Artysta
Ten kot to prawdziwy diabeł, Krysiu! Trzeba się go pozbyć! Jolanta Stefanowa skrzywiła się z niesmakiem, patrząc na jednouchego, rudego kota, który plątał się wokół nóg mojej siostry.
Co ty wygadujesz, Jola?! przestraszyła się Krystyna. Przecież to żywe stworzenie!
Stworzenie? Dokładnie! Lepiej nie da się tego ująć! Nie sądzisz, Krysiu, że on za dużo sobie pozwala?
Kot, jakby chcąc udowodnić słuszność tych słów, prychnął nagle, wygiął grzbiet i, przestępując nieufnie z łapy na łapę, ruszył boczkiem na Jolantę.
No właśnie! triumfalnie wskazała kota palcem Jola i odruchowo się cofnęła. O czym ja mówiłam?!
Krystyna jęknęła i zawołała swojego obrońcę:
Artysta, kochany, daj spokój! Wszystko dobrze!
Kot spojrzał na swoją panią, po czym natychmiast się uspokoił, wrócił do jej nóg i usiadł obok wyraźnie pokazując, że jest czujny.
Bandyta! prychnęła Jolanta, omijając kota szerokim łukiem. A ty go jeszcze żałujesz!
Ktoś musi się nad nim zlitować westchnęła Krystyna.
Artysta pojawił się w jej domu trzy lata temu. To był dla mojej siostry trudny, ciemny okres. Ledwo zdążyła pożegnać się z mężem, a już straciła jedynego syna i Krystyna została zupełnie sama, poza mną i kilkoma znajomymi. Przyjaciółek nigdy nie miała.
Była Jolanta. Starsza siostra.
Różnica wieku była niewielka, rodzice jednak zawsze podkreślali:
Jolunia to nasza najstarsza! Odpowiedzialna, można jej zaufać we wszystkim! A Krysia Krysia to nasz aniołek! Radość domu, cud dziecko! Ale taka roztrzepana To aż głowa boli!
Dziewczynki wychowywały się w przekonaniu: Jolanta jest mądra, śliczna i generalnie gwiazda, a Krystyna gamoń, ale ukochana.
Za co cię rodzice chwalą? Nie rozumiem! dąsała się Jola, kiedy Krysia przynosiła ze szkoły dobre oceny. Przecież to normalne, że się uczysz! Co tu niby nagradzać?!
Jolu, ale ja przecież nie jestem taka mądra jak ty! Ty masz piątki, ja różnie.
No właśnie! A i tak cię chwalą! złościła się Jolanta, a Krystyna ukradkiem się uśmiechała, starając się jeszcze bardziej nie drażnić siostry.
Jolanta skończyła liceum z wyróżnieniem, dostała się na Uniwersytet Warszawski i prawie przestała bywać w domu.
Jak tam, Jolu? pytała Krystyna, żeby dowiedzieć się, co u niej słychać.
Idzie powoli. Żałuję, że w dobie nie ma więcej godzin!
Po co ci więcej czasu? Na naukę?
Nauka? prychnęła Jola. Na życie prywatne mi nie starcza! Jak tu zaprzyjaźnić się z kimś, kiedy latasz jak opętana i myślisz tylko o karierze?
Faktycznie, nie pomyślałam
Ty w ogóle kiedy i o czymś myślisz, mała? śmiała się Jola. To sprawy dorosłych. Ty jeszcze jesteś dzieciak!
Krystyna unikała konfrontacji, chowała urazy i po cichu się cieszyła, jeśli siostrze się coś udawało. Gwiazda musi świecić tak uważała. Dla siebie zostawiała jedynie podziw.
Przed końcem studiów Jolanta nadal była sama. Chłopcy trzymali się z dala od jej żywego charakteru i ciętego języka, mimo że mama prosiła, by choć trochę złagodziła swoje usposobienie.
Mamo, czego ty ode mnie chcesz?! Żebym siedziała cicho w kącie jak u Prusa i patrzyła przez okno? To wasza Krystyna! Nie dla mnie!
Kochanie, nikt nie każe ci się zmieniać całkiem. Bądź po prostu nieco łagodniejsza, chłopcy to lubią.
