Sto lat!!! Tato!

Przybył on już na swoje siedemdziesiąte urodziny, mając na koncie troje dzieci. Żona odeszła trzydzieści lat temu, a on nigdy już nie poślubił ponownie. Nie udało się, nie znalazł, nie miał szczęścia można by wymienić dziesięć przyczyn, lecz ma to sens? Nie miał czasu na takie rozważania. Dwaj synowie byli niesforni i kłótliwi. Szkoły zmieniał jak rękawiczki, dopóki nie trafił na jedynego nauczyciela fizyki, który odkrył w nich prawdziwy talent. Nagle wszystkie bijatyki, sprzeczki i problemy zniknęły.

Córka też była trudna. Nie potrafiła nawiązać kontaktu z rówieśnikami, a szkolny psycholog namawiał go do wizyty u psychiatry. Wtedy do klasy przybył nowy nauczyciel literatury i otworzył koło dla początkujących pisarzy. Od tego momentu dziewczynka pisała od rana do nocy; jej opowiadania najpierw pojawiały się w szkolnej gazetce, później w lokalnych klubach literackich.

Młodzież po szkole dostała stypendium na prestiżowy uniwersytet w Krakowie na wydział matematyki i fizyki, a córka podjęła studia na wydziale literatury w Warszawie. I wtedy został sam. Zauważył ciszę wokół siebie, która zdawała się ryczeć jak wilczy wycie. Zajął się wędkarstwem, ogrodnictwem i hodowlą świń. Na ich dużym gospodarstwie przy rzece nie brakowało miejsca, a dochody układały się nieźle. Zauważył jednak, że inżynier w zakładzie w Gdańsku zarabia znacznie mniej niż on. Mógł więc pomóc dzieciom kupić im niedrogie samochody, dorzucić na drobne wydatki i pozwolić na porządny strój.

Jednak z własnym czasem nie było już co zrobić. Całe dnie pochłaniało prowadzenie gospodarstwa i małe interesy, a on w tym znajdował satysfakcję. Minęło kolejnych dziesięć lat i zbliżała się rocznica siedemdziesiątka. Chciał ją przeżyć w samotności. Synowie dawno założyli własne rodziny i pracowali nad tajnym projektem dla Ministerstwa Obrony, nie mogąc wziąć wolnego weekendu. Córka nieustannie jeździła na spotkania pisarzy i dziennikarzy. Nie miał więc zamiaru ich niepokoić zaproszeniami.

Sam sobie poradzę myślał. Nie ma tu nic do świętowania. Sam, sam Przejdę się po gospodarstwie, a wieczorem usiądę przy butelce whisky, przywołam wspomnienia o Marty i opowiem jej, jakimi się z nich stały.

Rano wstał jeszcze przed świtem, by odprowadzić świnie na specjalny karmnik. W południe, wychodząc z domu na jeszcze rozświetloną gwiazdami łąkę przed domem, natknął się na coś dziwnego. Pośród trawy leżał wydłużony przedmiot owinięty w brezent.

Co to jest? zawołał zdumiony, gdy nagle rozbłysły reflektory.

Światła rzuciły na łąkę i ujawniły postaci wyłaniające się zza domu jego synowie z żonami i wnukami, kilku krewnych, a przy nich jego córka Jadwiga w towarzystwie wysokiego mężczyzny w okularach z grubymi szkłami. Wszyscy trzymali baloniki i dmuchali w słomki, niektórzy przyciskali przyciski głośno trzaskających puszek z sprężonym powietrzem. Krzyczeli, machali rękami i rzucali się w jego stronę:

Wszystkiego najlepszego, tato!

Zapomniał o tajemniczym przedmiocie, bo młodzież nie pozwoliła mu wrócić do domu, gdzie żony już pośpiesznie nakładały potrawy na stół.

Stój, tato, stój rzekła Jadwiga. Pozwól, że zakryję ci oczy?

Dobrze, proszę zgodził się.

Córka zawiązała mu na karku mocną tkaninę i obróciła kilka razy, prowadząc go w nieznane.

Co to za prezent? pytał, czując się niepewnie.

