herbata, noszenie płaszcza po kimś, unikanie lekarza, własnoręczne strzyżenie włosów nad zlewem. Trzy lata umniejszania siebie, by zmieścić się w granicach wspólnego celu.

A pieniądze z konta znikały. Powoli, ale regularnie. Przeznaczane na coś, co nie było nim.

W jubilerskim stała kobieta w beżowym płaszczu, a Borys płacił kartą naturalnie, jakby robił to nie pierwszy raz.

W AutoMiasto już był czerwony kokard.

Paragon z Ostryg na Piotrkowskiej na wysokość ich budżetu na jedzenie.

I koszula pachnąca Chantal.

Zamknęła laptop, poszła do pokoju. Borys oglądał wiadomości.

Głodny? spytała.

Nie, dzięki, już późno.

Dobrze.

Położyła się spać. Leżała, patrzyła w sufit. Borys przyszedł później, zasnął szybko.

Nina długo nie spała. Myślała nie o nim, tylko o sobie. Kiedy ostatni raz pomyślała o sobie jak o kimś, kto czegoś normalnego potrzebuje? Nie leków i ciepłej kurtki, ale czegoś dla przyjemności?

Prawdziwy, mielony, mocny taki lubiła, a od półtora roku piła rozpuszczalny w saszetkach po 2 złote, bo taniej.

Ser pleśniowy jadła ostatni raz pięć lat temu, lubiła z winogronami na kolację, jak święto.

Ostrygi jadła raz w życiu, nad morzem, młoda. Do dziś pamiętała niezwykły smak.

Odwróciła się na bok.

Nie podjęła decyzji tej nocy. Dojrzewała powoli, dzień za dniem, jak ciasto na drożdżach. Trudno wskazać chwilę, kiedy było już pewne, ale rano już to wiedziała wyraźnie.

Kolejne dni żyła jak dotąd. Gotowała, pracowała, rozmawiała z Borysem nie zmieniał się. Albo nie zauważał, albo udawał. To już nie miało znaczenia.

Raz poszła za nim już całkiem świadomie. Chciała zobaczyć. Potwierdzić w rzeczywistości to, co i tak wiedziała.

Wiedziała, że w czwartki Borys ma robocze wieczory. Założyła szary płaszcz, dawny, niezbyt widoczny. Pojechała za nim autobusem.

Spotkał tę samą kobietę. Jasne włosy, zadbana. Widzieli się przy kawiarni na ulicy Sienkiewicza, potem poszli razem do parku. Nina szła daleko za nimi, powoli. Weszli między drzewa. Widziała, jak Borys wyciąga prezent kobieta rozpakowuje, stoją blisko, obejmuje ją. Całuje.

Nina obserwowała to w milczeniu.

Patrzyła na własne dłonie cienkie rękawiczki, trochę zużyte, palce czerwone od zimna.

Jeszcze chwilę patrzyła. Odeszła.

W autobusie usiadła przy oknie, patrzyła na miasto. Było szare i mokre. Kałuże, nagie drzewa. Latarnie zapalane po jednej, powoli.

W domu powiesiła płaszcz, poszła do sypialni. Wyjęła walizkę, dużą, prawie nieużywaną. Zaczęła się pakować. Nie całkiem. Tylko swoje rzeczy, to, co najważniejsze.

Pakowała metodycznie, spokojnie. Bielizna, ciepłe ubrania, dokumenty, legitymacje. Zeszyt z domowymi wydatkami, telefon, ładowarka, zaczęta książka.

Granatowy płaszcz, najnowszy, powiesiła w przedpokoju. Założyła bordowy żakiet, dawny, trochę przyciasny ale inny niż ten z lumpeksu.

Na stole zostawiła kartkę: Dziękuję za paragon z Ostryg i czerwony kokard. Mam nadzieję, że smakowało.

Podpisała: Nina.

Wzięła walizkę.

Zerknęła na Polara. Buczał jak zwykle.

No to… pa powiedziała cicho do kuchni.

Wysłała klucz pod wycieraczkę nie dlatego, że się umawiali, tylko nie chciała go zabierać.

Na ulicy Budowniczych życie toczyło się zwyczajnie. Ktoś wracał z pracy, pies gnał na smyczy, paliło się światło w kwiaciarni.

Nina stanęła chwilę. Ruszyła.

