Hania odezwała się w przedpokoju, kiedy matka zapinała jej kurtkę, a ja wpychałam do torby dwunasty słoik — tym razem z sałatką z cukinii. Stała w kaloszach w kratkę, trzymała w dłoni gumkę do włosów i zapytała głośno:
— Mamo, a my do babci to jeździmy tylko po słoiki?
Magda zaśmiała się krótko, przez zęby.
— Nie, Haniu. Jedziemy, bo babcia za nami tęskni.
Hania poprawiła czapkę.
— To dlaczego babcia nigdy nie jedzie z nami do parku? Zawsze pakuje i pakuje.
W przedpokoju zrobiło się cicho. Zegar z kukułką wychylił się i kuknął dwa razy, choć była jedenasta dwadzieścia. Paweł wrócił po ostatnią reklamówkę, cmoknął mnie w policzek.
— Dzięki, mamo. Odezwę się w tygodniu.
Nie odezwał się.
Nazywam się Jadwiga, mam sześćdziesiąt osiem lat. Od pięciu lat nie pracuję. Trzydzieści dwa lata przepracowałam w przychodni na LSM-ie, przy ulicy Wallenroda, jako rejestratorka. Znałam z imienia połowę dzielnicy, druga połowa znała mnie z kart chorobowych. Mąż Roman zmarł siedem lat temu we śnie. Rano chciałam go obudzić, bo kawa wystygła, a on już był zimny. Od tamtej pory gotuję. Garnek nie pyta, czy wrócisz, i nie patrzy w telefon.
Syn Paweł mieszka z żoną Magdą i Hanią w Warszawie, na Białołęce. Kawalerka z sypialnią w aneksie, wynajem za dwa tysiące czterysta złotych, parking pod blokiem. Przyjeżdżają raz na miesiąc, w niedzielę. Bagażnik mają pusty. Wyjeżdżają z bagażnikiem pełnym. Kiedyś myślałam, że to miłość.
Gotowałam na zapas. W poniedziałek rosół, bo kości u rzeźnika na targu przy Onyksowej kosztowały osiem złotych za kilo, a marchew w pęczku dwa pięćdziesiąt. We wtorek kotlety mielone, w czwartek bigos, w piątek ciasto drożdżowe. Latem robiłam przetwory: ogórki kiszone, dżem z czarnej porzeczki, leczo z cukinii. Półka w piwnicy wyginała się pod ciężarem słoików. Na każdym karteczka: „dżem 2024”, „leczo sierpień”, „bigos z wkładką”.
Na początku dawałam Pawłowi jeden słoik. Potem dwa. Potem dziesięć, dwanaście. Mój zeszyt z rachunkami puchł od wyliczeń: prąd, gaz, zakupy, woreczki, zakrętki. W czwartek jeździłam po warzywa, w piątek gotowałam przetwory, w sobotę obiad na niedzielę. W niedzielę wstawałam o piątej, żeby zdążyć z ciastem i jajkami w majonezie. Paweł nigdy nie zapytał, ile to kosztuje. Zresztą nie chodziło o pieniądze. Chodziło o to, że jego córka wiedziała więcej niż on.
Tamtej nocy nie spałam. Przez okno widziałam, jak z trzepaka kapie woda. Liczyłam dni: czwartek — targ, piątek — gotowanie, sobota — ciasto, niedziela — dwie godziny, z czego obiad trwa dwadzieścia minut. Hania ma siedem lat. Jej koleżanka Maja z przedszkola opowiada, że babcia robi z nią naleśniki i oglądają razem filmy. A moja wnuczka mówi, że babcia tylko pakuje słoiki.
W kącie kuchni stoi wazon z suszonymi hortensjami, które Roman zerwał z działki w sierpniu. Pod nim leży niedopałek papierosa, który zgasił tego wieczoru, zanim poszedł spać. Nie ruszyłam go przez siedem lat. Tej nocy wstałam, wzięłam ten niedopałek i wyrzuciłam do kosza. Potem otworzyłam szufladę z nożami i wyjęłam zeszyt z rachunkami. Na ostatniej stronie napisałam czarnym flamastrem tylko tyle: „Koniec słoików”.
W następny czwartek nie pojechałam na targ. W piątek nie włączyłam palnika. W sobotę, zamiast robić ciasto, poszłam z koleżanką Wiesią do kina. Trwało to dwie godziny; co chwilę sprawdzałam godzinę, bo tak mnie nosiło.
W niedzielę o dziewiątej zadzwonił Paweł.
— Mamo, to co, wpadamy? Hania pyta o dżem z truskawek.
— W tym miesiącu nic nie ugotowałam. Byłam zmęczona.
Po drugiej stronie zapadło milczenie. Długie, jakby ktoś wyłączył linię.
— A… no to może przełożymy. Magda i tak ma zebranie online o piętnastej.
— Dobrze.
— No to trzymaj się.
Rozłączył się pierwszy.
W poniedziałek rano wyjęłam spod zlewu dwie torby z grubego plastiku. Policzyłam: trzydzieści jeden słoików. Osiem bigosów, siedem ogórków kiszonych, pięć dżemów, cztery leczo, trzy kompoty, dwa przeciery, dwa sosy pomidorowe. Zakupy kosztowały mnie trzysta dwadzieścia złotych. Czasu było w tym cztery dni po sześć godzin. Zawiozłam to wszystko do Domu Samotnej Matki na Czechowie. Kobieta w recepcji sprawdziła, czy zakrętki są oryginalne. Były. Dostałam potwierdzenie odbioru z pieczątką. Schowałam je do szuflady w kuchni, obok starego noża do chleba Romana.
W sobotę usłyszałam dzwonek. Przez wizjer zobaczyłam Pawła. Trzymał w dłoni pustą siatkę, taką z warzywniaka. Otworzyłam.
— Mamo, jesteśmy przejazdem. Magda z Hanią czekają na dole. Dasz coś?
— Nie mam.
Wszedł do przedpokoju, zajrzał do spiżarni. Półki świeciły pustką.
— Jak to nie masz?
— Oddałam wszystko. Trzydzieści jeden słoików.
Wyjęłam z szuflady potwierdzenie i położyłam na stole. Wziął je, przeczytał, odłożył. Twarz mu stężała.
— I co teraz? Hania czeka na dżem.
— Kup jej dżem. W Biedronce truskawkowy kosztuje siedem złotych. Mój kosztował więcej.
— Przecież ty zawsze gotowałaś.
— Bo chciałam. Teraz nie chcę. Przyjeżdżaj, jak będziesz chciał mnie, a nie słoików.
Stał jeszcze chwilę. Potem wziął siatkę, wyszedł i zamknął drzwi. Podeszłam do okna. Na dole zobaczyłam, jak podchodzi do auta, wsiada i odjeżdża. Na siedzeniu obok stała pusta siatka. Może pomyślał, że ja żartuję. Nie żartowałam.
W kuchennej szafce został mi tylko jeden słoik dżemu truskawkowego z poprzedniego lata, schowany za workiem cebuli. Otworzyłam go, usiadłam przy stole i zjadłam dwie łyżeczki. Był słodki, choć trochę za rzadki, jak na mój gust.







