Banany dla babci

Banany dla babci

I nie zapomnij o bananach dla babci Hani! Tylko małe, takie jakie lubi! Ostatnio kupiłaś coś zupełnie nieodpowiedniego! Jagoda! Jak ty możesz? Czy to naprawdę takie trudne, zrobić to, o co cię proszę?

Jagoda Maciejska, główna księgowa dużej firmy, matka dwójki dzieci i całkiem szczęśliwa żona, westchnęła i kiwnęła głową w pustą przestrzeń, choć doskonale wiedziała, że mama jej nie widzi. Ale była pewna, że jej mama bezbłędnie odczytałaby jej reakcję, nawet przez telefon.

I nie kiwaj tylko tą głową, tylko zrób! Znam cię! W głowie tylko wiatr! Jagoda! Już czas, by dorosnąć!

Drugi raz już głową nie kiwnęła. Rzuciła tylko ciche Dobrze, mamo i pożegnała się.

Dorosnąć… No tak! Jak powiesz, mamusiu! Czterdzieści parę lat, chyba jeszcze za mało.

Do końca pracy zostało jej pół godziny i próbowała skupić się na sporządzanym raporcie. Niezbyt to szło, bo myśli szły własnym torem, wcale nie najlepszym. Ale zawsze słyszała w domu, że była grzeczną dziewczynką.

Nasza Jagódka to mądra i dobra dziewczyna!

Uroczo to brzmiało, gdy Jagódka chodziła jeszcze do przedszkola. Dziewczynka z kokardkami, falbankami i zawsze z uśmiechem. Cud!

A raczej cud-nieoczekiwany! Bo kiedy odbierała ją mama z przedszkola, wracała już nie taka ułożona, a rozbrykana.

Jagoda! Co masz na głowie?

Gniazdo! Tak powiedziała pani Danuta. Kazała stanąć na placu i poczekać na ptaszki, to może sobie pisklaki wyhodują. Przynajmniej fryzura się na coś przyda!

A gdzie kokardki?

Nie wiem! Jedną wziął Stasiek. Potrzebował liny na kotwicę. Och, mamo! Wiesz, że ma prawdziwy okręt? Jego tata zrobił! Dziś nam pokazywała pani Danuta, nalała do miski wodę i oglądaliśmy jak pływa. Ale super!

A druga wstążka?

Nie pamiętam, gdzie jest. Lila chciała i… gdzieś się zapodziała. Mamusiu, a dlaczego wieje wiatr?

Jagoda!

Co?!

Daj mi już spokój z tymi głupotami! Głowa mi pęka!

Cichła wtedy i całą drogę zerkała na mamę z boku. Może ją boli głowa? Może już nigdy się nie naprawi i trzeba ją będzie wyrzucić jak skorupki po jajku, które mama wywala do kosza robiąc jajecznicę?

Wyobraźnię miałem wtedy bujną i wracając do domu już po połowie drogi pociągałem nosem, a zaraz potem wyłem półgłosem, co do reszty wyprowadzało mamę z równowagi.

Jagoda! Co za koncert?!

Wyjaśnić się nie dało. Po prostu było mi strasznie żal mamy, jej głowy i złego humoru, że chciało się zawyć jeszcze głośniej jak sąsiadowska psina Figa.

Figa to była bardzo głupia psina. Wyczuwała okazję do wycia przy każdej możliwej okazji, ale prawdziwy dramat zaczynał się, gdy jej pan, pan Zenek hydraulik z naszego bloku, popadał w cug. Wtedy Figa wyła dniami i nocami, doprowadzając sąsiadów do rozpaczy, a dzieciaki z trzeciego piętra prosiły swoich rodziców, by ją zabrali do siebie. Rodzice oczywiście się złościli, dzwonili po straż miejską, ale Figa zostawała ze swoim panem. Przestała wyć tylko raz gdy gospodarz już się nie obudził. Wszyscy sąsiedzi wiedzieli wtedy, że stało się coś strasznego.

Pana Zenka żegnał cały blok. Był dobrym człowiekiem, pomocnym, choć jak mawiała moja mama słabej woli.

Figa, wychodząc wtedy z klatki, usiadła przy drzwiach i patrzyła długo za odchodzącymi ludźmi, rozrzucającymi żółte tulipany na ścieżkę. Już więcej nie wyła. Ja, którego mama akurat nie zaprowadziła wtedy do przedszkola, bo szliśmy do dentysty, pogłaskałem Figę, ale ona nawet nie drgnęła, choć zawsze reagowała na każdy dotyk. Mama pociągnęła mnie za rękę i poszliśmy dalej. Gdy wracaliśmy, Figa wciąż siedziała nieruchomo, nie chowając nawet łap pod siebie. Miałem wrażenie, że płacze.

