Chcę żyć, Paweł!
Panie doktorze Jerzy! Panie doktorze Jerzy, co z Panem?
Pielęgniarka Basia złapała chirurga za rękaw fartucha. Nie utrzymała go jednak oparł się o ścianę, pochylił głowę w dół i zamilkł.
Basia, z nutą dumy za cały personel, pomyślała, jak lekarze naprawdę oddają się pacjentom, pracują niemal do upadłego! Ale nikt tego nie doceni. Pacjent, którego właśnie operował dr Jerzy Zawadzki, tego nawet nie zauważy.
Panie doktorze Jerzy, wszystko w porządku? Może zadzwonię po…
Nie ma potrzeby lekarz oderwał głowę od ściany, lekko się zatoczył i poszedł do dyżurki. Przed wejściem obrócił się jeszcze do przerażonej pielęgniarki. Wszystko dobrze, nie martw się.
Jerzy ciężko opadł na skórzaną kanapę. Leżał przez chwilę bez ruchu. Czy naprawdę wszystko dobrze? Przecież to nie pierwszy raz, gdy atak zawrotów głowy łapie go na służbie. Przemęczenie? Najpewniej.
Kiedyś miał wolne. Prawdziwe weekendy, podczas których mógł z żoną odwiedzać znajomych, z dziećmi wybrać się do Łazienek.
A teraz… Każdy lekarz pracuje na trzech oddziałach! Odpoczynek? Nierealny. Druga żona, młodsza od niego, dzieci uczniowie. Wydatki rosną. I marzy mu się nowy samochód…
Ale przecież ważniejsze jest to, że Jerzy nie potrafi żyć bez pracy, chce być potrzebny, najlepszy, śni o szacunku i sukcesach zawodowych. Przez ponad dwadzieścia lat praktyki wszystko to miał: pacjenci zabiegali o niego, koledzy poważali, zapraszano go na konferencje… Płacono dobrze.
Paweł, powiedz, twoja Natalia jest dziś w pracy?
Siema, Jerzyk, tak, dzisiaj dyżuruje.
Już pod koniec dnia Jerzy leżał w aparacie do rezonansu u Natalii, słuchając nieprzyjemnych dźwięków, których nawet muzyka z słuchawek nie mogła zagłuszyć.
Nagle przytłoczył go lęk. Najchętniej naciskałby gruszki alarmowej, by go stąd wyciągnęli. Próbował odwrócić uwagę, pomyśleć o czymś miłym. Ale co przychodziło mu do głowy?
Pamięć jego zaczęła zjeżdżać po schodkach życia. Drugi ślub… On chirurg z dziećmi, żona nauczycielka jego córki z trzeciej klasy. Pracadompraca. Pierwsze małżeństwo nieprzyjemne wspomnienia, bolesny rozwód.
Studia? Tak… Pierwsze cztery lata to była młodość!
Zanurzył się w tych wspomnieniach. Grupa studencka: on, Witold i Paweł zaprzyjaźnieni od egzaminów wstępnych. Warszawa była dla wszystkich obca, pokój w akademiku. Paweł okulary, cichy, z prowincji, o niesamowitej pamięci. W jego spokojnych, błękitnych oczach można było utonąć.
Witold zupełne przeciwieństwo: gawędziarz ze wsi pod Ostrołęką. Typ, który wszystkich poznał i stale gdzieś się kręcił. Z zapałem pomagał kolegom, pisał ściągi, zamiast uczyć się systematycznie.
Jerzy sam bał się egzaminów. Podziwiał wiedzę Pawła i elokwencję Witolda. Ale tylko Michał, czwarty z pokoju, nie dostał się na wydział. Ich trzech pozostało razem.
Początkowo nie dostali miejsc w akademiku, więc mama Pawła troskliwa i energiczna kobieta przyjechała do Warszawy i załatwiła im wspólne mieszkanie.
Z Bogiem, chłopcy, żyjcie w zgodzie mówiła, zanim po kilku dniach wyjeżdżała, zostawiając im pełną lodówkę domowego jedzenia.
Ale super mama, Paweł, skąd ona? dopytywali.
Pracuje w sklepiku z dewocjonaliami.
Gdzie?