O, mamo! Skąd wiesz, czego dzisiaj chcą faceci? Czasy się zmieniły!
Zupełnie niespodziewanie to Krysia, ta rzekomo niczym się niewyróżniająca, z technikum, przyprowadziła do nas narzeczonego.
Poznajcie! To mój Piotrek
Piotr od razu zdobył serca rodziców Krystyny. Przystojny, inteligentny, utalentowany dziennikarz, stawiał swoje pierwsze kroki w telewizji. Ale najważniejsze, był bez pamięci zakochany w Krysi. W dziewczynie zdaniem rodziny i Jolanty zwyczajnej i skromnej.
Krystyna zawsze lubiła się dobrze ubierać i szyć, dlatego została krawcową by podobać się sobie i innym.
Krysia, co to za zawód krawcowa?! kręciła głową Jolanta.
Jolu, przecież nie jestem taka mądra jak ty. A uszyć zgrabną spódnicę czy bluzkę nie każdy potrafi. Chcę, żeby świat był ładniejszy, żebym widziała dookoła pięknie odzianych ludzi.
Na co tu patrzeć, z czego się cieszyć? wzdychała Jolanta, a Krystyna nie rozumiała, czym jej nie dogadza. Mimo to Jola z radością nosiła wszystkie uszyte przez siostrę ubrania. Krystyna sama projektowała fasony, haftowała kwiaty na spódnicy, uśmiechając się, widząc jak Jola przegląda się z zadowoleniem w lustrze.
Suknie Krysi były tak dobre, że znajome Jolanty nie raz wypytywały, gdzie kupiła taki strój. Ta jednak nigdy się nie przyznawała:
Sekret!
Znaczy zagraniczne. Jolu, masz krewnych w ambasadzie?
Nie powiem! To tajemnica, i nie moja! udawała tajemniczo Jola, dumna w głębi duszy z talentu siostry.
Pojawienie się Piotra w życiu Krystyny było dla Jolanty ciosem.
Jak to? Jakim cudem ta, bez wykształcenia ani szczególnej urody, staje się narzeczoną szybciej od Jolanty? Niemożliwe!
Na weselu Krystyny miała zaciętą minę nikt nie rozumiał, co się dzieje. A Krysia, w sukni uszytej własnoręcznie, wyglądała tak pięknie, że pierwszy raz nowa gwiazda świeciła na salonach.
Świetna para! Śliczna dziewczyna, przystojny chłopak! Oby szczęśliwi byli!
Wtedy Jolanta pierwszy raz poczuła prawdziwą zazdrość, kłującą i gryzącą w duszy.
Siostra ma pięknego męża? Ty nie masz żadnego.
Rodzice cieszą się na wnuki od Krystyny? Ciebie to nie spotka!
Krystyna błyszczy twój blask jakby przeszedł na nią!
Do końca wesela Jola nie dotrwała wymknęła się po cichu i całą noc wyła w poduszkę, przeklinając swoje życie.
Ale gdy tylko wróciła do domu, wyprostowała się i wróciła do roli.
Córeczko, wszystko w porządku?
Wspaniale! Nie martwcie się!
Jolanta wyszła za mąż pół roku później praktycznie za pierwszego lepszego. Jej mąż był starszy, nieco łysawy, korpulentny, ale bardzo inteligentny. Szybko ustalili zasady:
Dam ci to, czego chcesz, pod warunkiem umowy powiedział.
Jakie warunki?
Dziecko, najlepiej dwoje. Do tego kariera zapewnię ci ją. Niania, pomoc, cokolwiek zechcesz. Gwarantuję, że nie będzie romansów, nie będziesz się troszczyć o zdrowie. Od ciebie oczekuję tylko wierności. Ma być obiad, czysto, spokój. Rozumiesz?
Jola nie zastanawiała się długo.
Przyjmuję!
Z dziwnych powodów ten układ okazał się solidny. Nie było w nim tkliwości jak między Piotrem i Krystyną, gdzie dom tchnął miłością. Ale był spokój i pewność jutra.
