Nazywam się Grażyna Boruta, mam pięćdziesiąt sześć lat i od jedenastu pracuję jako salowa na oddziale neonatologii w szpitalu przy ulicy Kopcińskiego w Łodzi. Nocna zmiana zaczyna się o dziewiętnastej, kończy o siódmej, a w tym czasie zdążę umyć wszystkie korytarze dwa razy i wypić chyba z sześć kubków kawy rozpuszczalnej z automatu, który stoi obok dyżurki pielęgniarek. Automat bierze dwa złote pięćdziesiąt za czarną, mocno przypaloną, ale po dwunastej w nocy człowiek pije, co jest.
Właśnie o tej porze, koło pierwszej, zaczynałam zauważać starszego pana, który przychodził na oddział trzy razy w tygodniu. Miał chyba ze siedemdziesiąt kilka lat, siwe wąsy, zawsze w tej samej niebieskiej kraciastej koszuli pod fartuchem ochronnym. Nazywał się Zbigniew Karcz, ale wszystkie pielęgniarki mówiły na niego po prostu „pan Zbyszek”. Przychodził punktualnie, meldował się w recepcji, mył ręce dokładnie dwie minuty przy zlewie — sama to liczyłam, bo akurat wtedy szorowałam podłogę pod oknem — i szedł do sali, gdzie leżały te najmniejsze, wcześniaki, czasem niecały kilogram wagi.
Nie znałam go bliżej, bo moja praca to mopy i wiadra, a nie rozmowy przy inkubatorach. Ale w szpitalu człowiek się naopowiada plotek przez tyle lat, więc wiedziałam tyle, co inni: że jest wdowcem, że mieszka gdzieś na Widzewie, że wolontariat robi za darmo, bo tak zdecydował po śmierci żony. Nie mieli z żoną dzieci. Podobno przez pierwszy rok po jej pogrzebie w ogóle nie wychodził z domu, aż sąsiadka namówiła go, żeby zapisał się na jakiekolwiek wolontariat, byle nie siedział sam w mieszkaniu z ciszą.
Trafił na neonatologię przypadkiem — miał iść do hospicjum, ale akurat nie było miejsc w grafiku, a na oddziale dla wcześniaków akurat brakowało rąk do trzymania dzieci, których rodzice nie mogli być przy łóżku dwadzieścia cztery godziny na dobę. Bo tak to wygląda: matka po cesarce leży na innym piętrze, ojciec w pracy albo przy starszym dziecku w domu, a noworodek w inkubatorze potrzebuje kontaktu skóra do skóry, bo inaczej gorzej rośnie, gorzej oddycha, gorzej wszystko.
Pamiętam dokładnie jedną noc, bo akurat myłam framugę drzwi do sali numer trzy i przez szybę widziałam, jak pan Zbyszek siedzi w fotelu bujanym, który pielęgniarki specjalnie tam trzymają, z małą dziewczynką na piersi, owiniętą w kocyk w żółte słoneczka. Dziecko było takie drobne, że mieściło się właściwie na jego przedramieniu. Ważyła, jak później usłyszałam od pielęgniarki Beaty, osiemset dwadzieścia gramów. Urodzona w dwudziestym siódmym tygodniu.
Bujał się powoli, bez pośpiechu, a rurki od kroplówki i monitora zwisały mu przez ramię jak jakieś sznurki od latawca. Nie mówił nic głośno, bo w sali panuje półmrok i cisza dla dzieci, ale poruszał ustami — coś szeptał. Odważyłam się otworzyć drzwi troszkę szerzej, niby żeby wynieść kosz na śmieci, a tak naprawdę żeby posłuchać. Powtarzał wciąż to samo, cichutko: „Rośnij silna, rośnij mądra, rośnij dobra”. I tak z każdym dzieckiem, które trzymał — może pół godziny, czasem godzinę, dopóki pielęgniarka nie dawała znaku, że pora wracać do inkubatora.
