Kotek z lotniska w Krakowie

Dwa lata temu poleciałem do Japonii na trzytygodniowy urlop – miałem wtedy dwadzieścia osiem lat i pracowałem jako grafik w niewielkim studiu w Krakowie. Na lotnisku Narita, tuż po odprawie celnej, podeszła do mnie ekipa telewizyjna. Robili program w stylu tych japońskich wywiadów z podróżnymi – krótkie pytania, uśmiech do kamery, "skąd pan przyleciał, co pan tu robi". Dziewczyna z mikrofonem zapytała mnie o parę rzeczy, ja coś tam odpowiedziałem, zaśmiałem się głupio, bo nie byłem przygotowany. I tyle. Wróciłem do Polski, wróciłem do pracy, do korków na Wielickiej, do kota sąsiadki, który zawsze siedział na klatce schodowej i nie chciał wpuścić mnie do windy. O tym wywiadzie zapomniałem kompletnie.

Rok później dostałem maila od jednej z producentek programu – pisała, że odcinek w końcu wejdzie na antenę, że mam pozdrowienia od redakcji, standardowa formułka. Odpisałem "dzięki, miło" i znowu o tym zapomniałem. Ale niedługo po emisji w Japonii dostałem wiadomość na Instagramie. Od dziewczyny, która nazywała się Aoi. Napisała krótko: "Widziałam pana w telewizji. Fajnie pan wygląda." Bez ogródek, bez zbędnych słów.

Odpisałem coś w stylu "dziękuję, a skąd pani, jeśli mogę spytać" – i tak to się zaczęło. Rozmawialiśmy codziennie. Ona pracowała w sklepie papierniczym w Osace, ja tłumaczyłem jej, dlaczego w Krakowie o piątej po południu wszyscy stoją w kolejce po precle na Kazimierzu, a ona przysyłała mi zdjęcia swojego balkonu, na którym hodowała pomidory w doniczkach, bo mieszkanie było za małe na ogród. Pisała mi też, że u nich w bloku jest automat z napojami, który czasem połyka monety i nikt go nigdy nie naprawia. Takie drobiazgi. Nic ważnego, a jednak zapamiętałem je lepiej niż niejedną poważną rozmowę.

Po paru miesiącach codziennych wiadomości i wieczornych połączeń wideo – ja o dwudziestej drugiej, ona rano, bo różnica czasu wynosiła siedem godzin – zapytałem ją, czy chce być moją dziewczyną. Wolałbym zrobić to osobiście, przy stole, z kwiatami, jak człowiek. Ale ograniczenia w podróżowaniu ciągnęły się i ciągnęły, nikt nie wiedział, kiedy się skończą, a ja nie chciałem dłużej udawać, że to, co między nami jest, to "tylko znajomość przez internet". Powiedziała tak. Bez wahania.

Minął kolejny rok. Rozmawialiśmy przez telefon tak długo, że moja mama zaczęła pytać, czy w ogóle jeszcze pamiętam, jak wygląda żywy człowiek na żywo, a nie na ekranie. Aoi uczyła się polskich słów z aplikacji, ja próbowałem czytać po japońsku i za każdym razem myliłem znaki na "dziękuję" i "przepraszam", co ją bawiło do łez. Kupiłem bilet na lotnisko w Krakowie-Balicach, przesiadka we Frankfurcie, dwadzieścia trzy godziny podróży w jedną stronę. Cztery dni temu w końcu się spotkaliśmy.

Stałem w hali przylotów z kartką, na której napisałem jej imię – głupio, wiem, przecież się znaliśmy, ale chciałem, żeby to wyglądało tak, jak w filmach. Kiedy zobaczyłem ją przy bramce, pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy, brzmiała: "Ona jest jeszcze ładniejsza na żywo niż na zdjęciach."

Podeszła, zatrzymała się o krok ode mnie, jakby sprawdzała, czy to na pewno ja, a potem po prostu się roześmiała i powiedziała po polsku, powoli, sylaba po sylabie: "Cześć. Jestem głodna." Cała moja wyobrażona scena z kwiatami i wzruszającym przemówieniem rozsypała się w try miga – zamiast tego pojechaliśmy prosto na Stary Kleparz zjeść zapiekankę, bo powiedziała, że widziała ją na filmiku na Instagramie i musi spróbować.

Te cztery dni minęły jak jeden długi wieczór. Pokazałem jej mieszkanie, które wynajmuję na Podgórzu, ten sam kot sąsiadki znowu nie chciał jej wpuścić do windy i Aoi uznała, że to najzabawniejsza rzecz, jaką widziała w Polsce. Chodziliśmy nad Wisłę, jedliśmy obwarzanki na Rynku, a ona za każdym razem, kiedy widziała gołębie na Sukiennicach, robiła zdjęcie, bo w Osace podobno gołębie są mniej odważne.

Dziś rano siedzieliśmy na balkonie z kawą, ona jeszcze w mojej za dużej bluzie, i powiedziała, że za trzy dni wraca do Japonii, bo umowa w sklepie się kończy i musi być na miejscu, żeby ją przedłużyć. Spytałem, co teraz. Nie spuściła wzroku, tylko odstawiła kubek i powiedziała: "Teraz ty złóż papiery. Wiza narzeczeńska. Ja już sprawdziłam, jakie dokumenty są potrzebne po naszej stronie."

Wyjęła z torby złożoną kartkę – wydruk z konsulatu, zaznaczony żółtym markerem w trzech miejscach. Rachunek za bilety, które kupiliśmy razem, leżał obok na stole, przyciśnięty spodkiem, żeby nie zdmuchnął go wiatr. Osiemset czterdzieści złotych za mój lot w jedną stronę i te same osiemset czterdzieści, które ona odłożyła przez rok, sprzedając na aukcjach internetowych stare komiksy z dzieciństwa, żeby nie prosić rodziców o pieniądze na bilet, kiedy w końcu przyjdzie jej kolej przylecieć do mnie.

Wziąłem tę kartkę do ręki, przeczytałem listę dokumentów – akt urodzenia, zaświadczenie o niekaralności, dowód wspólnego zamieszkania w przyszłości – i powiedziałem tylko: "Dobra. W poniedziałek idę do urzędu po pierwsze zaświadczenie." Ona kiwnęła głową, wzięła łyk zimnej już kawy i dodała, że kot sąsiadki chyba w końcu ją polubił, bo dziś rano pozwolił się pogłaskać przez chwilę, zanim uciekł na trzecie piętro.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Kotek z lotniska w Krakowie