W kościele. Sprzedaje świece i obrazki.
Jest więc wierząca?
Oczywiście. Ja też.
Chłopaki spojrzeli dziwnie na ikony w oknie.
Twoje?
Moje. Mama dla mnie zostawiła.
Witold zawsze mówił, zanim pomyślał:
Ale po co takie rzeczy, skoro jesteśmy na medycynie? Nauka, nie cuda… że niby Bóg pomoże…
Lekarz leczy ciało, a Bóg duszę odpowiedział spokojnie Paweł.
Temat wiary jednak nie wracał widzieli tylko, jak Paweł czasem po cichu się żegnał. Był świetnym studentem, potrafił wyciszyć kłótnię między impulsywnym Witoldem a upartym Jerzym.
Jego drobiazgi go nie niepokoiły. Gdy Jerzy i Witold kłócili się o sprzątanie, Paweł brał szmatę i sam mył podłogę.
Niemądra kłótnia. Lepiej zrobić i mieć spokój…
I rzeczywiście, chłopaki się wstydzili, pomagali mu.
To chyba Bóg błogosławił Pawłowi, bo najlepiej zdał pierwszą sesję. Łaciński język miał w małym palcu. Łączył ich jeszcze bardziej.
Pierwszy zakochał się właśnie Paweł. Wybrano go do samorządu i tam poznał Marię filigranową dziewczynę o czarnych włosach. Już od drugiego roku trzymali się za ręce.
A Witold, choć taki prosty, zaczął pracować w pogotowiu nocami. Praktyki w szpitalu szły mu świetnie zyskał uznanie, zajmował się najtrudniejszymi przypadkami. Jednak, wbrew oczekiwaniom, był bardzo dokładny w medycynie.
Jerzy uczył się solidnie, choć bez wyjątkowych sukcesów ale bardzo chciał być dobrym lekarzem.
***
Aparat rezonansu wywoził go z powrotem do rzeczywistości. Spojrzał przez okno, nabrał powietrza. Skąd wzięła się ta klaustrofobia?
Przyszła Natalia, zdjęła mu z głowy sprzęt.
No i jak? spytał. Już oglądaliście?
Poczekaj chwilę, doktor zrobi opis. Dam znać, przyjdź później schowała wzrok. Zmęczona? Cały dzień na nogach…
Odbiorę jutro. Teraz chcę wracać do domu.
Nie zdążył wyjść, gdy Natalia zadzwoniła i przyniosła mu wyniki, opis i płytę.
Jerzy, jesteś lekarzem, wiesz, co to znaczy. Ale nie zwlekaj. Zgłoś się do Adama Anisimowa. On obejrzy.
Jerzy tylko rzucił okiem na opis, włożył płytę do komputera i długo przesuwał obrazy w milczeniu. Nie docierało do niego, że widzi własny mózg i wyraźny, precyzyjny stan zapalny.
Czuł się, jakby oglądał wyniki znajomego pacjenta, nie swoje. Nawet gdy jechał do domu, nie mógł uwierzyć. To nie mogło się mu przytrafić.
***
Adam Anisimow najlepszy neurochirurg w szpitalu.
Mógłbym złagodzić, Jerzy, ale sam wiesz najlepiej, co widzisz.
Wiem. To koniec?
E, spokojnie zmarszczył czoło Adam Ty chyba wiesz, jak to bywa: wszystko zależy i od chirurga, i od Boga.
Nie mogę uwierzyć… Miałem jechać do Warszawy na Dzień Lekarza. Zaprosili, z rodziną chciałem zwiedzić miasto. A teraz… Co byś zrobił na moim miejscu?
Pojechał do Warszawy, ale nie na odpoczynek, tylko do profesora Szymona Rogowskiego. Tam są najlepsi. Ale…
Ale?
Profesor już sam nie operuje, tylko jego uczniowie. Metodyka najlepsza, ale… kolejka na rok do przodu. Lekarze powinni ci pomóc, w końcu jesteś świetny chirurg.
Jerzy nadal pracował, diagnozował, prowadził operacje. Bóle nie dokuczały mu specjalnie radził sobie lekami.
Szukał kontaktów do Rogowskiego. Adam miał rację dostać się tam było niemal niemożliwe.
