Andrzej, który zgodził się podrzucić mnie do domu rodzinnego, okazał się potwornie zezowaty. Wysadził mnie pod domem dziecka, co za gapa!

Zygmunt, który pewnego razu postanowił mnie podrzucić do rodzinnego domu, okazał się okropnie zezowatym bocianem. Omal nie zgubił mnie pod domem dziecka, półoskubana kura jedna. I od tego momentu wszystko zaczęło się sypać.

Na szczęście, do czterdziestki jednak wygrzebałem się z tej dołiny, w którą wrzucił mnie ten półgłówek z dziobem. Dom zbudowałem, żonę sobie znalazłem, samochód co prawda używany, ale własny kupiłem. Zostało jeszcze coś zasadzić i kogoś wychować. Jedno wychować damy radę z Hanią. O drugim nawet nie myśleliśmy.

Właśnie rozważałem te akcje rolniczo-wychowawcze oraz tę koszmarną, deszczową pogodę, parząc kawę w porannej mgle. Po pokoju powiewały spokojnie rodzinne gacie. Nabawiłem się ich zdumiewająco wcześnie dużo wcześniej niż samej rodziny. Ot, ironia losu.

Usłyszałem stukanie w szybę balkonu. Dzieciaki znowu rzucają kamykami w gołębie? Bociana wam potrzeba, łobuziaki. Stukanie się powtórzyło. Potem jeszcze raz. No kto tam? Trzecie piętro przecież!

Odsunąłem firankę. Na balkonie stojkował dokładnie ten sam zezowaty bocian, którego pamiętałem z dziecięcych koszmarów.

Wynocha, potworze! wrzasnąłem z przestrachu. Kanapka spektakularnie rąbnęła na podłogę.

Zygmuś, przepraszam, serio przepraszam bocian wychylił swoją cienką łepetynę przez uchyloną balkonówkę bierz, skub! Najlepiej z prawego skrzydła, bo większe.

Spadaj! próbowałem wypchnąć ten patykowy kark z powrotem na dwór, złapałem go obiema rękami.

Zygmusiu no weź zacharczał bocian posłuchaj, co mówię.

Jeszcze gadać mnie próbujesz, patafianie broniłem się dzielnie zaraz cię na supeł zawiążę, bestio!

Przyleciałem z przeprosinami wykrztusił bocian.

Trochę się spóźniłeś, kluchonosy.

W tej chwili zadzwonił domofon. Hania wróciła.

Won na zewnątrz! rzuciłem bocianowi, wyciskając go z powrotem za szybę żeby cię nie było, jak wrócę!

Odruchowo pobiegłem do drzwi.

Wybacz, Zygmusiu! bocian jeszcze załkał przez okno wszystko naprawiłem!

Do mieszkania wpadła Hania, przemoknięta i promienna. Włosy przylepione do policzków, oczy jej się świecą. Też bociana spotkała?

Nie dopuściła mnie nawet do słowa parasol poleciał w kąt, a ona rzuciła mi się na szyję.

Czworo! Czworo! wrzasnęła na całe mieszkanie.

Ale co czworo? nie mogłem się połapać.

Czworaczki będziemy mieć! wrzeszczała pełna szczęścia Hania. Cztery malutkie bąbelki!

W jednej sekundzie zaskoczyłem słowa bociana i nasza czwóreczka. Wyleciałem na balkon jak z procy. Zezowaty bocian właśnie się wzbił w górę. Próbowałem złapać go za ogon.

Nie dałem rady.

Stój, durniu! wrzasnąłem za nim stój, kluchonosy!

Naprawiłem! doleciało do mnie z góry.

Odwróciłem się. Za mną stała Hania, cała we łzach szczęścia.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Andrzej, który zgodził się podrzucić mnie do domu rodzinnego, okazał się potwornie zezowaty. Wysadził mnie pod domem dziecka, co za gapa!