Zofia Kraszewska miała sześćdziesiąt trzy lata i jedną zasadę: niedziela to dzień dla córki. Przez dwadzieścia osiem lat, od kiedy Marta urodziła się w szpitalu przy Batorego, co tydzień stał na stole ten sam rosół, te same kluski, ta sama żółta serwetka, którą Zofia kupiła jeszcze na Starówce, u kobiety ze straganu, dawno temu.
Teraz Marta siedziała przy tym samym stole sama. Serwetka leżała złożona w szufladzie, bo nie potrafiła na nią patrzeć codziennie.
Matka odeszła dwudziestego trzeciego kwietnia, we wtorek, o szóstej czterdzieści rano, w szpitalu wojewódzkim przy ulicy Batorego — tym samym, w którym kiedyś urodziła Martę. Zawał. Lekarz dyżurny powiedział, że serce po prostu się zatrzymało, jakby wyłączono prąd. Marta zdążyła dojechać tramwajem numer dwa, ale drzwi sali otwarła już po wszystkim. Pielęgniarka podała jej plastikową torebkę z rzeczami: okulary, obrączkę, różaniec z Lourdes, który Zofia kupiła tam w dziewięćdziesiątym szóstym roku i nigdy się z nim nie rozstawała.
Dom przy Słonecznej, w którym Marta dorastała, stał teraz pusty — nie licząc kota, rudego Filemona, którego Zofia karmiła dokładnie o siódmej wieczorem, i który teraz chodził po pokojach, miaucząc pod drzwiami sypialni, jakby wciąż czekał.
Marta przyjeżdżała tam co kilka dni. Nie potrafiła sprzedać mieszkania, choć brat, Łukasz, naciskał — mówił, że to strata pieniędzy, że mogliby podzielić się kwotą, że matka by zrozumiała. Łukasz mieszkał we Wrocławiu, przyjechał na pogrzeb, zapłacił połowę za kwiaty i wrócił po trzech dniach. Zostawił Marcie klucze i zdanie: „Rób, co uważasz, ja się nie znam na sentymentach".
To zdanie bolało bardziej niż milczenie na cmentarzu.
Pewnego wieczoru, pod koniec maja, Marta usiadła na podłodze w sypialni matki i zaczęła przeglądać szufladę komody — tę zamykaną na mały mosiężny kluczyk, którego nigdy wcześniej nie widziała otwartej. W środku znalazła zeszyt w kratkę, taki szkolny, sześćdziesiąt kartek, kupiony pewnie w sklepie papierniczym przy Szerokiej. Na okładce odręcznie: „Dla Marty — kiedyś, jak będę gotowa to oddać".
Otworzyła zeszyt i przez chwilę tylko wodziła palcem po pierwszej linijce, jakby chciała sprawdzić, czy atrament naprawdę jest suchy, zanim pozwoli sobie przeczytać dalej.
To nie był pamiętnik w zwykłym sensie. To był list — pisany przez lata, różnym atramentem, czasem długopisem, czasem ołówkiem, jakby matka wracała do niego w różnych momentach życia i dopisywała kolejne fragmenty. Pierwsza data: rok, w którym Marta skończyła liceum. Ostatnia: trzy tygodnie przed śmiercią.
Czytała do trzeciej w nocy, z kolanami podkurczonymi pod brodę i kubkiem wystygłej herbaty obok, do którego ani razu nie sięgnęła. Dowiedziała się rzeczy, o których nigdy jej nie powiedziano wprost: że ojciec, który odszedł, kiedy Marta miała pięć lat, nie zniknął sam z siebie — matka go wtedy wyrzuciła, bo przyłapała go z inną kobietą w mieszkaniu przy Mickiewicza, które wynajmowali na boku. Że Zofia przez dwa lata po tym pracowała na dwa etaty — w dzień w sklepie spożywczym, wieczorami sprzątała biura przy Rynku Staromiejskim — żeby Marta nie musiała niczego odczuć. Że odmówiła drugiego małżeństwa, choć miała propozycję od pewnego wdowca z pracy, bo bała się, że ktokolwiek inny zajmie w domu miejsce, które powinno należeć tylko do córki.
I była tam jeszcze jedna rzecz. Konkretna, zapisana w ostatnim wpisie równym, wyraźnym pismem, jakby matka pisała to świadomie, wiedząc, że to już się liczy na poważnie: że na koncie w PKO BP, numer którego Marta znała z papierów po pogrzebie, leży sto dwadzieścia tysięcy złotych — oszczędności zbierane trzydzieści jeden lat, odkładane po kawałku z każdej pensji, z każdego grosza, który dało się odłożyć. I że Zofia chce, żeby ta kwota trafiła nie do Łukasza — który od lat nie odwiedzał, dzwonił dwa razy w roku i zostawiał matkę samą na święta — tylko w całości na konto Marty, z dopiskiem w testamencie u notariusza przy placu Rapackiego, który Zofia sporządziła rok wcześniej, nie mówiąc o tym nikomu.
Łukasz dowiedział się tydzień później, kiedy notariusz wezwał oboje na odczytanie testamentu.
Siedział w fotelu w kancelarii, w marynarce kupionej chyba specjalnie na tę okazję, i kiedy usłyszał treść, zrobił się czerwony na twarzy.
— To jakiś błąd — powiedział. — Ona by tak nie zrobiła. Zawsze mówiła, że dzielimy się po równo.
— Mówiła tobie — odparła Marta, kładąc na biurku notariusza zeszyt, który przyniosła ze sobą, choć nie zamierzała nikomu go pokazywać, jeśli nie będzie trzeba. — Mnie napisała inaczej. Chcesz przeczytać?
Nie chciał. Wstał, trzasnął drzwiami kancelarii tak mocno, że sekretarka w recepcji podniosła głowę znad komputera.
Marta nie pobiegła za nim. Nie zadzwoniła wieczorem, żeby tłumaczyć się czy przepraszać za coś, czego nie zrobiła. Podpisała dokumenty u notariusza, zamknęła sprawę spadkową w ciągu sześciu tygodni, zgodnie z prawem, i przelała pieniądze z konta matki na własne — sto dwadzieścia tysięcy złotych, co do grosza, zgodnie z wolą zapisaną ręką, którą znała lepiej niż własną.
Dom przy Słonecznej zostawiła sobie. Nie sprzedała. Pomalowała ściany w kuchni na ten sam odcień żółci, co stara serwetka, i w niedziele zaczęła znów gotować rosół — dla siebie, czasem dla sąsiadki z naprzeciwka, pani Haliny, która przynosiła ciasto drożdżowe i pytała, jak sobie radzi.
Filemon, rudy kot, zadomowił się na parapecie w sypialni, tam gdzie matka kiedyś trzymała doniczkę z geranium.
Zeszyt Marta trzyma teraz w tej samej szufladzie, pod tym samym mosiężnym kluczykiem. Czasem, w niedzielny wieczór, wyjmuje go i czyta jeden fragment — nie wszystko naraz, tylko kawałek, tak jak matka to pisała: po trochu, przez lata, dopóki starczy serca.