W końcu powiedział wszystko żonie, która od razu zaczęła planować wyjazd.
Inka, pojadę sam do Warszawy.
Sama? To jak to? ze smutkiem odłożyła bluzkę Zwariowałeś? A dzieci?
Nie na wycieczkę jadę, tylko do szpitala. Mam problem… Guz mózgu wypowiedział powoli, jakby sam do siebie.
Inga popatrzyła na niego, a w oczach pojawiły się łzy.
Jezu… Jak to możliwe? Pojadę z tobą.
Nie, nie ma jeszcze decyzji o operacji. Muszę czekać… Nie wiem jak długo.
To takie poważne? usiadła obok, Opowiedz…
I Jerzy, jak dziecko, wycierając nos, zaczął wszystko tłumaczyć nie jako lekarz, ale mocno chaotycznie: wcześniejsze podejrzenia, wyniki, a także myśli, wspomnienia, nadzieje…
Inga słuchała z zaciętym czołem, milczała, ale on czuł ulgę, że komuś może się wygadać. Z pierwszą żoną czegoś takiego nie miał.
***
Świadkowie Jehowy odmawiają transfuzji, powołując się na Pismo Święte…
To już czwarty rok studiów, siedzą na wykładzie.
Kapłani krytykują prawo do transplantacji. Kościół sprzeciwia się większości form sztucznego zapłodnienia, dawstwa gamet. Broni swoje kanony. Kościół wierzy w cuda i przedkłada je nad naukę. Medycyna i wiara są sprzeczne.
To nieprawda odzywa się głos z sali.
Kto mówi?
Ja Paweł wstaje Kościół i medycyna mają wspólny cel: pomagać człowiekowi godnie żyć.
Chce pan polemizować?
Nie, po co? Po prostu tak uważam.
Skoro zacząłeś… Podejdź do tablicy.
Wykładowca uśmiecha się perfidnie. Paweł spokojnie odpowiada na pytania o etykę, cytuje Biblię.
Kościół troszczy się o duszę. Jeśli para nie może mieć dzieci, medycyna może próbować, ale gdy zawodzi trzeba przyjąć to z pokorą. Testy od trzeciej osoby Kościół nie akceptuje. Sztuczne zapłodnienie przez męża już nie potępia.
A surogacja?
Trzeba myśleć też o matce zastępczej i dziecku
Bzdura! przekrzykiwał wykładowca Przy moich oczach rodzice nie pozwolili pobrać organu syna… Inne dziecko zmarło, bo nie zdążyliśmy. Czy to po Bożemu?
Nie mogli. Dla nich to był syn…
I tu widzicie opium religijne! Kościół hamuje postęp naukowy… Kluczowy jest człowiek i mózg, nie Bóg!
Wykładowca głośno krzyczał, atakował Pawła, lecz jego powściągliwość robiła wrażenie. Część studentów wyraźnie stawała po stronie Pawła.
Od tego czasu Paweł miał trudności. Musiał się tłumaczyć u rektora, wracał przybity, mówił tylko Marcie. Ale ona nie zdradzała szczegółów.
Na piąty rok Paweł już nie przyjechał. Przyszło tylko list, że jego droga jest inna, żegnał się, prosił o pamięć.
Jerzy i Witold byli zdruzgotani. Najlepszy z nich! Niemal już lekarz… Dlaczego?
Odszukali Martę, ale ona milczała. Pojechali więc do rodziny Pawła. Powitała ich matka szczęśliwa, dumna syn poszedł do seminarium.
Wracali z bagażem domowych specjałów, nie rozumiejąc decyzji przyjaciela.
Jak mógł, Jezu… walił się po kolanie Witold.
Widzisz, już i my Jezu, Jezu… On nas zostawił. Oszalał, cholera…
***
Jakie świece, Adam? Jadę do przyjaciela. Mam urlop.
Siedzieli w dyżurce. Za trzy dni Jerzy rusza do Warszawy. Boi się jechać samochodem, zawroty częste, do pracy już dociera ostrożnie. Liczy na szansę na operację właśnie tam.
Do jakiego przyjaciela?