Wiedziała, dokąd pójdzie.

Kilka ulic dalej był market delikatesowy Galeria Smaku. Przechodziła tamtędy prawie co tydzień, nigdy nie wstępując za drogo. Piękne wystawy, moc świeżych zapachów, kosze kolorowych owoców. Kupowali tam ci, którzy nie liczyli każdej złotówki.

Weszła.

W środku pachniało świeżym chlebem i kawą. Cicho grała muzyka. Światło miękkie, półki wysokie.

Wzięła niewielką koszyk.

Poszła do działu rybnego. Stoiska z lodem, błyszczące filety. Tuńczyk, głęboko czerwony, z pięknym wzorem mięsa.

Proszę ten kawałek poprosiła.

Opakowali. Położyła w koszyku.

Znalazła ostrygi sześć sztuk w pojemniku. Wzięła.

W serowym szukała długo. Ser pleśniowy z niebieskim żyłkowaniem. Woskowana skórka. Wzięła.

Dalej: dobry chleb żytni z ziarnami, chrupiący. Nie najtańsza kromka, tylko prawdziwy bochenek.

Na koniec kawa stała długo przed półką. Wybrała mieloną, w granatowym opakowaniu. Etiopska. Nigdy nie piła etiopskiej. Na opakowaniu napis: Czarna jagoda i czekoladowy posmak.

Przy kasie wyłożyła wszystko. Chwilę patrzyła tuńczyk, ostrygi, ser, chleb, kawa.

Dobry wybór mruknęła kasjerka, nabijając zakupy.

Dziękuję odpowiedziała Nina.

Cena niemała. Zapłaciła kartą tą, co do własnego konta z osobistymi oszczędnościami.

Wyszła z marketu.

Nie bardzo wiedziała, dokąd. Do córki za daleko na noc, do przyjaciółki nie czuła się na telefon. Pojechała do niewielkiego hotelu na drugim końcu miasta. Tam był wolny pokój nie drogi, ale czysty.

Rozłożyła zakupy, patrzyła na nie na stoliku.

Poprosiła recepcję o przyrząd do ostryg. Przynieśli niewielki nóż.

Umie pani? zapytała recepcjonistka z zaciekawieniem.

Poradzę sobie uśmiechnęła się Nina.

Dała radę. Może mało zgrabnie, ale otworzyła. Ostryga pachniała morzem.

Zjadła jedną.

Potem drugą.

Kawałek tuńczyka. Chleb, trochę sera. Zaparzyła kawę w małym ekspresie w pokoju.

Jadła powoli. Za oknem nocne światła ulicy, samochody. Ciepło, cicho. Radio sączyło się cicho.

Jadła i nie myślała o Borysie, nie o Brzozowym Zakątku. Nie o tym, co będzie. Myślała, że ostrygi smakują tak, jak wtedy nad Bałtykiem, młoda morzem, świeżością. Tuńczyk delikatny, długo zostaje na języku. Ser taki, jak lubiła, mocny i kremowy. Kawa naprawdę pachnie czarną jagodą to nie reklama, to prawda.

Myślała: to właśnie ja.

Nie spartanka, nie kobieta-cierpliwość. Tu i teraz człowiek, który rozróżnia smak ostryg od tanich makaronów, który umie usiąść wieczorem i zjeść dobrze. Przez trzy lata była gdzieś dalej, teraz wróciła.

Wypiła kawę małymi łykami. Za oknem tętniło miasto.

No, dzień dobry powiedziała cicho do siebie.

I dolała sobie jeszcze kawy.

Nie wiedziała, co będzie jutro. Gdzie zamieszka za tydzień, jak rozmawiać z Borysem jeśli w ogóle. Czy znajdzie kiedyś dom z jabłoniami, naprawdę jej własny. Czy zadzwoni do córki teraz, czy rano. Czy jutro będzie bolało tak mocno jak kiedyś.

Nie wiedziała.

Ale teraz, w małym hotelu, z pustym pojemnikiem po ostrygach i filiżanką kawy, wiedziała jedno: to ona. To jej smak. Jej wybór. Jej wieczór.

To coś znaczyło.

Ostatnia kromka chleba z serem. Podgryzła.

Za oknem zapaliła się latarnia. Jedna, potem druga, potem cała aleja jakby wreszcie ktoś włączył prąd.

