Krzysztof Majewski jechał na wschód drogą przez mokradła i nie umiał powiedzieć, po co właściwie tam jedzie. Z Warszawy wyjechał o piątej rano, zanim żona zdążyła włączyć ekspres do kawy. W skórzanej torbie leżał krawat, który okazał się niepotrzebny, zmięty dokument z biura i koperta z nadrukiem kancelarii notarialnej z Łomży. W niej — list od matki, napisany dziesięć lat przed śmiercią, znaleziony wczoraj za szafą w gabinecie.
„Przyjedź, zanim będzie za późno. Tęsknię. Mama.”
Samochód, czarne audi z rejestracją zaczynającą się od WI, skręcił w polną drogę za Grajewem. Za oknami ciągnęły się łąki, bocianie gniazda na słupach, krzywe płoty i stale drzewa. Dzieci na rowerach stanęły jak wryte. Stary mężczyzna przed sklepem odłożył gazetę i długo odprowadzał auto wzrokiem, dopóki kurz nie opadł na tuję.
Na podwórku rodzinnym pachniało sianem, oborą, dymem i ciepłym mlekiem. Bury kot uciekł pod studnię. Pies, duży mieszańczyk o białej łapie, nie szczekał, tylko podszedł i obwąchał skórzane półbuty Krzysztofa.
Siostra zeszła z ganku. Alina. Miała na nogach gumowe kalosze, na sukience stary niebieski fartuch, na ramieniu — kurze pióro. Włosy niemal siwe, dłonie zgrubiałe. Za nią, koło chlewika, kołysała się koza.
— No, wejdź, Krzysiek — powiedziała. — Co tak stoisz jak obcy?
— Bo chyba jestem obcy — odparł, i sam się zdziwił, że to powiedział na głos.
Dom po rodzicach był zadbany. Dach blaszany, okna plastikowe, ganek przebudowany. Na parapecie stał słoik z miodem z etykietą „Lipiec 2023”. Pod ścianą leżał worek paszy dla królików. Krzysztof zdjął buty i wszedł do kuchni.
Na ścianie wisiały zdjęcia. Matka, ojciec, Alina z nieżyjącym mężem, jej synowie, wnuki. I on sam — młody chłopak po obronie na politechnice, w garniturze, z uśmiechem, który nic jeszcze nie wiedział o bilansach i spotkaniach zarządu.
— Mamo go powiesiła — uprzedziła jego pytanie Alina. — Nigdy nie zdjęłam.
Wieczorem jedli w kuchni. Alina postawiła na stole chleb na zakwasie, masło, sery z kminkiem, ogórki małosolne i wędzoną kiełbasę. Krzysztof pił herbatę z lipy, bo alkoholu nie chciał.
— Jak tam u ciebie? — zapytała, wycierając blat ścierką. — Mówią, że jesteś teraz prezesem.
— Jestem — przyznał. — Żona ma dwa salony kosmetyczne. Córka w Londynie, syn w Warszawie. Duży dom pod Piasecznem, mieszkanie na Mokotowie. Udało się.
— To dlaczego wyglądasz, jakby cię ktoś z krzesła zsunął?
Zaśmiał się, ale krótko. Potem odstawił kubek i patrzył na własne palce, które nie potrafiły usiedzieć nieruchomo.
— A ty? — zapytał. — Jak sobie radzisz? Wdowa, gospodarstwo, zwierzęta.
— Zwierzęta mnie trzymają — odpowiedziała, sięgając po kromkę. — Mam teraz trzy kozy, dwa stare konie, kury, króliki. W zeszłym tygodniu wzięłam kota bez przedniej łapy. Skocznie wygląda, jakby całe życie grał w piłkę.
— Alina, ty jesteś szczęśliwa?
— Wiesz co, Krzysiek? To ja chciałam cię o to zapytać.
W kuchni zrobiło się cicho. W piecu trzasnęło drewno. Pies wstał, obrócił się dwa razy i znowu położył przy nodze stołu.
— Nikt mnie o to nie pytał od trzydziestu lat — powiedział powoli. — Ani żona, ani dzieci, ani wspólnicy. Wszyscy pytają, ile zarabiam, jakie stanowisko, który bank. A z tobą rozmawiam pół godziny i jesteś jedyną osobą, która zapytała.
— No to odpowiedz.
Otworzył usta. Zamknął. Poczuł, że ma w gardle coś twardego, jak pestkę. Nie potrafił wykrztusić ani tak, ani nie.
W nocy nie spał. Leżał w starym łóżku po rodzicach, sprężyny skrzypiały przy każdym oddechu. Z podwórka dolatywało ciche rżenie konia. Nad dachem stodoły wisiał Wielki Wóz. W Warszawie nie widział go nigdy — tam nocne niebo ginęło za blokami i światłami biurowców.
Wyszedł przed dom. Pod nogami zaskrzypiał żwir. Nad łąką unosiła się mgła. Z chlewni pracowicie chrupała koza. Krzysztof zrozumiał wtedy, że przez całe dorosłe życie nie zazdrościł nikomu tak bardzo, jak tej kobiecie w gumowych kaloszach, która miała pod opieką jedną kotkę bez łapy i dwa stare konie.
Rano poprosił, żeby pokazała mu pastwisko. Alina wzięła ze sobą wiadro z owsem. Stary koń przyszedł, wtulił chrapy w jej dłoń i cicho parsknął.
— Weterynarz był w piątek — wyjaśniła. — Rachunek na tysiąc dwieście złotych. Leży w kieszeni fartucha.
Krzysztof wyciągnął telefon. Otworzył aplikację bankową.
— Podaj mi numer konta.
— Nie wygłupiaj się.
— Nie wygłupiam się. Podaj. To nie zapłata za miłość. To zwrot długu.
Alina podyktowała cyfry. Wstukał przelew na sto dwadzieścia tysięcy złotych. Tytuł: „Na siano, paszę i rachunki weterynaryjne.” Pokazał jej ekran.
— Krzysiek, co ty robisz?
— Porządkuję — powiedział. — A teraz jedziemy do notariusza w Grajewie. Chcę ci przepisać swoją część gospodarstwa. Udział 1/2 w zabudowaniach o powierzchni czterech i dwóch dziesiątych hektara przechodzi na ciebie.
— Nie wygłupiaj się — powtórzyła, ale już ciszej.
W kancelarii notarialnej podpisał akt darowizny. Notariusz włożył dokument do teczki i podał kopię Alinie. Na zewnątrz, na chodniku, stała kobieta z siatką z warzywniaka i patrzyła, jak elegancki mężczyzna w drogim płaszczu pomaga siostrze wsiąść do auta.
Potem Krzysztof zadzwonił do swojego asystenta.
— Zwołaj zarząd na poniedziałek. Rezygnuję. — Zamilkł. — Nie pytaj dlaczego. Po prostu rezygnuję.
Odwrócił się do siostry.
— Przyjadę w sobotę. Pomóż mi ogrodzić pastwisko. Chcę kupić starą stajnię po sąsiedzku i zrobić tam schronisko dla koni.
— A Warszawa? Kariera? Żona?
— Warszawa zostanie w Warszawie. A kariera — wzruszył ramionami. — Niech ktoś inny biega z teczką po ministerstwie.
W drodze powrotnej kierowca zapytał:
— Dokąd teraz?
— Do stolicy. Muszę jeszcze podpisać rezygnację.
Krzysztof wyjął telefon. Napisał do Aliny: „Wiesz, co odpowiem? Tak. Jestem.”
Odpowiedź przyszła po minucie:
„To nie wpisuj w wujka Google. Po prostu przyjedź. Koń już czeka na siano.”







