Siedemdziesiąt dwa lata na karku i nagle basen? Taki pomysł mogła podsunąć tylko moja lekarka rodzinna w Krakowie, patrząc z politowaniem na moje zastane stawy. Kiedy po raz kolejny uskarżałam się na ból kręgosłupa i sztywność w kolanach, zamiast kolejnej recepty na maść przeciwbólową, usłyszałam wyrok: „Pani Heleno, ruch to zdrowie, a najlepiej odciąży pani stawy woda. Zapisz się pani na aqua aerobik na osiedle Mickiewicza”. Przez lata uciekałam od jakiegokolwiek wysiłku fizycznego – spacery wywoływały u mnie ostry ból lędźwi, a fitness kluby kojarzyły się z młodymi dziewczynami w obcisłych legginsach, przy których czułam się jak wielki, nieporadny słoń. Aqua aerobik brzmiał jednak na tyle bezpiecznie, że po długich wahaniach postanowiłam zaryzykować.
Moja wyprawa do sklepu sportowego w Galerii Krakowskiej zakończyła się zakupem najsmutniejszego, czarnego stroju, który przypominał worek na ziemniaki, gumowego czepka, który wżynał mi się w czaszkę bezlitośnie, oraz błękitnej torby w jaskrawym odcieniu, z której śmiała się nawet moja wnuczka Zosia. Pierwszego dnia w szatni basenowej na osiedlu im. Adama Mickiewicza chciałam zapaść się pod ziemię. Wszędzie panował hałas, chlapanie, zapach chloru mieszający się z tanimi perfumami, a kobiety wesoło paplały, wymieniały się przepisami na domowe przetwory i czuły się jak u siebie w salonie, rozebrane do strojów kąpielowych, jakby nie wstydziły się ani grama cellulitu czy obwisłej skóry.
A ja? Ja panicznie bałam się głębszej wody. Pływać nie potrafiłam – ot, machałam rękoma jak żaba wyciągnięta na gorący piasek, a wizja zanurzenia głowy pod wodę wywoływała u mnie gęsią skórkę.
Zajęcia prowadziła instruktorka o energii torpedy, dziewczyna w moim wyobrażeniu ze stali i gumy. Wrzuciła nas do basenu rekreacyjnego, gdzie woda sięgała do klatki piersiowej. Głośna, rytmiczna, ogłuszająca muzyka dudniła w głowie, odbijając się echem od białych kafelków, a ja nie miała pojęcia, co robię. Kiedy reszta grupy robiła energiczne wymachy w przód, ja bezradnie wirowałam w tył, plącząc się we własnych kończynach, potykając się o czyjeś stopy i łykając chlorowaną wodę. Wyszłam stamtąd zlana potem, z sinymi wargami, wściekła na cały świat, na moją lekarkę i na własną starość. Przysięgłam sobie, że to mój pierwszy i ostatni raz.
Wróciłam jednak w czwartek tylko dlatego, że zapłaciłam za cały pakiet z góry. Kto by oddał ciężko zarobione pieniądze z emerytury?
Kolejne dni mianowały się pod znakiem czystej frustracji. Nienawidziłam tego momentu, gdy mokry, ciasny czepek przyklejał się do włosów, a zimne kafelki pod prysznicem parziły stopy. Trzymałam się na uboczu, unikając wzroku stałych bywalczyń szatni, które wydawały się tworzyć zgrany, hermetyczny klub wzajemnej adoracji.
Aż do tego pamiętnego czwartku. Siedziałam na drewnianej ławce, zaciskając zęby z bólu po niefortunnym ćwiczeniu z piankowym makaronem, kiedy obok mnie przysiadła się Halina. Starsza kobieta o niezwykle jasnych, ciepłych oczach, które widziały już chyba wszystko na tym świecie.
– Bardzo boli? – zapytała troskliwie, kładąc swoją dłoń na moim ramieniu.