Prosty, tani drobiazg odpowiedział jeden z synów.

Mam nadzieję, że nie drogi? drżąc zapytał. Nie potrzebuję niczego.

Nie martw się, tato dodał drugi. To tylko mały gest, znak wdzięczności.

Doprowadzili go do miejsca, gdzie Jadwiga zdjęła mu opaskę. Z głośników rozległa się muzyka, grzmot bębnów. Stał przed nim przedmiot pokryty grubą tkaniną. Dzieci otoczyły go z trzech stron i zerwały brezent. W jasnym świetle reflektorów ujrzał Fiata 126p w lśniącej, nowej powłoce!

Zaniemówił od szoku, ledwo nie upadł. Złapali go i wsadzili na krzesło. Powtarzał jedno słowo:

O Boże, Boże, Boże

Spokojnie, tato spryskiwała go wodą Jadwiga. Całe życie marzyłeś o tym samochodzie.

To przecież strasznie drogie jęknął.

Nie droższe niż twoje wspomnienia odparł syn.

Jadwiga popchnęła go do wnętrza. Gdy otworzył drzwi, w środku stała kartonowa skrzynka.

Co to? zapytał.

Otwórz zachęciła.

Z rąk wypadły dwa małe oczy. Wyciągnął małe, puszyste ciałko i przytulił je do siebie:

Prawdziwy tajski kociak! Jak ten, co mieliśmy kiedyś z twoją żoną. Pamiętasz? Bomka. Gdy byliście mali, tak go kochaliście

Oczywiście, tato odparły dzieci.

Nie usiadł w samochodzie. Poszedł na górę, na swój pokój, wyciągnął zdjęcie Marty i przytulił się do kociaka. Łzy spływały po policzkach:

Widzisz, Marto, widzisz? szeptał do fotografii. Udało się. Nic nie zapomnieli Widzisz?

Dzieci nie pozwoliły mu długo siedzieć w samotności. Stół w salonie już czekał, a toast po toście rozbrzmiewał w całości. Jadwiga szepnęła mu na ucho, że jest w czwartym miesiącu ciąży i przyjechali z narzeczonym, by zamieszkać. On miał zostać gospodarzem, a narzeczony wyjedzie do Nowej Anglii po rodziców i po dwa tygodnie zorganizuje ślub w parafialnym kościele w Krakowie.

Nie masz nic przeciwko? zapytała.

To chyba sen z bajki odpowiedział, całując ją w czoło.

Wieczór upłynął przy rozmowach, przekąskach, drinkach i wspomnieniach. Wszyscy bawili się wyśmienicie. Nocą udał się na grób Marty, usiadł przy niej i długo rozmawiał. Życie zaczęło nabierać nowego sensu, zwłaszcza przy tej starej Fiacie. Musiał kupić odpowiednie ubrania, wsiąść i pojechać do wielkiego miasta.

Na łóżku spał mały, tajski kociak.

Tomka, mruknął mężczyzna, powtarzając: Tomka.

Kotek mruczał i rozciągał się w swoim jeszcze niewielkim rozmiarze. Mężczyzna położył się, gładząc ciepły, puszysty brzuszek, i zasnął.

Rankiem wstał wcześnie karmił świnie, pielęgnował ogród i nie zapominał o wędkarstwie. W pokoju na dole śpiła Jadwiga z narzeczonym. Synowie z rodzinami odjechali, a cisza znów zapadła. Tomka podążył za panem, wpadł do pojemnika na paszę dla świń, zaplątał się w sieci łodzi i próbował zjeść przynętę dla ryb. Mężczyzna śmiał się i rozmawiał z małym łobuzem:

Jakby młodość wróciła, mówił, głaszcząc go po grzbiecie.

Tomka mruknął i zahaczył pazurkami o jego rękę, wgryzł się małymi ząbkami.

A ty, łobuziaku! wykrzyknął, wybuchając śmiechem.

Ta opowieść nie ma głębokiego przesłania. To jedynie przypomnienie dla tych, którzy jeszcze mogą przyjechać do swoich rodziców: nie czekajcie na jutro. Jedźcie już dziś!

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Sto lat!!! Tato!