Z lat studenckich. Ponad dwadzieścia lat się nie widzieliśmy. Na piątym roku porzucił studia, jest księdzem. Niedaleko mieszkam, jutro pojadę.
Ryzykujesz.
Wiem, ale… pojadę.
Miejscowość słynąca z sanktuarium i szlaków pielgrzymkowych była, jak na polskie warunki, prowincjonalna. Przede wszystkim mnóstwo kościołów na każdym rogu.
Jerzy szedł w kierunku klasztoru. Co dziwne, całą drogę nie miał zawrotów głowy. Może rzeczywiście droga do Boga droga do zdrowia, uśmiechnął się do siebie.
W lesie bieliły się mury i kopuły. Wszystko uporządkowane parking z ochroną, alejki, piękne kwiaty, złote dachy oślepiały w słońcu.
Poinformowano go, że ksiądz celebruje właśnie mszę, więc musi poczekać. Krążył po terenie. Za murami niewielki cmentarz i zejście do rzeki. Obok studni ludzie nabierali wodę, pielgrzymki powtarzały wspinaczkę po schodkach.
Po co on tu przyjechał? Przyjaciel?
A pan nie idzie po święconą wodę? zagadnęła go starsza kobieta.
Po wodę? Nie, właściwie…
Tam są butelki. Trzeba trzykrotnie zejść po schodach, potem wspiąć się z powrotem.
Po co?
Sam pan wie najlepiej.
Już miał odpowiedzieć, że przyjechał odwiedzić księdza, ale zamilkł. Przecież nie o zwykłą wizytę chodziło…
Wziął butelkę, trzy razy przeszedł trasę do studni. Każde powtórzenie trudniejsze od poprzedniego, ale podołał. Nabrał wody, napił się ochładzającego, słodkiego płynu.
Poczuł niewytłumaczalną radość i spokój. Pomyślał nawet, że jeśli to świat Pawła, to nieźle się urządził.
Po mszy wierni spokojnie wychodzili. W drzwiach pojawił się duchowny: broda, postawna sylwetka, niski głos. To niemożliwe, to nie Paweł niższy, szczupły i zawsze w okularach…
Ale gdy tylko spojrzały na Jerzego jasne, głębokie oczy wszystko stało się jasne.
Podszedł.
Cześć, księże!
Ktoś z wiernych karcąco szepnął:
Proszę księdza się mówi…
Ale ksiądz już go rozpoznał i uśmiechnął się szeroko.
Jerzy! No, witaj, przyjacielu…
Uściskali się. Parę pytań o codzienność i poszli na spacer po ogrodach.
Radość dziś u nas wielka! Maria będzie szczęśliwa.
Maria? To twoja…
Tak, żona. Lekarz tu, na miejscu, pediatra. Nie chciała odpuścić zawodu. Mamy pięcioro dzieci, tylko najmłodszy ma dziesięć lat.
No popatrz! A ja trzy córka z pierwszego małżeństwa i dwoje w drugim. Wy dobrze się tu zadomowiliście.
Lubimy to miejsce. Zapraszano mnie do innych parafii, ale wolimy tu. Klasztor, las, rzeka…
Wzrosłeś chyba?
Po dwudziestce całkiem urosłem.
A okulary?
Operację przeszedłem. Czasem noszę soczewki.
To znaczy Kościół nie odrzuca medycyny?
Obaj wybuchli śmiechem.
Wspominali wybryki z biblioteki, mamę Pawła, która została mniszką w sąsiednim klasztorze…
Dołączyła dziewczyna w chustce, szepnęła księdzu kilka słów.
Przebacz, czas iść do pracy. Sporo ludzi z daleka. Mój kierowca zawiezie cię do domu. Maria się tobą zajmie. Pogadamy potem.
Jerzy rozłożył ręce, zgodził się. Czekał na podwózkę dom księdza z zadbanym ogrodem, mansardą i kapliczką.
Maria rzuciła mu się w ramiona, oprowadziła po domu, nakarmiła jak własnego. Syn biegał po pokoju. Jerzy opowiedział parę rzeczy, chorobę przemilczał. Drzemnął na tarasie, zapomniał o zmartwieniach.
***
Znacie moją historię?