Mamo, a dlaczego u niej nie ma łez?

Co miało to pytanie w sobie? Nie wiedziałem wtedy. Ale mama aż się wzdrygnęła, przykucnęła obok i wyciągnęła rękę:

Figusiu… Chodź ze mną. On nie wróci…

Czy zrozumiała ją? Nie wiem. Mama, nie czekając na odpowiedź, wzięła ją na ręce i powiedziała: Idziemy, trzeba cię doprowadzić do porządku.

Tak Figa została naszą suczką. Przeżyła z nami jeszcze siedemnaście lat. Zdążyłem skończyć szkołę, nawet się ożenić. Nigdy już nie słyszałem jej wycia. Jadła grzecznie, pozwalała myć sobie łapki, chodziła na spacery ze mną albo z rodzicami, ale już głosu nie dała. Nawet odchodząc tam, gdzie czekał na nią pan Zenek, tylko westchnęła głęboko i zmęczonym, ludzkim ruchem przytuliła się do mokrej od łez dłoni. Więcej psów już nie miałem, nawet gdy dzieci mnie prosiły bałem się spojrzeć jeszcze raz w mądre, pełne zagadek, oczy Figi.

A poza tym, byłem szczęśliwym dzieckiem. Miałem wszystko, co potrzebne do radości: mamę, tatę, dwie babcie, zajączka z oderwanym uszkiem i naleśniki ze śmietaną w niedzielę. Była też działka babci Oli, mamy mojego taty, choć z mamą jeździłem tam bardzo rzadko. Dlaczego wtedy nie wiedziałem. To była tajemnica, a tego dzieciom nie wyjawia się prędko. Na działce wszyscy świetnie się bawili, no może z wyjątkiem mamy czego jeszcze nie pojmowałem.

Były też wyjazdy nad morze z drugą babcią Hanią. Babcię Hanię szczególnie kochałem, bo spędzała ze mną każdy wolny dzień. W przeciwieństwie do babci Oli nie było tematów tabu, odpowiadała na każde pytanie, za co nie raz jej się obrywało od mojej mamy.

Mamo! Po co ty mu takie rzeczy opowiadasz?! Przecież to dziecko, nic nie zrozumie!

Ty byłaś bystra wszystko łapałaś. Jagoda jest cała po tobie!

Śmiałem się wtedy, patrząc na zagniewaną mamę, która nie wiedziała, co odpowiedzieć, a sam myślałem, że połowy nie zrozumiałem, o czym babcia opowiadała o dzieciach, ale było tak ciekawie, że następnym razem zapytam, czemu dorośli nie mówią zawsze prawdy.

Powody do takiego pytania miałem poważne.

Dorośli bardzo się starali, żebym nie zrozumiał, co dzieje się w domu. Po co dzieciom kłótnie? Ale czasem przez zamknięte drzwi słychać było sprzeczki albo cichy płacz mamy. Babcia Ola, gdy nas witała, zaciskała usta i patrzyła ponad ramieniem mamy. Nic nie rozumiałem i ciągnąłem mamę do kuchni, gdzie babcia piekła najlepszy przekładaniec z wiśniami.

Mamo, chodź, babcia cię nauczy! Zrobisz taki w domu! Jest magiczny, ty takiego nie umiesz!

Mama cofała rękę i tylko kręciła głową:

Nie, nie dziś.

Dorośli raczej nie tłumaczyli, dlaczego tak jest. Dopiero dużo później zrozumiałem, że rodzina to jedno, a bycie bliskimi to zupełnie co innego.

Rodzice się rozwiedli, gdy miałem dziesięć lat.

Na środku mojego urodzinowego przyjęcia, gdy dzieciaki szalały w salonie, drzwi do mieszkania głośno się zamknęły i mama rzuciła ze smutkiem:

To już koniec

Figa podeszła wtedy do mamy i przytuliła się, uspokajając ją po swojemu. Ja pobiegłem do przyjaciół, wołając, że zaraz będzie tort. Gdy wróciłem po mamę, zobaczyłem ją i Figę, stojące cicho w przedpokoju i patrzące w jeden punkt. Będzie zaraz tort? zapytałem. Mama zadrżała, spojrzała na mnie i z uśmiechem zawołała:

Zaraz przyniosę! Idź już do gości!

