Nazywam się Wanda Kubiak, mam pięćdziesiąt trzy lata i od dwudziestu jeden lat pracuję jako notariuszka w kancelarii przy ulicy Słowackiego w Piotrkowie Trybunalskim. Widziałam w swoim życiu tyle rozwodów, spadków i darowizn, że mogłabym napisać książkę. Ale tę historię zapamiętam inaczej — bo zaczęła się od zwykłego kota, a skończyła w moim gabinecie, przy biurku zawalonym aktami.
Klientkę, o której chcę opowiedzieć, znam od trzech lat. Nazwijmy ją Beata. Poznałam ją, kiedy przyszła sporządzić testament po babci — to wtedy dowiedziałam się, że mieszkanie przy Alejach Trzeciego Maja, trzypokojowe, z lat sześćdziesiątych, z tym charakterystycznym zapachem starego drewna na klatce schodowej, należy właśnie do niej. Wtedy jeszcze była szczęśliwą mężatką. A przynajmniej tak wyglądała.
Jej mąż, Radosław, zarządzał hurtownią materiałów budowlanych pod miastem i, jak sama mówiła przy kawie w poczekalni, "zarabiał na tyle, że nie musiała pracować". Powtarzał podobno często: kobieta ma dbać o dom, a mężczyzna — przynosić pieniądze. Beata się z tym zgadzała, dopóki nie przestała. Skończyła studia z projektowania wnętrz i pewnego dnia oznajmiła mu przy kolacji, że chce wrócić do zawodu. Awantura, którą urządził, była — jak mi później opowiadała — pierwszą prawdziwą kłótnią w ich małżeństwie. Krzyczał, że nie wychowywał żony po to, żeby "bawiła się kolorami tapet dla obcych ludzi".
Poszła do pracy mimo wszystko. Dostała etat w studiu projektowym przy centrum handlowym Wzgórze na obrzeżach miasta. Radosław w odwecie przestał jej kupować prezenty — a wcześniej co miesiąc przynosił jej coś: perfumy, szalik, raz nawet bilet na koncert do Łodzi. Teraz nic. Milczał wieczorami, wracał z pracy i siadał przed telewizorem z piwem, nie pytając nawet, jak minął jej dzień.
To wtedy, jesienią, pojawił się kot.
Wiem o tym, bo Beata sama mi to opowiedziała, siedząc naprzeciwko mnie z filiżanką herbaty, którą moja asystentka zawsze parzy klientom, jeśli sprawa się przeciąga. Szła z targu przy ulicy Wojska Polskiego, niosła siatkę z ziemniakami, kiedy zobaczyła, jak coś małego i mokrego drepcze przy krawężniku, miauczy tak cienko, że ledwie było słychać. Wzięła to na ręce, owinęła szalikiem i zaniosła do domu. Nazwała ją Zośka.
Radosław, jak mi opowiadała, spojrzał na kotkę i powiedział jedno zdanie: "Albo ona, albo ja". Beata się roześmiała, myślała, że żartuje. Nie żartował.
Nie wiem, co dokładnie działo się w tym mieszkaniu przez kolejne miesiące — nie byłam tam, nie widziałam kłótni. Wiem tylko to, co przynosiła do mnie w dokumentach i w rozmowach, kawałek po kawałku, jak układankę.
A przynosiła coraz więcej. Najpierw przyszła zapytać, czy może dopisać coś do testamentu babci — żeby mieszkanie na pewno zostało tylko przy niej, bez wątpliwości, gdyby coś się stało. Potem, kilka miesięcy później, przyszła z zupełnie inną sprawą: chciała wiedzieć, jak wygląda rozdzielność majątkowa, kiedy małżeństwo trwa już jakiś czas. Nie od razu powiedziała mi, o co chodzi. Dopiero przy trzeciej wizycie, kiedy podpisywała już inny dokument, wspomniała mimochodem, że mąż zażądał, żeby oddała kotkę do schroniska, bo "w domu ma śmierdzieć psiną, a nie kocim żwirkiem". Powiedziała to, poprawiając rękaw swetra, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. Ale ręce jej drżały, kiedy podpisywała.
