Andrzej Malinowski miał dwa lata do emerytury, ale nikt w domu o tym nie myślał. Liczyło się tylko to, ile jeszcze może zarobić. Żona Wiesława planowała już wakacje w Turcji dla synów, a same bilety kosztowały więcej, niż Andrzej potrafił odłożyć przez pół roku.
Pracował jako magazynier w hurtowni materiałów budowlanych na obrzeżach Łodzi. Brał każdą nadgodzinę, każdą sobotę, każdą świąteczną zmianę, bo Wiesława znajdowała nowe wydatki szybciej, niż on zdążył wypłacić. Nowa kuchnia na wymiar, drugi samochód dla starszego syna, wesele młodszego w restauracji z widokiem na staw. A Andrzej chodził w kurtce, którą kupił jeszcze przed czterdziestką, i udawał, że nie słyszy, jak koledzy z pracy pytają, kiedy wreszcie coś sobie kupi.
W hurtowni sprzątała pani Elżbieta, wdowa po kolejarzu zjeżdżalni w Radogoszczu. To ona pierwsza zauważyła, że Andrzej robi się blady jak ściana, gdy dźwiga palety z cementem. Kiedyś znalazła go siedzącego na worku z gipsem, z dłonią przyciśniętą do mostka.
— Panie Andrzeju, pogotowie dzwonię — powiedziała, a on złapał ją za rękaw.
— Nie. Zostaw. Pięć minut i przejdzie.
Przeszło po dwudziestu. Elżbieta przyniosła mu herbatę z termosu i polopirynę z torebki, a potem zostawiła go w kantorku, żeby nikt nie widział. Nie pierwszy raz.
— Niech pan coś z tym zrobi — prosiła. — Przecież to serce.
— Serce to ja mam na miejscu, tylko płuca mi się plączą — żartował Andrzej, chociaż oboje wiedzieli, że to nie płuca.
Pod koniec listopada przyszło takie osłabienie, że Andrzej nie wstał z krzesła przez godzinę. Elżbieta wezwała lekarza z pobliskiej przychodni na Widzewie. Młody internista kazał natychmiast zrobić EKG i zapisać się do kardiologa.
— A jak nie przestanie pan dźwigać, to się obudzi pan w szpitalu — powiedział na odchodnym. — Tylko tam już nie będzie tak miło.
Kierownik hurtowni, pan Marek, wezwał Andrzeja do biura trzy dni później.
— Andrzej, znam cię piętnaście lat. Zwalniam cię — oznajmił, nawet nie proponując kawy. — Bo inaczej ty mi tu zejdziesz między regałami, a ja nie chcę mieć tego na sumieniu.
Andrzej chciał protestować, ale wtedy w drzwiach stanęła Elżbieta z teczką, jakby wiedziała wcześniej.
— Poradzi pan sobie — powiedziała. — Proszę tylko nie mówić, że to ja powiedziałam Markowi. Sam się domyślił.
Podpisał wypowiedzenie długopisem tak tanim, że rozpadł się w dłoni. Została mu jeszcze wypłata za trzy tygodnie i trzynasta emerytura za przepracowany rok, wszystko razem około siedmiu tysięcy dwustu złotych.
Wyszedł z hurtowni po raz ostatni, a przy bramie czekał już jego pies, Kudłacz — mieszaniec owczarka i diabła, którego Andrzej przygarnął jako szczeniaka przy śmietniku na Bałutach. Kudłacz przychodził z nim do pracy codziennie, bo nocna zmiana była spokojniejsza, gdy pies szczekał na obcych.
— No chodź, stary — mruknął Andrzej, odwiązując smycz od barierki. — Idziemy.
Kudłacz merdał ogonem tak, że uderzał nim o własne żebra.
W mieszkaniu na czwartym piętrze Wiesława czekała z obiadem i złym humorem.
— Czemu tak wcześnie? Zwolnili cię? — zapytała, nawet nie zdejmując fartucha.
— Zwolnili.
— Za co?! Coś ty zmalował?
— Nic. Zdrowie mi siadło. Serducho podobno.
Wiesława roześmiała się krótko, jakby ktoś puścił w radiu nieśmieszny żart.
— Serducho? A na taczki to ci siły starczało. Pewnie się opierdalałeś i Marek cię przyłapał.
Andrzej nie odpowiedział. Patrzył na rosół z makaronem, który stał na stole, i czuł, że nie przełknie ani łyżki.
— A to co?! — Wiesława wskazała na Kudłacza, który wszedł za Andrzejem do przedpokoju. — Pies w domu? Zgłupiałeś do reszty? Wyprowadź to natychmiast!
— Nie zostawię go na ulicy — powiedział Andrzej.
— To idź z nim. Masz dwa lata do emerytury, to se poczekaj na ławce.
Wyszedł z psem. Za drzwiami słyszał jeszcze, jak Wiesława mówi do telefonu: «Wyobraź sobie, wrócił i mi tu psa przywlókł…».