Nina patrzyła na światła, żuła chleb i pewnie pierwszy raz od lat nie mówiła już nic ani sobie, ani w myślach. Po prostu była. Tu i teraz.

I na razie to wystarczyło.

***

Obudziła się wcześnie, zanim zadzwonił budzik. Leżała chwilę, patrząc w obcy sufit. Biały, z plamką przy karniszu. Obcy, ale przez to nie uciskający.

Wstała, umyła się, uczesała. Spojrzała w lustro twarz ostra, cienie pod oczami, ale… coś się zmieniło. Może tylko się jej tak wydawało.

Nie przyglądała się długo. Ubrała się, wzięła walizkę. Powinna była zadzwonić do Walentyny, przyjaciółki z dawnych lat. Musiała porozmawiać z córką, pomyśleć, gdzie zamieszkać na dłużej.

Zeszła najpierw do hotelowej kawiarni. Zamówiła jajecznicę, tost, kawę prawdziwą.

Kawę przyniesiono we szklance. Trzymała ją w obu dłoniach, jak coś cennego.

Przy sąsiednim stoliku siedziała starsza pani z książką. Tylko czytała, z przerwą na łyk kawy.

Nina patrzyła na nią i myślała, że kobiety czytające rano na śniadaniu nie są samotne, tylko po prostu są same ze sobą. To nie to samo.

Zjadła jajecznicę wolno.

Potem napisała Walentynie: Mogę dziś przyjechać? Wszystko opowiem.

Odpowiedziała niemal od razu: Pewnie! Czekam. Wstawiam herbatę.

Nina schowała telefon, dopiła kawę.

Wyszła. Na zewnątrz pachniało już trochę inaczej, niezupełnie zimą jakby pod asfaltem budziła się powoli ziemia.

Przystanęła na schodkach. Opatuliła się szczelniej i ruszyła na przystanek.

Szła spokojnie, jakby bez celu. Nogi szły dobrze, głowa się nie kręciła czy to chwilowa poprawa, nie chciała dociekać.

Mijali ją ludzie, jechały samochody. Mama z wózkiem, wrona spoglądająca z drzewa z takim wyrazem, jakby wszystko wiedziała lepiej.

I co, powiesz coś? mruknęła Nina do wrony.

Wrona sfrunęła i zajęła się swoim.

Nina uśmiechnęła się do siebie, nie szeroko, zwyczajnie.

Przyjechał autobus. Usiadła przy oknie.

Przez okno widać było bloki, drzewa, reklamy. Myślała, że przez trzy lata prawie nie patrzyła w okno jechała gdzieś mentalnie dalej, w ciągłym zliczaniu, zmartwieniu, cudzym planie.

A miasto żyło bez jej uwagi.

Odbije to.

Na skrzyżowaniu autobus stanął światło czerwone. W sąsiednim aucie kobieta lat pięćdziesiąt śpiewała pod nosem do radia, nie przejmując się. Widać było ruch warg.

Wtedy zapaliło się zielone.

Nina odchyliła się na oparcie. Patrzyła na miasto. Telefon milczał. Borys mógł jeszcze nie wiedzieć, mógł nic nie zrobić, mógł rozważać. Ale to już nie jej sprawa.

Ona miała swoje sprawy.

Jechała do Walentyny będzie gorąca herbata, pewnie długa rozmowa. Potem kolejne dni, wcale niełatwe. Nie przewidywała łatwego szczęścia. Będzie nieporadność, zmęczenie, czasem strach i wiele pytań bez odpowiedzi.

Ale będzie coś jeszcze.

Będzie kawa, co pachnie jagodą.

Będzie ostryga z zapachem morza.

Będzie lustro, które nie straszy cudzym odbiciem.

To niewiele. Ale nie jest niczym.

Autobus jechał dalej. Miasto za oknem było szare i żywe. Nina patrzyła, myśląc, że prawdziwe jabłonie istnieją nie z czyichś zdjęć. I bez, i domy z gankiem.

Tylko nie są podarunkiem. Trzeba je znaleźć samemu.

Kiedyś.

Nie dziś. Dziś autobus, marcowy powietrze, jeszcze nie wiosna ani już nie zima.

To na razie wystarczy.

I to, choćby małe już jest czymś.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Czerwona kokarda