Zapytałam wtedy tylko, czy podpisuje to z własnej woli. Zawsze pytam. To moja praca — sprawdzić, czy ktoś nie robi czegoś pod presją. Odpowiedziała, że tak, że to jej decyzja, i że ma dość udawania, że wszystko jest w porządku, kiedy nie jest.
Miałam wtedy interesownie w tym, żeby sprawa poszła szybko — czekała na mnie jeszcze jedna klientka z aktem darowizny, a za oknem parkingowy zaczynał już wypisywać mandaty na sąsiedniej ulicy. Ale coś mnie zatrzymało. Zapytałam, co się właściwie stało z mężem.
Powiedziała, że Radosław przepisał hurtownię — tę, którą prowadził od lat, formalnie zarejestrowaną na spółkę, w której miała udziały jej teściowa — całkowicie na swoją matkę, żeby "zabezpieczyć majątek rodzinny", jak to ujął. Zrobił to bez konsultacji, w kancelarii po drugiej stronie miasta, tydzień po tym, jak oddała Zośkę do schroniska przy ulicy Belzackiej, bo już nie miała siły na kolejną kłótnię. Zrobiła to, płacząc w samochodzie na parkingu schroniska, jak mi powiedziała, przez dwadzieścia minut, zanim wróciła do domu.
A potem dowiedziała się od koleżanki z pracy, że mąż od pół roku spotyka się z młodszą księgową z tej samej hurtowni, i że to dla niej, a nie dla "bezpieczeństwa rodziny", przepisał firmę na matkę — żeby w razie rozwodu nie dzielić się majątkiem, o którym Beata nawet nie wiedziała, że urósł tak bardzo przez te lata.
Tego dnia w mojej kancelarii Beata nie płakała. Podpisała wniosek o rozdzielność majątkową, poprosiła o wycenę mieszkania po babci — żeby wiedzieć dokładnie, ile jest warte, bo chciała je sprzedać i kupić coś mniejszego, kawalerkę bliżej centrum, gdzie mogłaby otworzyć własne studio projektowe. Powiedziała mi liczbę: mieszkanie wyceniono na pięćset dziewięćdziesiąt tysięcy złotych. Zapisała to w notesie, zamknęła go i schowała do torebki obok kluczy.
Zanim wyszła, zapytałam, żartem, czy odzyska kotkę. Spojrzała na mnie zza okularów przeciwsłonecznych, które nie zdjęła od wejścia, i powiedziała, że pojechała do schroniska trzy dni wcześniej. Że Zośka rozpoznała jej głos od razu, mimo że minęło jedenaście tygodni. Że pracownica schroniska aż się popłakała, kiedy zobaczyła, jak kotka wtula się w jej ramię.
Minął miesiąc. Beata przyszła po odbiór gotowego aktu notarialnego rozdzielności — dokument, który sama nazwała "papierem, po którym już nikt niczego mi nie przepisze bez mojej zgody". Miała ze sobą teczkę z wyceną mieszkania, umowę przedwstępną sprzedaży, którą podpisała tydzień wcześniej z małżeństwem z Bełchatowa, oraz — w tej samej torbie — transporter dla kota, bo jechała stamtąd prosto po odbiór Zośki z weterynarza, gdzie ta miała szczepienie.
Radosław zadzwonił do niej, kiedy siedziała u mnie w poczekalni — słyszałam to, bo telefon leżał na stoliku i wibrował głośno na drewnianym blacie. Nie odebrała. Powiedziała tylko mojej asystentce, że "to może poczekać", i wróciła do przeglądania dokumentów.
Nie wiem, co było dalej między nimi — czy się rozwiedli, czy nadal mieszkają pod jednym dachem osobno, bo takie rzeczy zdarzają się częściej, niż ludzie myślą. Wiem tylko, że kilka dni później widziałam ją na rynku, tym starym, przy ratuszu, z transporterem w jednej ręce i teczką dokumentów w drugiej, jak szła w stronę przystanku, nie oglądając się za siebie.