Dała mężowi syna, potem córkę zgodnie z umową. Wychowaniem zajmowała się niania, a Jola była pochłonięta doktoratem, pracą, przyjęciami, na których błyszczała. Sama nigdy nie zdradzała sekretu swoich kreacji.
Krystyna się nie spieszyła. W niełatwych latach dziewięćdziesiątych szyła w domu. Klientki polecały ją szeptem:
Krawcowa jak ze snów, ale nie bierze nowych! Starczy jej tych, co ma.
Tak dobra?
Palce lizać! Widziałaś moją różową sukienkę? To ona!
Z jej usług korzystały żony przedsiębiorców, posłanki, połowa aktorek z Teatru Narodowego i Opery. Nigdy się nie powtarzała wiedziała, jakich problemów by to narobiło.
Gdy sytuacja ekonomiczna się ustabilizowała, Krystyna otworzyła niewielkie atelier. Szybko stało się modne. Tam plotkowano, nawiązywano kontakty, można było wejść i wyjść niezauważonym. Lokal w starym kamieniczce na Mokotowie wynalazła jej Jola, która też sfinansowała maszyny i sprzęt, stawiając jedno: nie przejmuj się pieniędzmi.
Rozliczymy się potem!
Jola chciała dać Krysi pewny grunt pod stopami. Widząc, jak potoczyło się życie siostry, gryzła się, że to zazdrość pogasiła w niej dawny blask. Patrząc na swoje zdrowe dzieci, chciało się jej wyć bo tyle lat wyczekiwany syn Krysi, Bartosz, urodził się chory.
Słoneczny… Usłyszała to określenie i je podchwyciła, nazywając bratanka Słoneczkiem.
Kochany mój! Słoneczko moje! Mam dla ciebie niespodzianki witała się Jola z bratankiem, zyskując jego szczery uśmiech, który chciało się zachować na zawsze.
Jolu, kochasz mojego Bartusia bardziej niż własne dzieci! mówiła Krysia, widząc, jak syn tuli się tylko do ciotki. Zawsze na ciebie czeka
To była tylko częściowa prawda, ale Krystyna chciała w nią wierzyć.
Rozumiejąc ciężar sytuacji siostry, Jola znalazła nianię i pomogła z uruchomieniem atelier.
Pracuj, Krysia, to ci potrzebne! Piotrek ciągle w delegacjach, wy się nie widujecie. Po co masz siedzieć w domu?
Nie mogę, Jolu Mam Bartusia
Przebuduj w atelier pokój dziecięcy, zatrudnij ludzi, ja się zajmę nianią. Będziesz na miejscu, Bartuś też!
Jolu, co ja bym bez ciebie zrobiła?
Po co są siostry? O, już, nie wzruszaj mnie! Dopiero się malowałam! Mam spotkanie!
Tak żyłyśmy.
Jola dbała o zdrowie siostry i bratanka. Szukała rozwiązań, lekarzy. Bartuś ciągle chorował serce, nerki.
Jolu, ja nie wiem, co zrobiłam źle, że spotkało to mojego synka? płakała Krysia, kiedy zostawały same.
Nic, kochana! To taka złośliwa dola! Dasz radę! Bartuś nigdy nie będzie w pełni zdrowy to jasne. Ale można go uszczęśliwić, dać mu spokój, rodzinę, ciepło. To możesz mu ofiarować. A co człowiekowi więcej trzeba?
Może masz rację…
To do dzieła, nie płacz! Znalazłam nowego neurologa podziw. Kolejka jak za PRL-u, ale idziemy! Będzie dobrze.
Jolu…
Cicho! Zaparz mi herbaty i zrób kanapkę. Od rana nic nie jadłam!
Mąż Joli rozumiał jej troskę o bratanka.
Szkoda, że nie można nic więcej zrobić dla Bartusia. Ale cokolwiek trzeba pomogę.
Te z pozoru lakoniczne słowa znaczyły dla niej bardzo dużo. Zrozumiała już, że naprawdę kocha męża nie młodzieńczą głupią miłością, tylko dojrzałym, wyczekanym uczuciem.