Spacerował po Parku Poniatowskiego, potem wzdłuż ulicy Nawrot, potem w stronę dworca Łódź Fabryczna, gdzie nocą świeciły neony jak w obcym mieście. Kudłacz szedł przy nodze i od czasu do czasu przystawał, gdy Andrzej przystawał.
O trzeciej nad ranem zadzwonił syn, Michał.
— Tato, gdzie ty jesteś? Matka zwariuje. Masz wracać natychmiast!
— Zaraz będę — skłamał Andrzej.
Wrócił o świcie. Michał czekał pod klatką, a obok stał drugi syn, Patryk.
— Matka powiedziała, że cię z roboty wywalili — zaczął Michał. — My ci załatwiliśmy coś innego. Stróż na budowie przy Rokicińskiej. Stróżówka ogrzewana, a psa możesz tam trzymać. Dwa lata dociągniesz.
— Tylko się nie wymiguj — dodał Patryk. — Bo nam wstyd, że ojciec łobuzuje po parkach.
Andrzej wsiadł z nimi do srebrnego focusa. Na budowie pachniało wapnem i wilgotnym betonem, a barak stał przy ogrodzeniu z siatki, przez którą wiało od strony torów. Chłopcy porozmawiali z majstrem, dostali klucz, a potem odjechali, nawet nie pytając, czy ojciec ma co jeść.
Został sam. Nocą siedział przed barakiem, częstował Kudłacza suchą kromką z pasztetem i patrzył w niebo nad miastem. Opowiadał psu, jak jako dziecko chciał być lotnikiem. Zbudował nawet szybowiec z desek i prześcieradła, ale wiatr porwał go z dachu altanki w ogródku dziadka na Dąbrowie. Nic się nie stało, tylko sąsiadka krzyczała, że diabeł wylądował w jej krzakach porzeczki.
— Zawsze chciałem odlecieć — powiedział Andrzej. — Ale nie było kiedy.
Kudłacz położył łeb na jego kolanach i patrzył mu w oczy, jakby rozumiał każde słowo.
Nad ranem pies zaczął wyć. Długo, nisko, gardłowo, aż majster wyjrzał z baraku i krzyknął, żeby uciszyć to bydlę. Ale pies wył dalej. O szóstej rano pracownicy znaleźli Andrzeja opartego o ścianę baraku, z twarzą zwróconą w stronę torów. Już nie oddychał.
Pochowano go w czwartek, na cmentarzu przy ulicy Brackiej. Padał deszcz ze śniegiem, a grabarze spieszyli się, bo mieli jeszcze trzy pogrzeby przed sobą. Wiesława stanęła nad mogiłą, popatrzyła na zdjęcie w ramce i powiedziała do Patryka:
— No i widzisz. Nawet umrzeć porządnie nie umiał. Wszystko na mojej głowie.
Na dziewięć dni nie przyszło ani jedno z dzieci. Kudłacz leżał przy ziemnym kopczyku, nie chciał jeść ani pić. Grabarz z litosierdzia nalał mu wody do starej puszki po coca-coli, ale pies ledwie trącił ją nosem.
Codziennie ktoś go jednak karmił — najpierw cicho, ukradkiem, jakby pies rozumiał, że to jałmużna. Potem jedna z sąsiadek z kamienicy przy Brackiej zaczęła przynosić mu obierki z kartofli i kawałki chleba. Ale pies czekał.
Trzydziestego dnia po pogrzebie na cmentarz przyszła kobieta w szarym prochowcu. Kudłacz podniósł głowę, popatrzył na nią, a potem wstał i podszedł, machając ogonem. Elżbieta ukucnęła i pogłaskała go po łbie.
— Wiedziałam — powiedziała cicho. — Mówiłam, że nie wolno ci tak harować, Andrzej.
Wyjęła z torby dwie czerwone róże i położyła na piachu. Potem rozwinęła kawałek mortadeli i podała psu. Kudłacz zjadł.
— Chodź, przygarnę cię — szepnęła. — Będziemy razem pilnować twojego pana.
Pies stał chwilę, patrzył na grób, potem ruszył za nią wzdłuż alejki. Elżbieta szła powoli, żeby mógł nadążyć, chociaż sam był jeszcze całkiem sprawny.
Po tygodniu poszła do kancelarii notarialnej przy Piotrkowskiej i spisała testament. Pies miał trafić do schroniska, ale przedtem — tak zapisała — na rachunek schroniska trafiło cztery tysiące złotych z jej książeczki oszczędnościowej. Notariusz uniósł brwi, ale nie komentował.
Wiesława dowiedziała się o tym przypadkiem, od kuzynki notariusza. Przyszła do Elżbiety na Dąbrowę, stanęła w progu i zażądała pieniędzy, bo przecież «to po Andrzeju, należy się nam». Elżbieta podała jej kopię testamentu i zamknęła drzwi, nie mówiąc ani słowa.
Wiesława stała przed klatką, trzymała kartkę w ręku i patrzyła, jak przez szybę widać psa, który rozłożył się na starym kocu pod kaloryferem. Kudłacz nawet nie szczeknął. Tylko popatrzył na nią obojętnie i znów zamknął oczy.