Wróciła za chwilę z szerokim uśmiechem i z tortem, nad którym czarowała przez całą noc, licząc, że wreszcie ktoś doceni jej kulinarne zdolności…

Kiedy goście sobie poszli, usiadłem obok mamy, a ona podała mi dużą łyżkę:

Smakuje? Nie licz kalorii, Jagoda! Będą jeszcze u nas święta, zobaczysz!

Nie wiedziałem wtedy, o jaki święto jej chodzi. Potem już też. Bo alimentów tata płacił tyle, że starczało w sam raz na buty albo kurtkę dla szybko rosnącego nastolatka, czasem i na to nie starczało. Uroczyście obchodziliśmy tylko Nowy Rok i moje urodziny. Mamy swojego nie świętowała wcale.

Babcia Hania bez żenady mówiła w mojej obecności, że córka powinna ułożyć sobie życie. Mama nie lubiła tych rozmów. Mówiła zawsze jedno:

Wystarczy mi, co mam.

Kiedy byłem już starszy, nieraz zastanawiałem się, jakby było, gdyby mama zaczęła znów się uśmiechać. Gdyby wyszła za mąż, wszystko odpuściła i pozwoliła sobie być szczęśliwa?

Nie wiedziałem. Ale wyobrażałem sobie, że mam brata lub siostrę i mama nie narzeka już na ból głowy, a się uśmiecha…

W rzeczywistości mama rzadko się śmiała. Była coraz surowsza i ledwo powstrzymywałem się, żeby nie odpyskować. Oczywiście pyskowałem, będąc nastolatkiem, ale prawie zawsze pojawiała się nagle Figa i jej drobne ząbki, które pokazywała bez dźwięku, wystarczały, bym odpuścił i wolał zamknąć drzwi do swojego pokoju albo uciec do babci.

Figa umiała boleśnie ugryźć. Przekonałem się raz, gdy przyszła do mnie i ugryzła w kostkę po ostrzejszej sprzeczce. Zostawiła maleńkie sińce, które szybko zeszły, ale sprzeciwiać się już przestałem.

Dużo o mamie wyjaśniła mi babcia.

Czego od niej chcesz? Każda bez miłości skrzywi się trochę.

Ale przecież ją kochamy?

Jagódko! To nie to samo! Kobieta żeby być kobietą, musi mieć mężczyznę przy sobie. Tego ani dziecko, ani rodzic nie zastąpi. Jeszcze tego nie rozumiesz…

Przecież i ty przeżyłaś swoje…

No tak. Gdy dziadka zabrakło, było mi czterdzieści. Początkowo miałam romanse, choć dziś już tylko się z nich śmieję Ja po prostu kochałam twojego dziadka. I nigdy obok siebie nie umiałam sobie wyobrazić nikogo innego. Co innego kwiaty od adoratora, wspólna kolacja co innego budzić się obok kogoś codziennie. Ty się śmiejesz… Ale zobaczysz, jak sama się zakochasz. Stawiam, że to nastąpi bardzo szybko!

Ale ja mam dopiero szesnaście lat!

I co z tego? Twoja mama jak miała osiemnaście, już była zakochana. A ty jesteś taka jak ona Może to dobrze?

Ba, a czemu mama nie umiała tacie wybaczyć?

Zdrada, dziecko. Wybacz, że mówię wprost, ale kiedyś i tak się dowiesz. Więc lepiej ode mnie. Musisz wiedzieć, jak bardzo wycierpiała. Kiedy ranią ci duszę, pogardą i niechcianymi radami… Nie po to, byś nienawidziła ojca nie! Każdy ma swoje życie. I złość tu nie pomoże. On wybrał swoją drogę. Tobie zostawił połowę siebie. I mamy. Jednej nie wyrzucisz.

Mama nigdy nie powiedziała o nim złego słowa.

I nie powie, bo jest mądra, Jagodo. On zawsze będzie twoim ojcem. Ty zawsze jego córeczką.

Ona go jeszcze kocha?

Myślę, że tak. Dlatego nie chce nic zmieniać.

A ja będę kochać tak na zawsze, jak ona dziadka?

Nie wiem… Ale mam nadzieję, że spotkasz kogoś, kto będzie tego wart…

Swojego męża, Olka, poznałem dokładnie tak, jak babcia przepowiedziała. Leciałem na pierwszy egzamin na uczelni i wpadłem prosto w ramiona wysokiego, nieładnego chłopaka. Nie zdążyłem mu się przyjrzeć, kiedy łapał mnie, żebym nie rozbił nosa o parkiet i pół-żartem powiedział:

Panie kolego, pan taki szybki, że boję się, czy nadążę! Proszę szybko numer telefonu, zanim poleci pan dalej!