Dzieci rosły, rodzice się starzeli, a między siostrami nie było już zazdrości czy niedomówień.
Komu innemu mogła się zwierzyć niż mnie?
Nie tylko Jola była wsparciem. Gdy dowiedziałem się od niej, że jej mąż ma kłopoty w pracy, poprosiłem Piotra o pomoc. Rozpoczęło się trudne dziennikarskie śledztwo. Dopiero po latach Jola wyznała, że prawie kosztowało go to życie. Sprawa została jednak wyjaśniona i Jola powiedziała tylko:
Nie wiesz nawet, co ty i Piotr zrobiliście dla mnie! Obiecuję dopóki żyję, twojej rodzinie niczego nie zabraknie.
Słowa dotrzymała.
Była przy siostrze, gdy chorował Piotr. Odchodził powoli, gasł na oczach ukochanej. Jola nie pozwoliła mi się załamać, przypominała mi każdego dnia, że mam jeszcze Bartka.
Potem to ona była obok, gdy serduszko Bartusia zatrzymało się na zawsze. I razem, trzymając się za ręce, przeszłyśmy pół Warszawy w ciszy nawet nie płacząc.
Żółtą koszulkę i czerwone trampki…
Tak…
Nie musiałyśmy sobie nic tłumaczyć. Chciałyśmy tylko, żeby ostatnie pożegnanie było po jego myśli.
Po śmierci syna Krystyna opadła z sił. Pracowała mechanicznie, oddając atelier współpracownikom. Nie raz Jola przychodziła, widząc, jak Krysia siedzi nad szkicownikiem i nie potrafi postawić nawet kreski.
Krysiu…
Zaraz… Tylko chwileczkę odpocznę… podnosiła puste oczy siostra.
Tak nie można! Jola prawie płakała.
Mnie już wszystko wolno… odpowiadała Krysia smutnym uśmiechem.
Punktem zwrotnym był dzień, w którym pojawił się kot.
Skąd się wziął obdrapany, brudny, z poszarpanym uchem nikt nie wiedział. Na ruchliwej ulicy rzadko się widywało koty.
Ktoś przepędził zwierzaka z progu:
Gdzie lecisz! Spadaj!
Kot zrobił wtedy jedyne, co mu zostało położył się na najwyższym stopniu schodów, zwiesił łapy i głowę, udając ścierkę. W tej pozycji zastała go Krystyna, która przyjechała tego dnia później niż zwykle.
Dziewczyny, co to? zdziwiła się, widząc aktora w roli.
Kot, pani Krystyno! Przyszedł, leży i nie chce iść!
Żyje chociaż? trąciła go delikatnie butem.
Otworzył tylko jedno oko, westchnął prawie po ludzku, wystawił język i spojrzał błagalnie:
Aj, ludzie niedobrzy, zdycham! Słowo harcerza! Zostanie po mnie tylko wspomnienie. Nawet imienia nie mam, głoduję od tygodnia! Wszystko przez was nie ma w was miłosierdzia!
Krystyna pierwszy raz od dawna się uśmiechnęła:
Ale jesteś aktor, koteczku! Dziewczyny, zobaczcie, jak gra! Stanisławski mógłby się w grobie przewrócić! Dobra zmieniła ton. Chodź! Będzie jedzenie i głaskanie.
Zgarnęła kota, obejrzała i pokręciła głową:
Najpierw weterynarz! Ucho w kiepskim stanie.
Kot nie protestował. Siedział spokojnie na przednim siedzeniu auta, poddawał się badaniu, fuknął tylko, gdy zastrzyk zabolał. Przyjął potem z rąk Krysi pasztet i z godnością ruszył za nową panią z lecznicy.
Nigdy nie miałam kota. Dogadamy się, Artysto?
Kot patrzył na ulicę jak Sfinks, a Krystyna znowu się uśmiechnęła:
Zobaczymy, czy Jola cię zaakceptuje…
Oczywiście, Jolanta Artysty nie zaakceptowała. Przynajmniej z pozoru. W rzeczywistości obserwowała jak siostra, znowu zaangażowana, ożywia się. Znów czuła się komuś potrzebna.
