Zygmunt, który pewnego razu postanowił mnie podrzucić do rodzinnego domu, okazał się okropnie zezowatym bocianem. Omal nie zgubił mnie pod domem dziecka, półoskubana kura jedna. I od tego momentu wszystko zaczęło się sypać.
Na szczęście, do czterdziestki jednak wygrzebałem się z tej dołiny, w którą wrzucił mnie ten półgłówek z dziobem. Dom zbudowałem, żonę sobie znalazłem, samochód co prawda używany, ale własny kupiłem. Zostało jeszcze coś zasadzić i kogoś wychować. Jedno wychować damy radę z Hanią. O drugim nawet nie myśleliśmy.
Właśnie rozważałem te akcje rolniczo-wychowawcze oraz tę koszmarną, deszczową pogodę, parząc kawę w porannej mgle. Po pokoju powiewały spokojnie rodzinne gacie. Nabawiłem się ich zdumiewająco wcześnie dużo wcześniej niż samej rodziny. Ot, ironia losu.
Usłyszałem stukanie w szybę balkonu. Dzieciaki znowu rzucają kamykami w gołębie? Bociana wam potrzeba, łobuziaki. Stukanie się powtórzyło. Potem jeszcze raz. No kto tam? Trzecie piętro przecież!
Odsunąłem firankę. Na balkonie stojkował dokładnie ten sam zezowaty bocian, którego pamiętałem z dziecięcych koszmarów.
Wynocha, potworze! wrzasnąłem z przestrachu. Kanapka spektakularnie rąbnęła na podłogę.
Zygmuś, przepraszam, serio przepraszam bocian wychylił swoją cienką łepetynę przez uchyloną balkonówkę bierz, skub! Najlepiej z prawego skrzydła, bo większe.
Spadaj! próbowałem wypchnąć ten patykowy kark z powrotem na dwór, złapałem go obiema rękami.
Zygmusiu no weź zacharczał bocian posłuchaj, co mówię.
Jeszcze gadać mnie próbujesz, patafianie broniłem się dzielnie zaraz cię na supeł zawiążę, bestio!
Przyleciałem z przeprosinami wykrztusił bocian.
Trochę się spóźniłeś, kluchonosy.
W tej chwili zadzwonił domofon. Hania wróciła.
Won na zewnątrz! rzuciłem bocianowi, wyciskając go z powrotem za szybę żeby cię nie było, jak wrócę!
Odruchowo pobiegłem do drzwi.
Wybacz, Zygmusiu! bocian jeszcze załkał przez okno wszystko naprawiłem!
Do mieszkania wpadła Hania, przemoknięta i promienna. Włosy przylepione do policzków, oczy jej się świecą. Też bociana spotkała?
Nie dopuściła mnie nawet do słowa parasol poleciał w kąt, a ona rzuciła mi się na szyję.
Czworo! Czworo! wrzasnęła na całe mieszkanie.
Ale co czworo? nie mogłem się połapać.
Czworaczki będziemy mieć! wrzeszczała pełna szczęścia Hania. Cztery malutkie bąbelki!
W jednej sekundzie zaskoczyłem słowa bociana i nasza czwóreczka. Wyleciałem na balkon jak z procy. Zezowaty bocian właśnie się wzbił w górę. Próbowałem złapać go za ogon.
Nie dałem rady.
Stój, durniu! wrzasnąłem za nim stój, kluchonosy!
Naprawiłem! doleciało do mnie z góry.
Odwróciłem się. Za mną stała Hania, cała we łzach szczęścia.