Numeru mu nie dałem, ale nie zdziwiłem się, gdy czekał na mnie po egzaminie i już z uśmiechem zapytał:

Teraz już się pan tak nie spieszy?

Pobraliśmy się po trzech latach. Na początku mieszkaliśmy z mamą, ale wiedziałem, że długo tak się nie da.

Było ciężko. Mama nie mogła się przekonać do Olka.

Programista… I co to za praca? Siedzi ciągle przed komputerem i podjada! Zaraz będziesz miał tapczan w kuchni dla niego!

Nie przesadzaj mamo, żal ci kanapki dla zięcia?

Żal mi ciebie. Jeszcze się napłaczesz!

Olkowi zajęło to prawie dziesięć lat, ale w końcu mama przyznała, że zięć jest złotem.

Wtedy już żyliśmy na własnym, w dwupokojowym mieszkaniu. Olek dniami znikał w biurze, zakładając pierwszą własną firmę, a ja biegałem na prezentacje jako agent nieruchomości, bo jak to się mówi, makler żyje w nogach. Dzieci pilnowała czasem babcia, czasem prababcia, za co codziennie dziękowałem niebu, że obie panie wciąż były w formie.

Pierwsze niepokojące symptomy maminych problemów ze zdrowiem pojawiły się, gdy byłam w drugiej ciąży.

Jagoda, co ty sobie myślisz? Umawiasz się na godzinę, a wracasz nie wiadomo kiedy! Mam dużo swoich spraw! burczała mama, mieszając dla zięcia ulubioną zupę szczawiową. Dobrze, że już gotowe, wychodzę! I następnym razem zaplanuj lepiej!

Patrzyłem na nią coraz bardziej zaniepokojony… Bo do lekarza, gdzie wyskoczyłem na kontrolę, byłem dosłownie 50 minut. I to wczoraj dziś nawet nie wychodziłem z domu. Mama jednak przyszła rano, nagotowała jak na wesele i teraz miała żal, że ją gdzieś przetrzymałem.

Kategorycznie odmówiła wizyty lekarskiej, choć przekonywałem spokojnie:

Nie potrzebuję! Co ty sobie wymyślasz? Jestem zdrów jak ryba! Lepiej o babci myśl! To jej lekarz potrzebny!

Po rozmowie z Olkiem, nie naciskałem dalej przez znajomego taty znalazłem lekarza, który zgodził się przyjechać do domu.

Nie mam dobrych wieści. Potrzebne są dokładniejsze badania, ale już teraz mogę potwierdzić czekają was trudne czasy.

Słuchałem i czułem, jak mi zimnieje dłoń. To o mojej mamie?! Niemożliwe! Jest przecież taka młoda! Skąd u niej kłopoty zdrowotne?

Przyczyn może być wiele. Ale zaufaj, nie będzie lepiej, jeśli poznamy wszystkie. Skupmy się, by minimalizować skutki.

Da się?

Medycyna idzie do przodu, ale cudu nie ma. Wiemy, jak spowolnić postęp choroby, wesprzeć organizm. Zyskacie trochę czasu. Może pojawią się nowe leki.

I zrozumiałem wszystko się właśnie zmienia. Od dziś będę kimś innym, bo bliższej osoby niż mama nie mam. Jest żona, dzieci, babcia, tata ale mama to mama. Moim zadaniem jest zrobić wszystko, by jej życie było jak najspokojniejsze. Lekarz mówił brak stresu jest jak lekarstwo.

Nie lubię wspominać, jak przekonywałem mamę do przeprowadzki do naszego nowego domu. Olek spiął się i kupił dom, choć wzięliśmy kredyt.

Damy radę. Najważniejsze, że będziemy razem i będziesz spokojny.

Przytuliłem się do ramienia żony, zamykając oczy, a w głowie kołatało się to jedno: spokoju już nie zaznam.

I dokładnie tak było.

Mama ciągle zapominała, że już mieszka z nami, próbowała wracać do starego mieszkania.

Mamusiu, twój pokój jest zaraz za korytarzem.

Po co mi twój gościnny pokój? Chcę do siebie!

Oczywiście, mamo, ale jutro bardzo cię potrzebuję, musisz popilnować chłopaków. I babcia się źle czuje. Zostań z nami, proszę

No dobrze. Tylko nie myśl, że tak będzie zawsze! Też mam prawo do własnego życia!