Krysia, on na ciebie dziwnie patrzy!
Niech patrzy! Dawno nikt tak na mnie nie patrzył!
Jak?
Z czułością!
On spryciarz! Kłamie ci!
Niech kłamie! Ale grzeje mi wieczorami stopy i ogląda ze mną filmy. Poważnie! Patrzy w ekran, jakby rozumiał!
Sama sobie winna trzeba było dać mu na imię Mruczek albo Filemon! Skąd takie imię: Artysta?!
Oddaje jego naturę! śmiała się Krystyna, a w Jolancie robiło się ciepło na sercu.
Jej siostra znowu się uśmiechała! A za to Jola mogła wybaczyć kotu wszystko.
Przyjęła go do końca dopiero wtedy, gdy Artysta prawie uratował Krysię.
To była sobota. Wszystko działo się bez zapowiedzi Jola będąc niedaleko atelier, postanowiła do niego zajrzeć, może Krysia pracuje do późna? Od czasu pojawienia się kota zaczęła znowu szyć, jej ubrania cieszyły się popularnością, kolejka na nową kolekcję była niezmienna.
W pracowni paliło się światło, Jola otworzyła drzwi swoimi kluczami.
Krysia, jestem!
Rudy błysk rzucił się jej pod nogi i szybko poczuła jak kot chwyta ją za łydkę, rozdzierając rajstopy:
Artysta! Zwariowałeś?! Co ty robisz?!
Kot wyglądał dziwnie Jola aż się cofnęła, widząc błysk w jego oczach.
O Boże, wścieklizny dostałeś?!
Chwyciła linijkę, już miała go przegonić, gdy kot nagle żałośnie zamiauczał i pobiegł między nią a drzwiami prowadzącymi do dawnego pokoju Bartka, którego Krystyna nie zmieniła od czasu odejścia syna.
Co tam? szepnęła Jola do kota. Gdzie jest Krysia?!
Rzuciła się do drzwi i zamarła; siostra leżała na podłodze, ściskając w ręku zdjęcie syna.
Krysia!
Pogotowie, szpital, prawie dobę w reanimacji…
Jola chodziła po korytarzu, nie mogąc się uspokoić i modliła się po swojemu:
Nie zabieraj zostaw mi ją! Niech żyje!
Dopiero potem się dowie, że Artysta przez cały ten czas biegał po pokoju i żałośnie wył, a uspokoił się, dopiero gdy Krystyna odzyskała przytomność.
Do domu wypisali ją po trzech tygodniach.
Jola, najpierw do atelier!
Po co? Sama przywiozę ci tego łobuza futrzanego!
Nie! Chcę go zobaczyć!
Krystyna z trudem weszła po schodach, a dziewczyny rozbawione patrzyły, jak rude tornado pędzi korytarzem, owija się wokół nóg pani i zaczyna mruczeć tak głośno, że nawet Jola nie wytrzymała:
Och, Artysta!
Krystyna wzięła kota na ręce, pogłaskała jego dawno już zagojone ucho i przyznała:
On mnie wołał, Jolu. Słyszałam go Najpierw jego, potem ciebie. Przed szpitalem. I tam też
Tam? Gdzie tam?
Sama nie wiem, jak to opisać. Był głos Piotra, później Bartka, ale przebił ich głos kota I dalej już go tylko słyszałam Potem przyszłaś ty…
Dziwne Jola nie wiedziała co powiedzieć.
Wiedział za to Artysta. Pogłaskał łapą podbródek swojej pani, rzucił spojrzenie Jolancie i zwinąwszy się w kłębek zasnął spokojnie w ramionach Krystyny.
Mam wrażenie, że właśnie ktoś mnie uznał za nadaną, uśmiechnęła się Jola. Nie wiem, w czym… Ale zaakceptował…
Kot półprzymknął oko, zamruczał głośniej, przeganiając smutki i przynosząc spokój. Krystyna się uśmiechnęła, rozgrzewając serce siostry.
Bo czego człowiek naprawdę potrzebuje? Obecności bliskich i spokoju w duszy.
Tak niewiele… a jednak tak wiele.