Pewnie. Z Witkiem długo się kontaktowaliśmy, potem kontakt się urwał. Teraz niestety…
Sądziłeś mnie?
Sąd pozostawmy Bogu. Powiedz, Jerzy, co się dzieje?
Guza mózgu wykryli… złośliwy…
Paweł westchnął.
Niedobrze. Jutro zostaniesz na mszy, odpocznij, potem wyspowiadasz się, przyjmiesz komunię. Dalej zobaczymy…
Jakbyś mnie już żegnał…
Skąd! Wszystko w twoich rękach. Nawet ksiądz tylko wskaże drogę reszta zależy od duszy.
Opowiem ci, jak to wtedy było…, zaczął Jerzy.
Na spowiedzi powiesz…
Nocą, spisując grzechy, Jerzy zobaczył wszystko inaczej. Wyspowiadał się szczerze, bez tłumaczenia.
***
Po mszy niewielu wiernych zostało. Paweł powiedział:
Chrystus cicho czeka, słucha twego wyznania, ja tylko świadek. Mów, Jerzy.
Jerzy zaczął.
Zazdrościłem Wiktorowi we wszystkim. W katedrze wszyscy go wielbili, w szpitalu, i w akademiku wszędzie. Dziewczyny za nim szalały… Gdy pojawiła się Kinga…
Kiedy do szpitala, gdzie pracował Witold, trafił przypadkiem wpływowy znajomy z Warszawy, przyjechała jego rodzina. I Kinga córka. Witold związał się z nią, podróżował do Warszawy, wszystko się układało.
Byłem wtedy zły, nie mogłem pojąć, czemu taki prostak a wszystko mu idzie. Gadaliśmy o nim z Kingą i parę razy ją nakłoniłem na picie. Potem na weselu znajomego… Witold przyszedł z Kingą, a ja w żalu całowałem się z nią na balkonie. On to widział. Wyprowadził się tego samego dnia. Zamieszkałem z Kingą. Przestał się do mnie odzywać.
Małżeństwo było ciężkie. Po rozwodzie wróciłem do Polski. Kinga pokazała drugą twarz. Pracować w Warszawie było trudniej, mieszkać pod dyktando teściów udręka. Rozwiedliśmy się…
Grzechy miałem większe. Z mojego powodu na stole operacyjnym umarł staruszek przez błąd. Zdarza się każdemu, ale ja nie mogę wybaczyć sobie. Zdradziłem żonę. Wielokrotnie. Gdy spotkałem Innę, odetchnąłem. Jest zwyczajna, dzieci nauczyła. Moja córka do dziś się z nią przyjaźni… Ale i ją zdradziłem, kilka razy…
Zamilkł.
Możesz mi odpuścić grzechy, księże Pawle?
Grzechy odpuszcza Bóg, nie człowiek. Ważne, byś naprawdę żałował, Jerzy.
Jerzy spojrzał na niego, łzy napłynęły do oczu. Uklęknął, objął pulpit.
Przekaż Bogu, że żałuję, Pawle. Chcę żyć, chcę kochać Innę, chcę wychować dzieci, uczyć syna. Pracować chcę, wystarczy mi byle jaki szpital. Przekaż, proszę…
Niech cię rozgrzeszy, Pan Jezus, łaską swoją…
Uklęczeli razem. Potem Paweł powiedział spokojnie:
Wiesz, Jerzyk. Musisz znaleźć Witka. Przeprosić. To ważne.
Gdzie go znajdę? Za dwa dni jadę do Warszawy
Koniecznie poszukaj, on pracuje w Białymstoku, w szpitalu onkologicznym. Powinieneś tam jechać, nie do Warszawy.
Paweł, do operacji jestem zapisany tam… Chcesz, żebym dał się operować Witkowi?
Czemu nie? Jest bardzo dobry, jeździ do Warszawy na szkolenia. Możesz spróbować
Może i masz rację. Najpierw muszę znaleźć okno na operację… Ale spróbuję.
Przed wyjazdem Jerzy jeszcze wiele razy wspinał się na stok nad rzeką, po każdym trzecim podejściu pił wodę ze studni.
Pielgrzymi patrzyli, czynili znak krzyża. Niech Bóg pomoże.