Wiem, mamo. Rozumiem.

Co możesz rozumieć, Jagoda? W twoim wieku!

Gdyby nie babcia, która pomagała, chyba sam bym się rozpadł dużo wcześniej, zanim nauczyłem się żyć w nowej codzienności.

Babciu, ona naprawdę niczego nie pamięta?

Oj pamięta, pamięta. Najczęściej to, co było dawno. Nieraz lepiej niż ja. Teraz dopiero rozumiem, jak mało byłam z twoją mamą, gdy była dzieckiem. Przedszkole, świetlica Parę godzin dziennie, w porywach. Z pracy, coś tam w domu, zeszyt sprawdzony i spać. Nie było rozmów. Tak naprawdę matką zostałam dopiero z tobą. Wychowałam cię sama, twoja mama… Och, do dziś mam do siebie żal, ile zmarnowałam. Może to, co się dzieje, jest po to, by ona mi wybaczyła? Sobie, ojcu, życiu… Gdy patrzy na mnie dziwnie, próbując sobie przypomnieć kim jestem, myślę, że już ją nie boli. I uśmiecha się. To straszne, Jagoda… Ale i piękne… Mamy marzą, by dzieci choć chwilę były znów szczęśliwe i zdrowe. Wtedy wiem, że ona jest szczęśliwa. Młoda, zdrowa, wszystko ma przed sobą… Jak to przetrwać?

Nie wiem, babciu… Nie wiem…

Patrzyłem, jak trudno babci pogodzić się z myślą, że jej jedyna córka gaśnie. Nie raz wchodziłem do pokoju, gdzie mama siedziała na podłodze, przy fotelu, w którym bez ruchu siedziała babcia. Cicho pytałem:

Zabrać ją?

Nie, zostaw To tylko chwilka

Babcia odeszła dokładnie rok po tym, jak zrozumiałem, że nic już nie będzie jak dawniej.

Pilnuj jej, Jagódko! Jak oka w głowie! Ja już nie dam rady…

Zaciskałem zęby i tylko kiwałem głową, robiąc wszystko, by babci nie pokazać, jak bardzo się boję zostać samemu z tym wszystkim.

Nie myśl już o niej jak o mamie. Wiesz, mówi się, że starość to powrót do dzieciństwa. Coś w tym jest. Dzieci czują sercem. Są szczere, emocjonalne. Proszę, myśl o niej jak o dziecku. Zamiast mnie, żałuj jej. Jeśli będziesz się chciał wydrzeć z rozpaczy, wyjdź ale nigdy przy niej, dobrze? Nie strasz jej. Wróć i przytul. Tak mocno, jak będziesz kiedyś chciał, by twoje dzieci żałowały ciebie… Obiecaj mi!

Obiecuję

Ileż to razy jeszcze przypomnę sobie tę rozmowę? Niezliczenie. Także dziś.

Patrzę na zegarek, wzdycham, sięgam po torbę. Portfel, klucze od auta, parasolka. Chyba wszystko. Czas, by odebrać starszego z treningu, po młodszego do szkoły, a potem do sklepu po banany. Te małe, jakie lubiła babcia.

Bo mama, widząc je, pomyśli, że babcia Hania jeszcze żyje. Wystarczy przejść kilka kroków przez korytarz, minąć opiekunkę, wejść do salonu i zobaczyć to stare fotelisko, które nijak nie pasuje do całości, ale będzie tu, póki pamięć nie zgaśnie. I usłyszę:

Jagoda! No już można byłoby wyczyścić tapicerkę! Ile razy mam powtarzać? Kupiłeś banany? Babcia zaraz przyjdzie, sama prosiła.

Oczywiście, mamusiu! Usiądź, zrobię ci herbaty.

Znowu będzie siedziała w fotelu. Jeszcze zdążę przytulić się policzkiem do znajomej dłoni. Złapię jej surowe, ale i czułe spojrzenie. I uśmiechnę się do zdziwionego pytania:

Jagoda, co masz na głowie? Gdzie twoja szczotka? Daj, uczeszę cię! Boże, jak późno Czas spać! Co zjesz jutro na śniadanie? Kaszkę manną czy naleśniki?

I myślę sobie: cokolwiek się stanie, póki mogę być dla mamy kimś bliskim póki mogę usłyszeć jej prozaiczne, codzienne prośby i pytania znaczy, że wszystko, co w życiu naprawdę ważne, jeszcze się nie skończyło. Najważniejsze, to dotrzymywać obietnic i kochać, póki można.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Banany dla babci