– Strasznie – odpowiedziałam głosem drżącym z żalu. – Chyba zrezygnuję. To nie dla mnie. Jestem za stara, za gruba i zupełnie nie potrafię się ruszać w rytm tej piekielnej muzyki.
Halina roześmiała się serdecznie, a jej śmiech był tak zaraźliwy, że na chwilę zapomniałam o pulsującym bólu kręgosłupa.
– Dziewczyno, ja ryczałam tu w szatni przez pierwsze osiem tygodni – powiedziała szeptem, patrząc mi prosto w oczy. – Myślisz, że od razu pływałam jak ryba? Wpadnij w przyszłym tygodniu dziesięć minut wcześniej, pokażę ci prosty trik, żeby nie zwariować i odciążyć ten twój biedny kręgosłup.
Te słowa zmieniły wszystko. Od tego dnia nasze czwartkowe spotkania stały się rytuałem. Halina okazała się skarbnicą wiedzy i niesamowitego dystansu do siebie. Nauczyła mnie, jak stawiać stopy na dnie basenu, żeby nie tracić równowagi, jak oddychać w rytm muzyki i jak przestać przejmować się tym, co myślą inni. Z czasem do naszej dwójki dołączyła pani Krysia – była polonistka, która z pasją recytowała nam fragmenty Mickiewicza między seriami brzuszków w wodzie – oraz Basia, energiczna babcia trojga wnucząt.
Nasz „Klub Czwartkowej Fali” stał się czymś więcej niż tylko rehabilitacją. Zaczęłyśmy wspólnie zostawać po zajęciach na kawę z termosu i domowe ciasto drożdżowe na małej ławeczce przed pływalnią. Opowiadałyśmy sobie o przeszłości, o trudnych relacjach z dorosłymi dziećmi, o samotności, która czasem doskwierała po zmroku, i o małych radościach codzienności. Woda zmywała z nas nie tylko pot, ale i lata niewidzialnych ciężarów, które nosiłyśmy na plecach.
Miesiące mijały niepostrzeżenie. Moja błękitna torba przestała mnie drażnić, a czarny strój stał się drugą skórą. Pewnego dnia, po pół roku od mojego pierwszego, dramatycznego wejścia do basenu, instruktorka ogłosiła ćwiczenie wymagające przepłynięcia dłuższego odcinka bez oparcia o dno. Serce podeszło mi do gardła. Przez ułamek sekundy chciałam uciec do szatni. Ale wtedy zobaczyłam wzrok Haliny – pełen cichej, niezachwianej pewności siebie – oraz uśmiech pani Krysi.
Wzięłam głęboki oddech, odepchnęłam się od brzegu i… po prostu popłynęłam. To nie był styl olimpijski, daleko mu było do gracji delfina, ale płynęłam! Woda niosła moje ciało, które nagle przestało być ciężkie i obolałe. Poczułam niesamowitą lekkość, jakbym zrzuciła z ramion trzydzieści lat. W tym momencie w mojej głowie zniknął cały hałas, dudniąca muzyka i dawne lęki. Została tylko czysta, dziecięca radość z ruchu i triumf nad własną słabošću.
Rok później, dokładnie w tym samym dniu tygodnia, szłam na basen z wysoko uniesioną głową. Na ławce w szatni siedziała nowa dziewczyna – kobieta koło sześćdziesiątki, skulona, ściskająca w drżących dłoniach nowy, lśniący czepek i patrząca z przerażeniem na kafelki.
Podeszłam do niej powoli, uśmiechnęłam się ciepło i położyłam dłoń na jej ramieniu, dokładnie tak, jak zrobiła to kiedyś Halina.
– Bardzo boli? – zapytałam łagodnie. – Wpadnij w przyszłym tygodniu dziesięć minut wcześniej, pokażę ci prosty trik, żeby nie zwariować.
Bo w życiu, tak jak w wodzie, najważniejsze to nie bać się zanurzyć, nawet wtedy, gdy wydaje nam się, że nie potrafimy pływać. Wystarczy tylko złapać kogoś za rękę i pozwolić się unieść.