Zapytałam go raz, wynosząc worki ze śmieciami z korytarza, dlaczego akurat te słowa. Wzruszył ramionami i powiedział, że kiedyś powtarzał to bratankowi, kiedy ten był mały, a teraz bratanek ma czterdzieści lat i mieszka w Kanadzie, i dzwoni raz na Boże Narodzenie. Powiedział to bez żalu, tak jakby konstatował fakt pogodowy. Potem dodał, że dzieciom to i tak wszystko jedno, co się do nich mówi, ważne, żeby głos był ciepły i żeby ktoś był blisko.
Przez te wszystkie lata, ile go znałam, żadna z pielęgniarek nigdy nie słyszała, żeby narzekał na cokolwiek — ani na to, że musi jechać autobusem numer sześćdziesiąt trzy prawie czterdzieści minut z drugiego końca miasta, ani na to, że czasem dziecko płakało godzinami i nic nie pomagało. Kiedyś, w środku zimy, kiedy na dworze było chyba minus piętnaście, a autobus się spóźnił, przyszedł cały zmarznięty, z czerwonym nosem, i pierwsze co zrobił, to poprosił ordynatorkę o herbatę nie dla siebie, tylko żeby zdążyć ogrzać ręce, zanim weźmie dziecko na ręce, żeby nie było mu zimno od jego dłoni.
Aż przyszła ta noc w marcu, kiedy pan Zbyszek nie przyszedł. Nie zadzwonił, nie odwołał, po prostu go nie było. Pielęgniarka Beata próbowała dzwonić na komórkę, ale nikt nie odbierał. Trzeciego dnia zadzwoniła do niej sąsiadka pana Zbyszka, ta sama, która kiedyś namówiła go na wolontariat — powiedziała, że zabrała go karetka, zawał, i że leży teraz w szpitalu wojewódzkim przy Kniaziewicza.
Odwiedziłam go raz, po dyżurze, bo akurat było mi po drodze. Leżał podłączony do kroplówki, chudszy, ale przytomny. Zapytał od razu, zanim się przywitałam, czy dziewczynka z sali trzeciej przybrała na wadze. Powiedziałam, że nie wiem, bo to nie mój dział, ale że zapytam. Uśmiechnął się i powiedział, że jak wyjdzie, to pierwsze co zrobi, to pójdzie sprawdzić osobiście.
Nie wyszedł już na oddział. Zmarł dwa tygodnie później, w szpitalu, w nocy, sam, bo nie miał już nikogo bliższego niż ta sąsiadka i garstka znajomych z parafii. Dowiedziałam się o tym od Beaty, która przyszła na zmianę z czerwonymi oczami i powiedziała mi to przy automacie z kawą, trzymając kubek obiema rękami, jakby chciała się ogrzać, chociaż w budynku było ciepło.
Tydzień po pogrzebie, na który poszła chyba połowa oddziału w cywilnych ubraniach, bo akurat mieliśmy wolne, ordynatorka zawiesiła w sali numer trzy małą drewnianą tabliczkę, którą ktoś wyrzeźbił ręcznie — nie wiem kto, może ktoś z rodziny, może jedna z pielęgniarek po godzinach. Napis był prosty: „Rośnij silna, rośnij mądra, rośnij dobra — dla pana Zbyszka”. Przez ponad siedemset dzieci przewinęło się przez jego ręce, jak policzyła kiedyś Beata w grafiku wolontariatu, zanim ją zamknęli i archiwizowali.
Ta dziewczynka z sali trzeciej, ta ośmiuset dwudziestogramowa, wypisała się do domu w maju, ważąc dwa kilo sto. Jej matka, wypisując się, zapytała pielęgniarkę o tabliczkę na ścianie — kim był ten pan Zbyszek. Beata opowiedziała jej wszystko, co wiedziała, a matka, słuchając, trzymała córkę mocniej i pokiwała głową, chociaż nic nie powiedziała. Odeszła korytarzem w stronę windy, a ja właśnie wtedy myłam podłogę pod tą samą framugą, gdzie kiedyś podsłuchałam pana Zbyszka po raz pierwszy. Odstawiłam wiadro na chwilę i popatrzyłam, jak drzwi windy się zamykają.



