Minęło już wiele lat od tamtych dni, ale wciąż pamiętam wszystko, jakby to było wczoraj. Przez pięć lat byłem w związku z moją dziewczyną, Małgorzatą. Żyliśmy w innych miastach ja pracowałem w Poznaniu, ona w Warszawie. Codziennie rozmawialiśmy, snuliśmy plany na przyszłość. Już poważnie myślałem o oświadczynach, żeby zakończyć tę odległość, żeby móc żyć razem. Wierzyłem jej bezgranicznie. Nigdy nie dała mi powodu, by jej nie ufać.
Pewnego wieczoru, kiedy siedziałem zmęczony po pracy i popijałem herbatę, zadzwonił mój telefon. Numer był nieznany. Odebrałem, nie spodziewając się niczego szczególnego. Po drugiej stronie odezwał się spokojny, uprzejmy mężczyzna. Przedstawił się i powiedział bez ogródek:
Nie szukam kłopotów. Dzwonię tylko po to, bo myślę, że powinieneś coś wiedzieć.
Wyjaśnił, że jest informatykiem i od niedawna spotyka się z pewną kobietą. Na razie niewinnie kilka wiadomości, kawa, przelotne spotkania, taki etap poznawania się. Nigdy nie wspominała, że ma chłopaka. Wszystko wydawało się w porządku, aż do momentu, kiedy coś zaczęło mu nie pasować.
Zapytał swojego kolegę, który również się z kimś spotykał, o imię dziewczyny. Kolega zamilkł, poprosił o zdjęcie. Gdy je zobaczył, powiedział coś, co zupełnie go zaniemówiło:
Odpuść sobie tę kobietę natychmiast. Ona od pięciu lat jest w oficjalnym związku!
Według tego kolegi nie były to tylko plotki. To była wiedza powszechna w ich środowisku. Powiedział nawet, że mieszkam w innym mieście, a Małgorzata może sobie pozwalać na takie rzeczy przez odległość. Najgorsze było to, że wspomniał także o innym informatyku, z którym ona się spotykała człowieku, o którym ten pierwszy wiedział, ale przyjaciel był z nim blisko. I ten facet doskonale wiedział o moim istnieniu, lecz zupełnie go to nie obchodziło.
Wtedy wszystko stało się jasne rzecz nie dotyczyła jakiegoś nieporozumienia czy przypadkowej znajomości. Chodziło o kobietę, która jednocześnie prowadziła trzy różne relacje: ze mną, z drugim informatykiem (który wiedział o mnie) i z tym nowym, który nie miał o niczym pojęcia.
Powiedział mi wtedy, że uznał, iż jeżeli istnieje kobieca solidarność, to mężczyźni powinni też się wspierać. Stwierdził, że nie chce być częścią tej sytuacji. Mój numer znalazł przez media społecznościowe i wolał zadzwonić niż pisać. Dodał jeszcze:
Jeśli chcesz dowodów, powiedz, a wyślę ci wszystko. Ja nie mam nic do ukrycia.
Poprosiłem go o nie. Rozłączyłem się, a kilka minut później dostałem prawdę w wiadomościach: zapisy rozmów, nagrania głosowe, zdjęcia, dowody spotkań. Sposób, w jaki do niego mówiła był niemal identyczny, jak do mnie. Te same słowa. Te same komplementy. Te same fałszywe obietnice.
Ścisnęło mi się serce. Myślałem, że zaraz zemdleję. Kochałem Małgorzatę, a już układałem całe swoje życie pod nią. Byłem gotów zmienić miasto, oświadczyć się, zaczynać wszystko od nowa u jej boku.
Zadzwoniłem do niej i skonfrontowałem z tym, co wiedziałem. Nie zaprzeczyła. Najpierw próbowała wszystko zbagatelizować. Później się wściekła, że ktoś się wtrącił. Potem rozpłakała się. Mówiła, że jest zagubiona. Że nie wie, czego chce. Że nie sądziła, iż w ten sposób dowiem się prawdy.
Rozłączyłem się.
Wtedy zrozumiałem coś, w co trudno mi było uwierzyć: nie tylko mężczyźni zdradzają. Są też kobiety, które potrafią kłamać z zimną krwią, prowadzić kilka związków naraz i doskonale zdawać sobie sprawę z tego, co robią.
Może i straciłem związek, ale do dziś dziękuję tamtemu człowiekowi za to, że bezinteresownie okazał mi uczciwość. Gdyby nie on, pewnie byłbym teraz zaręczony z osobą, która prowadziła podwójne, a nawet potrójne życie bez najmniejszych wyrzutów sumienia.







