Widziałam ją z okna, zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek powiedzieć. Sąsiadka z naprzeciwka, Aga, wyszła na podjazd w samej sukience, chociaż był dopiero początek kwietnia i dęby przy Wyspiańskiego ledwo puszczały pąki. Trzymała w palcach gąbkę i pumeks do czyszczenia. Stała tak może pół minuty, a potem wróciła do środka i zaczęła szorować schody, które przecież wczoraj myła.
W Żorach, na osiedlu Sikorskiego, ludzie rzadko pucują schody w niedzielę o siódmej rano. Zwłaszcza ci, którzy przyjechali dopiero w sobotę wieczorem.
Ja akurat nastawiłam wodę na kawę, bo miałam jechać na targ po jajka i twaróg. Ale ten widok mnie zatrzymał. Aga nie wyglądała na kogoś, komu po prostu zależy na czystości. Wyglądała, jakby od tego szorowania zależało, czy przeżyje dzień.
Znałam ją z widzenia. Wprowadziła się trzy lata temu do Seweryna, to ten inżynier z huty. Mieszkali razem z jego matką, panią Jadwigą, chociaż pani Jadwiga większość czasu spędzała za granicą. Konkretnie w Austrii, u jakiejś starszej hrabiny, u której gotowała i pilnowała porządku. Do domu wpadała rzadko, raz na dwa lata, może rzadziej.
Seweryn opowiadał kiedyś mojemu mężu, że matka haruje, żeby spłacić resztę kredytu za dom. Ten dom to był jej jedyny skarb: segment z lat dziewięćdziesiątych, z cegły klinkierowej, z małym ogródkiem od strony garaży.
A Aga? Aga sprzątała. Na zapas. Na nervy. Widziałam, jak w piątek wynosiła z domu firany, trzepała je na podwórku, chociaż wiatr wywiewał jej włosy do oczu. W sobotę przyjechał Seweryn z matką z dworca. Pani Jadwiga wysiadła z auta z reklamówką, w której niosła austriackie czekoladki i butelkę syropu z kwiatów bzu.
Nic nie wskazywało na awanturę. Ale wieczorem usłyszałam przez ścianę, jak Aga mówi podniesionym głosem:
— Ja nie chcę tu rządzić. Ja tylko nie chcę, żeby pani myślała, że coś zniszczyłam.
A potem już tylko kroki na piętrze, jakby ktoś chodził od okna do okna.
Teraz, w niedzielę rano, Aga znowu wyszła. Tym razem w dżinsach i polarowej bluzie. Niosła wiadro z taką obrzydliwą, mętną wodą. Wylała ją do kratki ściekowej i przystanęła. Z kieszeni wyjęła telefon, ale nie zadzwoniła. Przesunęła palcem po ekranie, schowała. Potem usiadła na betonowym murku i zaczęła wyrywać z ziemi pojedyncze źdźbła trawy, które wyrastały między płytami chodnikowymi.
Poznałam ten gest. Mój ojciec tak robił, kiedy bał się wejść do mieszkania po tym, jak stracił pracę. Takie wyrywanie trawy to nie zabawa. To modlitwa.
Nie powinnam się wtrącać. Ale kiedy zobaczyłam, że Aga bierze klucze i idzie do samochodu, zeszłam na dół. Miałam i tak jechać na targ.
— Podrzucić cię gdzieś? — zapytałam. — Bo ja po jajka.
Aga popatrzyła na mnie jak człowiek, który zapomniał, że świat ma sąsiadów.
— Do banku — powiedziała. — Muszę coś załatwić. Tylko szybko, bo o czternastej Seweryn wraca z mamą od lekarza.
To „tylko szybko” zabrzmiało jak „zanim mi odbierze odwagę”.
W aucie pachniało miętą i mokrym psem, chociaż w aucie psa nie było. Na tylnym siedzeniu leżała torba z rękawiczkami ogrodowymi, rachunek z Biedronki i stary kubek termiczny.
— Wiesz, co jest najgorsze? — odezwała się Aga, kiedy parkowałam przed oddziałem PKO na Wyspiańskiego. — Pani Jadwiga płacze za każdym razem, gdy ktoś jej poda herbatę. Nie dlatego, że jest smutna. Tylko dlatego, że w Austrii nikt jej nie podaje herbaty. Nikt jej tam nie widzi. I ja to rozumiem, naprawdę. Ale Seweryn…
Urwała. Wysiadła. Trzasnęła drzwiami. Poszła do banku, a ja zostałam w aucie z tym niedokończonym zdaniem.
Wróciła po jedenastu minutach. W dłoni trzymała białą kartkę z potwierdzeniem. Podała mi ją bez słowa.
Siedemdziesiąt tysięcy złotych. Przelew na konto Jadwigi Wiśniewskiej.
— To moje oszczędności — powiedziała Aga. — Oszczędzałam na wkład własny, żebyśmy z Sewerynem kupili coś osobnego. Żebym miała swoje cztery kąty, w których nikt mi nie powie, że źle myję fugi. Ale w tym domu zrozumiałam jedno. Dopóki pani Jadwiga ma ten dom, jest kochana. Kiedy przestanie go spłacać, zostanie tylko zmęczoną kobietą, która gotuje dla hrabiny. A ja nie chcę być kolejną osobą, która ją z tego domu wygryzie.
Wzięłam głęboki oddech. Wyrywanie trawy przy krawężniku nabrało nagle sensu.
— A Seweryn wie? — zapytałam.
— Seweryn myśli, że matka ma nam pomóc w remoncie kuchni. — Aga złożyła potwierdzenie i wsunęła je do kieszeni polaru. — Ale ja nie chcę jej pieniędzy. Chcę, żeby zrozumiała, że ma do czego wracać. Nawet jeśli ja tam mieszkam.
Wracałyśmy w milczeniu. Pod blokiem obok naszego osiedla jakiś człowiek wyprowadzał na spacer yorka, który stanął nagle na środku chodnika, jakby zobaczył ducha. Pies zesztywniał, a potem zawrócił i pociągnął właściciela w stronę trzepaka.
— Herr Lutz — powiedziała Aga. — Tak się wabił pies hrabiny. Pani Jadwiga opowiadała o nim tak, jakby był jej jedynym przyjacielem. Nawet zdjęcie nam pokazywała. Mała, brzydka, wściekła kruszyna. Za nim tęskniła bardziej niż za własną kuchnią.
Zaparkowałam przed jej domem. Aga wysiadła i poprawiła torbę na ramieniu. Biały róg potwierdzenia wystawał jej z kieszeni jak złożona chusteczka.
— A jak ją zapytasz, po co ci to? — spytałam.
— To powiem, że za herbatę. Tylko ona i ja będziemy wiedziały, co to znaczy.
Wieczorem, około dziewiętnastej, usłyszałam przez okno, jak pani Jadwiga wychodzi na taras. Aga stała przy balustradzie z kubkiem w dłoni. Podała go teściowej.
Pani Jadwiga wzięła kubek i przez moment tylko na niego patrzyła, jakby w środku nie było herbaty, tylko coś, co parzyło jej dłonie. Potem uniosła głowę i powiedziała coś, czego nie dosłyszałam, bo akurat podjechał autobus dwieście dwadzieścia siedem i zagłuszył wszystko stłumionym warkotem silnika.
Ale widziałam, jak Aga wkłada rękę do kieszeni i wyciąga białą kartkę. Podała ją teściowej.
Pani Jadwiga przeczytała. Raz, drugi, trzeci. Potem złożyła potwierdzenie we czworo, wsunęła za pasek spodni, jakby to był najcenniejszy dokument, i przyciągnęła Age do siebie tak mocno, że z kubka herbaty chlusnęło na płyty tarasowe.
Seweryn wyszedł z domu, zobaczył je obie i zawrócił do środka. Widziałam, jak w kuchni zapala światło i staje przy oknie z otwartymi ustami.
Aga nie powiedziała ani słowa. Stała z pustym kubkiem, mokrym rękawem polaru i zamkniętymi powiekami. Pani Jadwiga trzymała ją za ramię, jakby bała się, że dziewczyna ucieknie.
Następnego dnia rano zeszłam po śniadaniu do skrzynki na listy. Na wycieraczce przed drzwiami sąsiadów leżała koperta. Nie biała, tylko taka szara, z recyklingowego papieru.
Na kopercie było napisane długopisem, dużymi literami:
„Dla Agi. Od J.”
W środku, jak mi później opowiedziała Aga, nie było żadnego listu. Tylko suszony kwiat bzu z austriackiego ogrodu hrabiny i bilet autobusowy z Wiednia do Żor, datowany na sobotę, z godziną odjazdu 6:45.
Aga powiesiła ten bilet na lodówce, obok starego zdjęcia psa Herr Lutz.
Pani Jadwiga wróciła do Austrii w środę. Ale zanim wsiadła do pociągu, podeszła do Agi i wcisnęła jej w dłoń klucz do domu.
— To teraz twój dom — powiedziała. — Nie dlatego, że zapłaciłaś. Tylko dlatego, że posprzątałaś schody, po których nikt nie chodził.
Aga trzymała ten klucz w zaciśniętej pięści, zbyt mocno, jakby chciała wycisnąć z niego metalowe zmęczenie. A potem schowała go do kieszeni, w której jeszcze w niedzielę nosiła potwierdzenie przelewu.
Seweryn stał obok z torbą matki.
— To co ja mam powiedzieć? — zapytał.
— Nic — odpowiedziała pani Jadwiga. — Podaj mi tylko torbę. I kup żonie kwiaty, bo znowu zapomniałeś.
Odjechali na dworzec. Aga została na chodniku, z kluczem w dłoni i z tym dziwnym, spokojnym ruchem, jakim odgarniała z twarzy nieistniejące włosy.
Nie wszedł jej do domu nikt obcy.
A ja, patrząc na to przez okno, zalałam wreszcie tę kawę, którą nastawiłam w niedzielę o siódmej rano.
Woda zdążyła wystygnąć.
Herr Lutz nie wrócił.
Ale to już inna historia.







